Jedynie prawda jest ciekawa


Ta decyzja uratowała Amerykę od komunizmu. O wszystkim zadecydował jeden człowiek

06.05.2018
usa06052018
Ta decyzja uratowała Amerykę od komunizmu. O wszystkim zadecydował jeden człowiek

200 lat temu w budynku przy trewirskiej Bruckergasse przyszedł na świat Karol Marks. Z okazji takiej okrągłej rocznicy na powierzchnię po raz kolejny powypełzali jego apologeci i nagle zaroiło się od hołdów. Niektórych mocno niestosownych, jak „nabożeństwo” poprowadzone przez Junckera w trewirskiej katedrze czy też słowa kardynała, nomen omen, Marxa o tym, jak bez pracy jego imiennika nie byłoby Katolickiej Nauki Społecznej.

Nie da się jednak ukryć, że wprowadzanie w życie idei Marksa jak na razie nie przyniosło zadowalających rezultatów. Związek Radziecki, Chiny Ludowe, Korea Północna, Kambodża – gdzie nie spojrzeć tam marksizm przynosi, w najlepszym wypadku, niewyobrażalną nędzę. A w najgorszym, i wcale nie tak rzadkim, miliony trupów. Zwolennicy socjalizmu mają w zwyczaju twierdzić, że to nie jest wina Marksa. Że on chciał dobrze. I że nie mógł wiedzieć, że jego idee tak będą wyglądać w praktyce.

Tyle tylko, że w tischnerowskiej klasyfikacji prawdy jest to zdecydowanie trzecia kategoria. Bo Marks mógł wiedzieć, że tak będzie. I jakby tylko nieco bardziej interesował się historią, to wyrzuciłby wszystkie swoje prace do kosza, a świat dzięki temu byłby dużo szczęśliwszym miejscem. W jego pomyśle na komunizm nie było bowiem nic oryginalnego. Co więcej, zdążono go wprowadzić już w praktyce. I to, z wszystkich miejsc na świecie, w Ameryce.

Cofnijmy się nieco w czasie. Jest późne lato 1620 roku. Grupa Purytanów, którzy musieli uciec z Anglii do Holandii przed prześladowaniami religijnymi, musi uciekać ponownie. Słychać już bowiem pierwsze pomruki konfliktu, który niedługo przerodzi się w Wojnę Trzydziestoletnią, a oni sami boją się, że Holandię zdobędzie katolicka Hiszpania, a oni sami zostaną ofiarą kolejnych prześladowań. Wsiadają więc na pokład starej fluity o malowniczej nazwie Mayflower i wyruszają do Nowego Świata. Po długiej i trudnej podróży przez ocean lądują na wybrzeżu dzisiejszego stanu Massachusetts.

Głód, chłód, ubóstwo

Początki są bardzo trudne. Już pierwszej zimy 45 kolonistów ze 102, którzy przybyli do Ameryki, umiera. Nie ma w tym nic dziwnego – z powodu zawirowań z wynajęciem statku wypłynęli w rejs zbyt późno i nie zdążyli się osiedlić zanim przyszła zima. A zimy w Nowej Anglii bywają bardzo ciężkie. Kolonia jednak jakimś cudem przetrwała – głównie dzięki pomocy okolicznych Indian, którzy pokazywali bladym twarzom jak sadzić kukurydzę i inne nieznane im rośliny, gdzie najlepiej polować, jak łapać bobry i sprzedawać ich futra i tak dalej.

Mijały jednak kolejne miesiące, a los kolonistów wcale się nie poprawiał. Plony były małe i ledwo wystarczały na przeżycie. Chaty były tak słabo zbudowane, że byle mocniejszy wiatr potrafił je uszkodzić. Wielu kolonistów zaczyna pracować dla Indian, wykonując najgorsze prace za miskę strawy. Co gorsza, atmosfera w kolonii z każdym dniem ulegała pogorszeniu. Purytanie mieszkający w holenderskiej Lejdzie byli bardzo blisko powiązani ze sobą wiarą, stanowili niemal rodzinę. Ci sami Purytanie w nowym świecie patrzyli na siebie wilkiem i wszystko wskazywało, że wkrótce rzucą się sobie do gardeł.

Na ich szczęście w kwietniu 1621 roku, po niespodziewanej śmierci Johna Carvera, postanowili oddać władzę nad kolonią Williamowi Bradfordowi. Po trzeciej z kolei ciężkiej i głodnej zimie, którą ledwo przetrwali, Bradford zrozumiał, że następnym razem może się nie udać. I jak nie zadbają o to, żeby plony były większe a chaty mocniejsze, to czwartej mogą nie przetrwać. Zebrał więc najstarszych i najmądrzejszych członków społeczności i zaczęli radzić nad rozwiązaniem.

Po długich naradach doszli do wniosku, że winne są zasady, jakimi kierowali się zakładając kolonię. Plymouth była bowiem przedsięwzięciem komercyjnym, na którym inwestorzy zrzeszeni w spółce Merchant Adventurers mieli zamiar zarobić. A że kto ma złoto ten narzuca zasady, to w spisanym kontrakcie dosyć dokładnie określili to jak ma wyglądać kolonia. Ich wizja nie była zresztą oryginalna, gdyż w praktyce skopiowali zasady rządzące pierwszą brytyjską kolonią w Ameryce, Jamestown, która, nota bene, borykała się z dokładnie tymi samymi problemami. Ale na pewno spodobałaby się Marksowi.

Mądrzejsi od Pana Boga

Nowa kolonia miała bowiem być społecznością komunistyczną. Jej mieszkańcy mieli wspólnymi siłami budować chaty mieszkalne i inne budynki. Mieli wspólnymi siłami przygotowywać pola pod zasiewy i potem je uprawiać. Wszyscy mieli brać udział w żniwach, a zebrane plony miały być przenoszone do magazynów i dzielone po równo. Kobiety miały wspólnie prać i gotować. Na ich szczęście nikt nie wpadł na pomysł, aby także one stanowiły własność komunalną – na takie postulaty trzeba było poczekać do Rewolucji Październikowej.

Logika stojąca za takim rozwiązaniem wydawała się solidna. Kolonizacja nieznanego kontynentu, zamieszkanego przez często wrogą ludność, była zadaniem trudnym w samym sobie. Po co je jeszcze bardziej komplikować chciwością i rywalizacją pomiędzy mieszkańcami kolonii? Nie lepiej  jak wszyscy będą pracować dla wspólnego dobra? Wszak to zgoda buduje.

Na szczęście dla mieszkańców Plymouth Bradford był – w przeciwieństwie do większości marksistów – inteligentnym człowiekiem i dostrzegł wiążące się z tym problemy. Ludzie są różni – jedni są bardziej pracowici, inni bardziej leniwi. Przy wspólnej pracy ci bardziej leniwi starali się pracować jak najmniej, a ci bardziej pracowici nie mieli żadnej motywacji aby się starać. Bo i po co? Skoro wszystko było dzielone po równo, to ich starania przyniosłyby co najwyżej większe zmęczenie. Wydajność pracy równała więc w dół, do tych którzy robili najmniej. Powodowało to również konflikty – ci, którzy mimo wszystko się starali, nie byli zachwyceni tym, że leserzy per saldo wychodzą na tym lepiej.

W końcu Bradford podjął więc najważniejszą decyzję w historii Ameryki – zrezygnował z komunizmu. Cała ziemia została podzielona na działki, które zostały rozdane pomiędzy osadników i od tego momentu miały stać się ich prywatną własnością. Ich prywatną własnością miały stać się także plony które przynosiły oraz chaty, w których mieszkali – a to oznaczało, że jeśli będzie im głodno i zimno, to będzie to tylko i wyłącznie ich wina. Pomysł Bradforda zadziałał niemal natychmiast. Już następnej zimy mieli tyle jedzenia, że przetrwali ją bez problemu. A wkrótce zaczęli się bogacić. Ten fakt natomiast spowodował zwiększenie zainteresowania Ameryką na starym kontynencie. W powszechnej opinii kolonizacja Nowego Świata była bowiem nieopłacalna i na rejs w większości decydowali się jedynie ci, którzy i tak nie mieli nic do stracenia. Powodzenie Plymouth sprawiło, że do brzegów Ameryki zaczęli przybijać setkami ci, którzy chcieli poprawić swój los – i już wkrótce zaczęły wyrastać kolejne osady, rządzone według sprawdzonego modelu.
Gdyby nie decyzja Bradforda, to całkiem możliwe, że Plymouth upadłoby w 1624 roku, a razem z nim upadłaby kolonizacja Ameryki. Z czego zapewne ucieszyliby się Indianie, którzy wbrew obiegowej opinii w żadną własność wspólną się nie bawili.

Wspominając to wydarzenie po latach, Wiliam Bradford zapisał w swoim dzienniku znamienne słowa: 

„Doświadczenie, jakie mieli w tym wspólnym kursie i warunkach (…) pomiędzy trzeźwymi i bogobojnymi ludźmi, dowodzi próżności pomysłu Platona i innych starożytnych, chwalonego przez niektórych późniejszych myślicieli: że odebranie własności i zastąpienie jej wspólnotą wspólnego majątku sprawi, że będą szczęśliwie prosperować – jakby byli mądrzejsi od Boga. Bo ta wspólnota przyniosła jedynie wiele zagubienia i niezadowolenia, i powstrzymała wiele wysiłków, które przyniosłyby im zysk i lepszą jakość życia. (…) Jako, że celem było równe posiadanie i równa praca, myśleli o sobie że są równi, a jeden jest równy drugiemu: i jeśli nie odcięło to całkiem relacji jakie stworzył pomiędzy ludźmi Bóg, to przynajmniej mocno ograniczyło szacunek, jaki powinni czuć do siebie nawzajem. A byłoby dużo gorzej, jakby byli gorszymi ludźmi niż byli. Niektórzy twierdzą, że to zło, które nie służy wspólnemu celowi. Odpowiadam: widząc że w każdym jest to zło, Bóg w swej mądrości widział dla nich inny sposób postępowania”.  


Dziennik Bradforda przechodził z ojca na syna, aż zaginął w niewyjaśnionych okolicznościach. Aż w końcu odnalazł się w zbiorach biskupa Londynu. Po raz pierwszy opublikowano go w całości w 1856 roku. Jedenaście lat później Marks wydał swój „Kapitał”.

Gdyby tylko Karol bardziej interesował się historią i zadał sobie trud przeczytania dziennika Bradforda, to zrozumiałby z czym w praktyce łączą się jego idee i zdążyłby je odwołać. Rozum i Godność Człowieka na pewno by mu za to podziękowały.

O ponad stu milionach ofiar komunizmu nie wspominając.

Wiktor Młynarz.


Warto poczytać

  1. 1270paparumskij 08.08.2018

    Kto jest biskupem księżyca?

    Do diecezji w Orlando należy całkiem spory kawałek Florydy, z 9 hrabstwami, setkami miast i miasteczek i ponad 400 tysiącami wiernych. Należy do niej również...księżyc.

  2. 1270pfeifer 30.07.2018

    Na podstawie losów tego żołnierza można prześledzić historię Polski I poł. XX w

    Gen. Franciszek Edward Pfeiffer ps. "Radwan" był łodzianinem, ale znany jest przede wszystkim jako jeden z dowódców Powstania Warszawskiego. Na podstawie jego losów można prześledzić niemal całą historię Polski I połowy XX wieku.

  3. 1270oblawanamlodewilki 12.07.2018

    To najbardziej tragiczna zbrodnia na Polakach po II wojnie światowej. Wspaniały gest kibiców.

    Kibice Sparty Augustów uczcili pamięć polskich żołnierzy wymordowanych w przez oprawców z NKWD, UB i KBW. Dla augustowskiej młodzieży pamięć o tych wydarzeniach wciąż jest bardzo ważna, czemu dali wyraz w osobliwy sposób. W Augustowie powstał mural upamiętniający zamordowanych bohaterów

  4. 1270dudela 29.05.2018

    Prezydent: dziękujemy weteranom za ich patriotyzm i poświęcenie

    Dziękujemy weteranom za ich patriotyzm, poświęcenie i odwagę; pamiętamy też o tych, którzy zginęli w służbie Ojczyźnie - napisał na Twitterze prezydent Andrzej Duda, z okazji obchodzonego we wtorek Dnia Weterana działań Poza Granicami Państwa

  5. Zygelbojmwiki 12.05.2018

    Krzyczał że "Świat oszalał". Wkrótce popełnił samobójstwo w akcie rozpaczy przeciw zagładzie Żydów i milczeniu Zachodu

    75 lat temu, 12 maja 1943 r., w obliczu nieuchronnego upadku żydowskiego zrywu w Warszawie, a także w związku z bezskutecznymi prośbami o reakcję Zachodu na Zagładę Żydów, w Londynie popełnił samobójstwo Szmul Mordechaj Zygielbojm.

  6. 1270powstanieslaskie 02.05.2018

    97. rocznica wybuchu III powstania śląskiego

    W nocy z 2 na 3 maja 1921 r. wybuchło III powstanie śląskie, które przesądziło o sposobie podziału Górnego Śląska między Polskę i Niemcy

CS-159fotoMINI

Czas Stefczyka 159/2018

PDF (5,69 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook