Jedynie prawda jest ciekawa


Szablewski: rzuciliśmy władzę na kolana

02.05.2013

„Pierwsze – podwyżka. Drugie – zalegalizować ponownie Solidarność”.

Wiosną 1988 roku, po ośmiu latach beznadziei, w całym kraju wybuchły ponownie protesty, które w kilka miesięcy doprowadziły do obrad okrągłego stołu i ponownej legalizacji „Solidarności”. Stefczyk.info rozmawia z Alojzym Szablewskim, przewodniczącym Komitetu Strajkowego w maju i sierpniu 1988 roku w Stoczni Gdańskiej, byłym posłem RP z ramienia Wyborczej Akcji Katolickiej.

26 kwietnia 1988 roku pracownicy Huty im. Lenina w Nowej Hucie podjęli strajk, trzy dni później huta w Stalowej Woli. W Gdańsku, 1 maja, podczas wiecu po mszy świętej w kościele Św. Brygidy młodzi ludzie nawoływali do podjęcia protestu i zostali brutalnie pobici przez oddziały ZOMO. Następnego dnia rozpoczął się strajk w Stoczni Gdańskiej.

Alojzy Szablewski: O strajku w Nowej Hucie dowiedzieliśmy się bardzo szybko i od razu wiedzieliśmy, że musimy coś zrobić, bo oczy wszystkich są zwrócone na Stocznię Gdańską. Zawsze popieraliśmy innych i tak było tym razem. Zebrała się Tajna Komisja Zakładowa „Solidarności” w stoczni, której byłem przewodniczącym, z racji swojej poprzedniej funkcji, bo wcześniej byłem przewodniczącym „Solidarności” w okresie legalnym. No i po wyjściu z więzienia jeszcze w stanie wojennym automatycznie zawiązałem tę Tajną Komisję. Zebrałem takich bardzo aktywnych i sprawdzonych ludzi i myśmy się spotykali, prowadzili konspiracyjną działalność. Głównym jej celem była pomoc robotnikom, którzy siedzieli w więzieniach i ich rodzinom.

No więc wtedy, na koniec kwietnia wydaliśmy oświadczenie, że jeżeli władza nie spełni żądań hutników Nowej Huty, to Stocznia Gdańska przystąpi do strajku. Chcieliśmy też zyskać na czasie, bo strajk nie może być zrobiony tak byle jak. To musi być przygotowane.

I to właśnie w niedzielę 1 maja powiedział do ludzi zebranych przed plebanią Św. Brygidy Lech Wałęsa. Jednak z tłumu padały okrzyki: „jutro strajk!”.

Tego samego dnia wieczorem przyszedł do mojego domu Jacek Merkel i przyniósł dwie torby wydrukowanych ulotek z oświadczeniem Tajnej Komisji. Rozwiozłem je po kolegach, którzy następnego dnia wnieśli je na teren zakładu.

W poniedziałek rano pojechałem do stoczni, gdzie pracowałem w biurze projektowo-konstrukcyjnym. Gdzieś tak około godziny 11 przed południem zatelefonowała do mnie niespokojna żona zapytać, co się dzieje. „Wszystko spokojnie, pracuj” – odpowiedziałem. No i nie minęło pół godziny, jak przychodzi do mnie kolega ze stoczni, Marian Moćko. I od progu woła: „Aloś! My na ciebie czekamy!”. „Gdzie? Co się dzieje?” – pytam. „My jesteśmy tutaj pod biurem. Otwórz okno”. Otwieram i widzę, no, jest grupa. Tak według mojej oceny było chyba 400 osób. „Przyjdź do nas, bo my czekamy na ciebie”. Ja na to mówię, że przecież nie jesteśmy przygotowani do strajku. No, ale ci młodzi wołali. Nieprzygotowani, ale zaczynają protest.

I proszę sobie wyobrazić, ja uczciwie mówię… Pomyślałem wtedy „Boże, przecież to garstka. Co z tą garstką robić? Przecież tu zaraz ZOMO przyjedzie i ci młodzi pouciekają do stoczni. I jak ja tam pójdę, a biegać nie potrafię, to mnie zaraz złapią i dzisiaj wrócę na Okopową, i mnie aresztują”. I naprawdę zupełnie szczerze powiem, miałem taką wewnętrzną obawę, niezadowolenie, może nawet i lęk, że przecież gdzie ja się ładuję, przecież powinienem powiedzieć: idźcie, rozejdźcie się, bo to nie ma sensu, ale jaka będzie ocena tych młodych ludzi? Powiedzą: Szablewski stchórzył. Pięknie gadał, przemawiał, a teraz stchórzył. Nas tutaj naraża. Taka byłaby ocena tych młodych ludzi.

Westchnąłem do Ducha Świętego: pomóż mi podjąć decyzję, bo innej nie ma rady. Pójść – ocalę swój honor, ale pójdę do więzienia. Najgorzej mi żal mojej żony, która bardzo odchorowała moje aresztowanie i dlatego zmarła wcześnie. Przeżywała. I mnie tego po prostu, jako mężowi było żal. Znowu będzie miała przeżycie straszne. Bo więzienia to ja się tam nie bałem, człowiek jak już raz siedzi, to się przyzwyczai… Ale co mam zrobić?

Powiedziałem do Moćki: „idź, powiedz im, że przyjdę pod dyrekcję. Idźcie tam, żebym was nie szukał”. I to była moja decyzja. Tak jakoś, przez tę krótką modlitwę poczułem, że to było moje rozwiązanie, podjąłem wtedy decyzję: iść! Lepsze niż być zdrajcą, czy tchórzem. No i tak się stało.

Jak zareagowali koledzy w biurze na widok grupy pod oknami?

Zasada była taka, że muszę zgłosić wyjście kierownikowi zespołu. I ten się żachnął: „Aloś, co ty robisz? Bój się Boga! Czy ty zastanawiasz się człowieku, co nas czeka?” Zaraz pobiegł po kierownika wydziału. Wrócili we dwóch bardzo zdenerwowani: „co ty wyprawiasz?”. Ja mówię: „idę tylko dowiedzieć się, o co im chodzi”. Musiałem jakoś wybrnąć. Udawałem, że nic nie wiem. „No, przyszli do mnie. Muszę pójść i powiedzieć im: nie ma sensu, co wy robicie…”. Tym sposobem uspokoiłem ich, ale kierownik wydziału musiał zgłosić dyrektorowi biura. Momentalnie, jeden do drugiego musiał meldować. Taka była zależność i zobowiązanie. Za chwilę, nie zdążyłem jeszcze pozbierać papierów z biurka – już dyrektor biura przyleciał. A to był członek SB, bo już na takim stanowisku, to dobierali sobie ludzi bardzo pewnych. Banecki się nazywał. „Panie Szablewski, co tutaj…?” „Panie dyrektorze, idę, bo przyszli do mnie. Chcę się dowiedzieć, o co im chodzi. Przecież byłem przewodniczącym Solidarności w stoczni, to idę zapytać…”. „To niech pan przyjdzie do mnie”.

Ja byłem na drugim piętrze, a on miał na parterze swoje biuro. Poszliśmy razem, a tam na stole stał telefon głośnomówiący i połączył się z naczelnym dyrektorem stoczni, Tołwińskim: „tu jest u mnie pan inżynier Szablewski, chce z panem rozmawiać”. „A, proszę bardzo”. Na to ja mówię: „O, panie dyrektorze, po kilku latach mam przyjemność z panem rozmawiać…”. „O co panu chodzi?”. „Proszę pana, na terenie stoczni zawiązuje się strajk. Jest pewna grupa… I w związku z tym chciałem z panem rozmawiać”. „No, słyszałem, że jakieś ruchy są. No to niech pan przyjdzie do mnie”.

Na to dyrektor biura, który słuchał mówi: „panie Szablewski, to ja pana podrzucę”. Ja mówię: „nie, nie, nie, panie Banecki. Ja nie mogę do pana samochodu wejść. To pan musi zrozumieć, jaka będzie ocena tych młodych ludzi, że już mnie wozi dyrektor. Nie, ja pójdę sam”. A z drugiej strony to myślałem: ty draniu, esbeku, zawiadomisz może po cichu swoich, że będziesz miał w samochodzie Szablewskiego i podwieziesz mnie na Okopową, i tam już mnie aresztują, i swoje zadanie spełnisz. Ja mówię: „nie, ja pójdę sam”. I poleciałem.

Było około południa. Czterystu stoczniowców zdecydowało podjąć strajk…

I ta grupa siedziała przed dyrekcją. Ci młodzi ludzie. Ale oni mnie nie znali, dlatego że od 1981 roku, od stanu wojennego, do 1988 roku poprzyjmowano do stoczni wielu młodych ludzi, a tych starych, ponad 3 tysiące, wyrzucono. Niektórzy starsi stoczniowcy, jak Moćko i kilku innych poszli z nimi. Tacy co odważniejsi. I mówią: „to Szablewski jest!” O! To wszyscy wstali, bo siedzieli na krawężnikach. Wstali, bo nazwisko znali, kojarzyli, kto to jest. Ja mówię: „no chłopcy, ile chcecie?”. Bo ja wiedziałem, że jak mamy strajkować, to trzeba ich zachęcić. Oni wołają: „trzy dychy musi nam dać!”. Na to ja im mówię, że trzy dychy to za dużo, nie da rady. Znam się trochę na tych sprawach i wiem, w jakiej kondycji jest stocznia. Może połowę uda się wywalczyć, ale żądając trzydziestu tysięcy tylko się ośmieszę. Nie będę się kompromitował. No to uzgodniliśmy, że na początek ja zaproponuję dwadzieścia, do negocjacji, a wtedy, jak on się nie zgodzi, to na te piętnaście zejdziemy, bo wiem, że takie są możliwości stoczni. No i wtedy ja mówię: „teraz kilku na ochotnika ze mną!”.

W Hucie im. Lenina, obok postulatów płacowych, pojawiło się żądanie przywrócenia do pracy wyrzuconych działaczy „Solidarności”, podwyżek płac w oświacie, służbie zdrowia, rent i emerytur. Kilka dni później zażądano przywrócenia legalnej działalności NSZZ „Solidarność”.

Miałem pięć postulatów, które chciałem postawić i to powiedziałem ludziom jeszcze przed wejściem. Pierwsze, co postawiłem – to podwyżka. Drugie – zalegalizować ponownie „Solidarność”. Trzecie – przywrócić do pracy wszystkich tych, co pozwalniali. Czwarte – zwolnić tych, co siedzą jeszcze w więzieniach za „Solidarność”. I piąte – niech prokuratura nam da zaświadczenie, że jeżeli skończy się strajk, żeby nas nie szarpali… A tam zaczęli wołać, stawiać kolejne żądania… Ja mówię: „dosyć. Zostawcie te wszystkie swoje postulaty. Niech te pięć wystarczy. Jakbym uzyskał te pięć, to już mam zwycięstwo”. Tak sobie pomyślałem sam, zupełnie z głowy.

No to idziemy do dyrektora. Wyznaczyłem trzech ludzi: „weźcie drążki albo rurki i pójdziecie ze mną”. Na pierwsze piętro. Sekretarka anonsuje mnie przez telefon. Tołwiński otwiera drzwi: „proszę bardzo, panie Szablewski”. A ja mówię: „wchodzić!”. „Nie, nie, ci panowie nie!” A ja: „wchodzić! Ze mną!”. I ci wchodzą z tymi rurkami. Na siłę. Ja patrzę, już dwóch było w środku, dwóch esbeków. Już zdążył ich zawołać. Jak byłbym sam, to koniec…

Wchodzę do tego gabinetu i mówię: „przedstawiam się panom, nazywam się Alojzy Szablewski i przyszedłem w imieniu tych ludzi, którzy zastrajkowali. I proponuję taką rzecz: podwyżka – 20 tysięcy”. A dyrektor na to: „panie inżynierze, jutro rano o godzinie 9 przez megafony ogłoszę, że podniosę każdemu o 15.300 złotych”. Jeszcze te trzysta… Ja już nie liczyłem na 15, bo ja byłem ekonomicznie oblatany, wiedziałem jakie są możliwości. Mówię: „dobrze. A następne – ponowne zalegalizowanie Solidarności”. „To jest sprawa polityczna, tego ja nie przyjmuję” – on na to. „Proszę pana, może pan nie przyjmować, ale pan zgłosi to swoim wyższym instancjom, wojewodzie, czy partii, że takie postulaty podyktował mi pan Szablewski…”

Zaczął robić notatki, a ja mu dyktowałem. Na koniec mówi: „proszę pana, ja to jutro zgłoszę, ale idźcie do pracy i niech pan ludziom powie, że jutro dostaną 15.300 złotych”. I na tym kończy. Ja mówię: „panie dyrektorze, mnie to nie satysfakcjonuje. Mam pięć postulatów i pan, proszę pana, niech to zgłosi władzy. Innej rady niema. Jak władza się zgodzi i ustąpi – ja przerywam strajk. A tak, to ja nie przerywam strajku. Dziękuję bardzo, do widzenia”. No i wyszliśmy.

Pierwsza zmiana kończyła pracę, ludzie mijali was i powoli wychodzili do domów…

Na to, to ja już nie miałem wpływu. Co mieliśmy zrobić? Były okrzyki: „zostańcie z nami!”. Ale ja sobie zdawałem sprawę, że ci starzy pracownicy po prostu boją się, że stracą pracę. Bo były represje, tyle tysięcy powywalali i ich też mogą wyrzucić. No to powiedziałem: „zostawcie ich”. Tyle.

Poszliśmy na 2. bramę. A stocznia po święcie była udekorowana flagami. I czerwone były i biało-czerwone. Ja mówię: „te czerwone wywalajcie”. Na biało-czerwonych, w białym polu domalowaliśmy farbą „Solidarność”.

Weszliśmy na stołówkę przy bramie, żeby przygotować się na noc. Rozdzieliłem zadania: służby porządkowe – pilnowanie bramy, aprowizacja i kilka innych funkcji.

Po południu przyjechał Wałęsa, jednak z nami nie został, bo był chory. Pokazał mi zwolnienie lekarskie. „Jak jesteś chory, to idź się połóż…” – powiedziałem. Ale przyznaję, że byłem zawiedziony, bo to jednak nazwisko, a ja liczyłem, że to może powstrzymać milicję przed wejściem. Wałęsa dołączył do nas po paru dniach.

Ludzie weszli na dach parterowego budynku, jaki stał obok bramy. A już milicja otoczyła plac przed bramą. I ci młodzi pokazywali mundurowym gest Kozakiewicza, gwizdali. Kazałem im z dachu zejść: „nie prowokujcie, bo wyrzucę za bramę. Nie potrzebujemy tutaj rozróby”.

Przynieśli nagłośnienie i przemawiałem do milicji: „Panowie milicjanci. Podobno Urban w Warszawie trąbi na całą Polskę, że w stoczni jest strajk, że jakaś grupa rozbija i plądruje magazyny. To prowokacja” – oczywiście po to, żeby milicja weszła na stocznię. „Nazywam się Alojzy Szablewski i stoję na czele tego strajku. Zapewniam was słowem honoru, że nic tu się nie dzieje. Jeżeli cokolwiek zdarzy się na terenie stoczni, niech prokurator rozliczy mnie po strajku. Będę dobrowolnie odpowiadał. My walczymy o sprawiedliwość nie tylko dla siebie, ale i dla was”.

Noc minęła spokojnie. Na drugi dzień rano powiedziałem do chłopaków: „weźcie flagi i przemaszerujemy przez stocznię”. Chciałem nazbierać trochę więcej ludzi. Wiedzieliśmy, że wielu stoczniowców czekało na bieg wydarzeń i praca na wydziałach się nie klei. Był taki cichy strajk. Wchodzę na przykład na wydział W-2 i pytam: „co, pracujecie?”. A oni: „no, pilnuje nas tutaj kierownik”. Ja wołam: „panie kierowniku, niech pan tu do nas zejdzie”. Najpierw cisza. Wołam znowu: „chcę tylko porozmawiać”. W końcu przyszedł. Mówię: „kierowniku, co pan wyprawia? Dlaczego pan straszy ludzi zwolnieniem za poparcie strajku? Jest pan Polakiem?”. A ludzie słuchali. No i wtedy kilku ich wyrwałem. Przyszli i przyłączyli się do nas. I tak chodziliśmy po wydziałach. Na koniec nazbieraliśmy 1500 osób. Od tego dnia 10 procent załogi strajkowało do końca.

Już 2 maja wieczorem o wsparciu strajkujących stoczniowców zdecydowali studenci. Następnego dnia rozpoczął się strajk solidarnościowy na Uniwersytecie Gdańskim.

Z uniwersytetu przyszła do stoczni delegacja studentów informując nas, że podjęli strajk solidarnościowy. To była ogromna radość, entuzjazm. Stoczniowcy bili brawo. Powiedziano nam, że były takie sytuacje, kiedy ojciec strajkował w stoczni, a syn na uczelni. Wsparliśmy ich nawet finansowo, żeby mieli co jeść. Ale – proszę mi wybaczyć – ja ich wtedy nie znałem, dlatego nie umiem dzisiaj przywołać konkretnych osób.

5 maja strajk w Nowej Hucie został rozbity. W sytuacji realnego zagrożenia studenci Uniwersytetu Gdańskiego 6 maja w powszechnym głosowaniu podjęli decyzję o zawieszeniu strajku. Cztery dni później, 10 maja zawieszony został strajk w Stoczni Gdańskiej.

Przez kilka dni nikt z nami nie podejmował rozmów, chociaż wielokrotnie wywoływaliśmy dyrektora przed budynkiem dyrekcji. Dopiero w sobotę 7 maja doszło do pierwszego spotkania. Jednak szybko okazało się, że poza obietnicą podwyżki nie będzie żadnych uzgodnień. To była tylko gra na zwłokę, na zmęczenie. W niedzielę po mszy świętej kolejne rozmowy i w poniedziałek… We wszystkich spotkaniach brali ze mną udział bracia Kaczyńscy. Jednak już widzieliśmy, że to do niczego nie prowadzi. Władza nie ustępuje, a inne protesty gasną. W tej sytuacji, po rozmowie z Lechem, we wtorek 10 maja stwierdziłem, że rezygnujemy. Poprosiłem, aby arcybiskup Tadeusz Gocłowski poinformował kogo trzeba, że wieczorem kończymy strajk. Na spotkaniu w stołówce tłumaczyłem ludziom, że jesteśmy dzisiaj za słabi. Powiedziałem: „przydacie się jeszcze Polsce w przyszłości. Nie teraz, to następnym razem”. Płakali. „Wyjdziemy nie jako przegrani i rozbici, ale z honorem – wszyscy razem!” Tak się stało.

Jak z dzisiejszej perspektywy ocenia Pan znaczenie i skutki protestów maja i sierpnia 1988 roku? We wszystkich strajkach naczelnym żądaniem było zalegalizowanie NSZZ „Solidarność”.

Następnego dnia poszedłem do Tołwińskiego i pytam: „panie dyrektorze, jest dla mnie dekret zwolnienia?”. Bo przypuszczałem, że mnie natychmiast wyrzucą. A on mówi: „nie mam takiego polecenia”. Ja na to: „dziękuję bardzo, ale niech pan wie o tym i zgłosi władzy, że od dzisiaj, 11 maja, w Stoczni Gdańskiej będzie jawnie działała Solidarność”. Cały rok wcześniej, przed „okrągłym stołem”, na terenie Stoczni Gdańskiej odbywały się normalne, wydziałowe zebrania „Solidarności”. W kraju nie chcieli wierzyć, że to jest możliwe. Tak, myśmy normalnie funkcjonowali.

Od tej chwili starałem się działać szybko. Ponieważ wielu dawnych związkowców było poza stocznią, bo powyrzucano ich z pracy, trzeba było pilnie wybrać nowe władze na wydziałach. W ciągu kilku tygodni miałem już opanowaną stocznię w nowych strukturach. I kiedy w sierpniu ponownie wybuchł strajk, to już była potężna siła. Jak w maju było nas 1500 osób, to w sierpniu do strajku przystąpiło 4 i pół tysiąca. Tyle żeśmy codziennie obiadów wydawali. W maju młodzi przekonali się, że potrafią, a starzy, że można. Pokonaliśmy strach. To już była prosta droga do zwycięstwa. W sierpniu rzuciliśmy władzę na kolana.

Rozmawiał Dariusz Wasielewski

[fot: Ryszard Kuźma „Magazyn Solidarność”]

Warto poczytać

  1. dawid-winiarski-22072018 22.07.2018

    Cudowne uzdrowienie czy symulacja? Co tak naprawdę się stało nowemu męczennikowi opozycji

    Ostatnie posiedzenie Sejmu wzbudziło spore zainteresowanie opinii publicznej

  2. sleeping-giants-18072018 18.07.2018

    Zastraszali firmy bo chcieli zniszczyć prawicowe media. Działalność lewicowej grupy została zdemaskowana

    Prawicowy portal Daily Caller ujawnił tożsamość założyciela organizacji Sleeping Giants, zajmującej się zastraszaniem firm zamieszczających reklamy w prawicowych mediach. Okazało się, że jej założyciel, Matt Rivitz, sam jest pracownikiem przemysłu reklamowego

  3. 1270SZTUCZNEMIESKO 18.07.2018

    Zgroza. Już za kilka lat w restauracjach będziemy jeść sztuczne mięso

    Świat stanął na głowie. Choć tę tendencję obserwujemy na wielu płaszczyznach, to jednak ostatnie dokonania holenderskich naukowców napawają nas przerażeniem. Tamtejsza spółka zaprezentowała pierwszego hamburgera, do którego mięso wyprodukowano w laboratorium

  4. 1270lenin12 17.07.2018

    Rosyjski zbrodniarz twarzą reklamy polskiej firmy. Przesadzili

    Lenin, to wbrew komunistycznej propagandzie, jeden z najkrwawszych dyktatorów ubiegłego stulecia.

  5. stop-pedofilii-14072018 14.07.2018

    Czy to krok w celu akceptacji pedofilii? Amerykańska strona internetowa chce zmiany słowa "pedofil" bo jest obraźliwie

    Thepreventionproject.org to strona internetowa o charakterze profilaktycznym, która zajmuje się badaniem oraz pomocą osobom, które posiadają skłonności pedofilskie

  6. 1270tuseksmieszek 13.07.2018

    Tusk wyśmiany przez amerykańskich dziennikarzy. Mocny komentarz Antoniego Macierewicza

    Donald Tusk chyba nie zdaje sobie sprawy z faktu, że w Europie niewielu traktuje go poważnie. Choć wielokrotnie dano mu to odczuć, on niezrażony stara się pokazac, że jest politykiem „z pierwszej ligi”. Próbował to udowodnić, pouczając Donalda Trumpa

  7. walesa02022018 09.07.2018

    Czy to atak sztabu wyborczego PO? Przychylne dla Jarosława Wałęsy komentarze pochodzą z tego samego komputera

    Zobacz zdjęcie z komentarzami dla Jarosława Wałęsy

  8. 1270prezydentandrzejwolyn 09.07.2018

    Prezydent oddający hołd wymordowanym Polakom? Dla lewactwa to powód do śmiechu!

    Trudno o większe zezwierzęcenie, niż wyśmiewanie się z osoby, która oddaje hołd ofiarom ludobójstwa. Jednak to, co dla przyzwoitych ludzi jest niedopuszczalne, dla wielu, wychowanych na publicystyce wiadomej gazety, jest rzeczą naturalną

CS157fotoMINI

Czas Stefczyka 157/2018

PDF (9,17 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook