Jedynie prawda jest ciekawa


Donald Trump dokonuje "holokaustu dzieci". Tak twierdzą amerykańskie gwiazdy.

30.05.2018
Trump12022018
Donald Trump dokonuje "holokaustu dzieci". Tak twierdzą amerykańskie gwiazdy.

Amerykański prawnik i specjalista od internetu powiedział kiedyś, że wraz z długością trwania dyskusji prawdopodobieństwo, że ktoś porówna adwersarza do Hitlera dąży do 1. Jego zasada została później nieco zmodyfikowana i dzisiaj większość osób zna „prawo Godwina” jako: osoba, która pierwsza porówna adwersarza do Hitlera, z automatu przegrywa dyskusję.

Niestety nikt nie nauczył tej zasady amerykańskich celebrytów. W powszechnej w tym środowisku histerii, jaką wywołało zwycięstwo Donalda Trumpa w wyborach prezydenckich, porównania nowego prezydenta USA były tak częste, że w końcu przestały robić na kimkolwiek wrażenie. Co, oczywiście nie oznacza, że gwiazdy sceny i kina przestały je stosować.

Jak zauważył portal Breitbart.com niedawno Mikel Jollet, wokalista kalifornijskiej grupy Airborne Toxic Event, napisał na swoim twitterze „Holocaust nie skończył się na tym, że ludzi nazywano podludźmi, ciągle porównywano ich do kryminalistów, znakowano ich żółtymi znakami i wyrywano dzieci z ramion krzyczących matek. Ale tam się zaczął. #WhereAreTheChildren”. W zasadzie poprawności tego stwierdzenia nie da się wiele zarzucić – ale użyty przez niego hashtag pokazuje, że muzyk nie użył swojego twittera aby przypomnieć o koszmarach narodowego socjalizmu – a po to, aby dołączyć do nowej akcji amerykańskiej lewicy wymierzonej w Trumpa.

Wielu innych celebrytów dołączyło do tej akcji. Na przykład aktor Jim Carrey, który na swoim twitterze napisał „1500 niewinnych dzieci wyrwanych z ramion matek na naszej granicy. Zagubionych w „systemie” Trumpa. Dajcie nam swoich zmęczonych, swoich biednych, swoje stulone masy – a będziemy je torturować za to, że chcą lepszego życia. Od Błyszczącego Miasta do Imperium Zła w mniej niż 500 dni”. Gdyby ta straszna wizja i nawiązania do klasyki amerykańskiej literatury nie zostały jednak należycie zrozumiane, Carrey zilustrował swój wpis obrazkiem, na których dwóch agentów ICE – amerykańskiej straży granicznej – odbiera dziecko krzyczącej matce, gdy w tle widać wściekłego Trumpa upozowanego na Statuę Wolności, amerykańską flagę i, chyba, Władymira Władymirowicza Putina.

Inni aktorzy także wyrażają swoje oburzenie. Alisa Millano, znana głównie z roli córki Schwarzeneggera w Komando i z tasiemca Melrose Place, pyta o to jaki człowiek mógłby upaść tak nisko, żeby pracować dla ICE – i podaje ich numer telefonu zachęcając, aby spytać ich o to osobiście. Jessica Chastain pyta natomiast dramatycznie „Czy naprawdę jesteśmy takimi potworami?” Wtóruje jej Alan Alda, czyli Sokole Oko z popularnego serialu M*A*S*H, pytając dramatycznie „Czy chcemy, aby nasz kraj pilnował granic przy pomocy emocjonalnych tortur?”

Złap – i nie wypuszczaj.

Co tak wzburzyło amerykańskie gwiazdy? Czy administracja Trumpa, wzorem drugowojennych Niemców, podaje meksykańskim dzieciom zastrzyki z fenolu w imię czystości rasy? Czy FEMA zaczęła budować obozy koncentracyjne, co od lat wieszczyli zwolennicy teorii spiskowych? 

Nie. Po prostu Donald Trump postanowił skończyć z pewną praktyką z czasów Obamy. 

Nielegalny imigrant złapany na terytorium USA ma wiele praw. Między innymi ma prawo do tego, żeby przed deportacją móc przedstawić swoje racje. Zajmują się tym tzw. sądy imigracyjne podlegające Departamentowi Sprawiedliwości, które określają, czy nielegalnego imigranta można odesłać tam skąd przyszedł. Problem polega jednak na tym, że jest ich zaledwie 58. A to oznacza, że ich pracownicy nie mogą wyrobić się z wszystkimi sprawami, które do nich trafiają. Obecnie na rozpatrzenie czeka kilkaset tysięcy zaległych przypadków. Innymi słowy – od złapania nielegalnego imigranta do jego deportacji musi minąć sporo czasu. 

Powstał więc problem tego, co zrobić ze złapanymi "nielegalsami" czekającymi na rozprawę. Liczba placówek, w których można ich trzymać pod kluczem też nie jest bowiem zbyt duża. W czasach prezydenta Busha rozpoczęto więc praktykę, którą nazwano „Złap i wypuść”. Polega ona na tym, że po złapaniu nielegalnego imigranta służby spisują jego adres, informują go o terminie przesłuchania przed sądem, a następnie wypuszczają. Za czasów Busha takie działanie było tylko tymczasowym rozwiązaniem i skończyło się już w 2006 roku. Sytuacja zmieniła się gdyż nastały rządy Obamy – „złap i wypuść” stało się wtedy obowiązującą metodą postępowania.

Z tą praktyką wiązał się jeden zasadniczy i poniekąd oczywisty problem. Wypuszczeni na wolność nielegalni imigranci często nie stawiali się na wyznaczone rozprawy. W praktyce więc agenci straży granicznych dostali polecenie, aby koncentrować się na łapaniu potencjalnie niebezpiecznych imigrantów – osób z kryminalną przeszłością, członków gangów, potencjalnych terrorystów, itd., a także tych, którzy już raz nie stawili się na przesłuchanie przed sądem imigracyjnym. W praktyce osoba, która przekroczyła granicę nielegalnie i nie stanowiła szczególnego niebezpieczeństwa, mogła wpaść tylko jak miała pecha i zaplątała się w akcję straży granicznej mającą złapać tych niebezpiecznych.

Donald Trump szedł po władzę obiecując przede wszystkim walkę z nielegalną imigracją. Jedną z taktyk miało być skończenie z praktyką „złap i wypuść” - nie tak dawno temu Departament Bezpieczeństwa Wewnętrznego i Departament Sprawiedliwości zapowiedziały, że w niedalekiej przyszłości wszyscy zatrzymani nielegalni imigranci będą aresztowani do czasu procesu deportacyjnego. Pojawił się przy tej okazji problem nielegalsów, którzy przekraczają granicę z niepełnoletnimi dziećmi. Warunki panujące w ośrodkach, w których są przetrzymywani, przypominają bowiem te panujące w więzieniach. Często zresztą służby imigracyjne korzystają z wydzierżawionych cel w prawdziwych więzieniach. Zamykanie tam dzieci byłoby nie tylko nielegalne ale również niehumanitarne. Pojawił się więc pomysł, aby takie dzieci, którymi nie ma się kto zająć, oddawać tymczasowo rodzinom zastępczym aż ich rodzice staną przed sądem. Lub sami zadeklarują chęć powrotu do własnego kraju, gdyż taka możliwość istnieje i nikt nikogo nie zmusza do czekania na proces.

Suma niefortunnych zdarzeń

Pech jednak chciał, że równocześnie wyszło na jaw, że amerykańskie służby imigracyjne zgubiły niemal półtora tysiąca dzieci. Dzieci, które przekroczyły granicę samodzielnie, a nie w towarzystwie rodziców. Przedstawiciel administracji Trumpa wyznał bowiem senackiej komisji, że Biuro Przesiedleń Uchodźców (ORR) zajmowało się sprawami 7635 dzieci, które przekroczyły granicę samodzielnie, a następnie zostały oddane pod opiekę krewnym, którzy już przebywają na terenie USA. Z tej liczby nie wiadomo, gdzie obecnie znajduje się 1475 dzieci. 

Oczywiście nie oznacza to, że tym dzieciom dzieje się krzywda. Po prostu pracownicy ORR postanowili – z własnej woli, gdyż nie zmuszał ich do tego żaden przepis – skontaktować się z rodzinami do których trafiły dzieci – nielegalni imigranci, aby sprawdzić jak się mają. I w 1475 przypadków z tymi rodzinami po prostu nie udało im się skontaktować, co nie jest w końcu tak zaskakujące. Większość z nich to bowiem również są imigranci, nie zawsze legalni, i nie ma nic dziwnego w tym, że unikają kontaktu ze służbami imigracyjnymi.

Amerykanie mawiają, że żaden dobry uczynek nie uniknie kary, i pracownicy ORR przekonali się o tym na własnych skórach. Gdyby po przesiedleniu swoich podopiecznych nie zajmowali się dalej ich losem, to nie byłoby żadnej afery – a tak, to niechętne Trumpowi media przedstawiły całą sprawę tak, że przeciętny czytelnik wywnioskuje, że na skutek ich niedbalstwa te dzieci są stracone i nie wiadomo nawet, czy jeszcze żyją. A lewica, której bezrefleksyjnie przyklaskują celebryci, połączyła tą „aferę” z rozdzielaniem rodzin przez zaostrzenie przepisów imigracyjnych, sugerując, że dzieci umieszczone tymczasowo w rodzinach zastępczych też zaginą i czeka ich straszny los.

W ostrej reakcji celebrytów nie byłoby nic dziwnego. W końcu o tym, że amerykańska popkultura i jej luminarze są skrzywieni na lewo wiedzą wszyscy – a ci, którzy nie wiedzieli, widzą to na własne oczy odkąd Trump został prezydentem. Nie widać również, aby miało mu to nadmiernie zaszkodzić – jego poparcie utrzymuje się na mniej więcej stałym poziomie, a sondaże coraz wyraźniej pokazują, że po tegorocznych wyborach Republikanie jednak utrzymają władzę. Ich akcja może jednak zaszkodzić samej popkulturze.

Wydaje się bowiem, że Amerykanie zaczynają mieć dość politycznej aktywności swoich idoli. Liczba osób chodzących do kina czy na koncerty coraz bardziej spada. Jim Carrey kiedyś przyciągał przed ekrany miliony – a jego najnowszy film trafił wprost na DVD. Galę Oskarów, niegdyś najważniejsze wydarzenie filmowe roku, ogląda coraz mniej osób – i coraz częściej słyszy się, że winny temu jest fakt, że aktorzy wykorzystują ją do promowania swoich lewicowych przekonań. Nawet tak znana marka jak Gwiezdne Wojny nie obroniła się przed niechęcią publiczności – najnowsza część, Solo, zapowiada się na finansową klapę, a fani otwarcie żądają zwolnienia jej producentki z powodu wciskania do filmów ideologii feministycznej. Jako pierwszy, o dziwo, dostrzegł ten problem świat sportu: niedawno NFL, liga futbolu amerykańskiego, w ramach walki ze spadkiem oglądalności, zabroniła graczom klękać w proteście w trakcie hymnu. Więc kolejne bezpodstawne oskarżenia wobec Trumpa i jego administracji, jeśli komuś zaszkodzą – to tym, którzy je wysuwają.

Wiktor Młynarz, za Breitbart.com


Wiadomości z kraju

więcej

Wiadomości gospodarcze

więcej
CS-159fotoMINI

Czas Stefczyka 159/2018

PDF (5,69 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook