Świat

“Polityczna farsa”. Przewodniczący Sądu Najwyższego nie weźmie udziału w impeachmencie Trumpa

Demokraci mają kolejny problem z impeachmentem Trumpa. Okazało się, że przewodniczący Sądu Najwyższego (SCOTUS) nie ma zamiaru poprowadzić procesu w Senacie.

O procedurze impeachmentu w USA słyszy się głównie wtedy, kiedy poddawany jest mu prezydent, ale umożliwia ona odwołanie każdego urzędnika, sędziego, senatora etc. Konstytucja jeśli o nią chodzi jest dosyć ogólna, stwierdza niewiele więcej niż to, że prawo do impeachmentu – będącego czymś w rodzaju aktu oskarżenia – ma Izba Reprezentantów, a o ewentualnej winie polityka decyduje Senat. Jednym z niewielu konkretnych zapisów jest jednak to, że jeśli impeachmentowi został poddany prezydent, to posiedzeniom Senatu nad jego artykułami ma przewodniczyć Chief Justice, jak w USA nazywa się przewodniczącego SCOTUS. Jego rola nie jest tylko ceremonialna – jeżeli podczas któregoś z głosowań, na przykład w sprawie przyjęcia dowodu czy powołaniu świadka, doszło do remisu, to właśnie on rzuci decydujący głos.

Obecnym przewodniczącym SCOTUS jest nominowany przez Georga W. Busha John Roberts. Sędzia Roberts przewodniczył już raz procesowi w sprawie impeachmentu Trumpa i jego rola została zapamiętana głównie dlatego, że po opowiedzeniu przez niego dla uspokojenia nastrojów anegdocie archaiczne słowo „pettifogging”, oznaczające kłócenie się o nieistotne szczegóły, stało się najczęściej wyszukiwanym wyrazem w internetowych słownikach.

Drugi impeachment Trumpa budzi jednak większe kontrowersje niż pierwszy, a największe kontrowersje budzi fakt, że Trump opuścił już Biały Dom. O tym, że Demokraci nie zdążą, wiadomo było od początku – Senat kończył ferie 19 lutego, na dzień przed inauguracją Bidena. Z tego powodu nikt nie jest do końca pewien, czy ta procedura jest w ogóle legalna. Jej zwolennicy zwracają uwagę, że William Belknap, minister wojny w gabinecie Ulisessa Granta został poddany impeachmentowi za korupcję chociaż zdążył złożyć rezygnację przed głosowaniem w Izbie. Przeciwnicy zauważają jednak, że nie jest to zbyt mocny precedens gdyż już po jego impeachmencie i uniewinnieniu przez Senat wszyscy przeszli nad całą sytuacją do porządku dziennego i nikt de facto nie sprawdził, czy działanie Izby było zgodne z konstytucją.

John Roberts najwyraźniej należy do zwolenników tej drugiej teorii gdyż odmówił udziału w kolejnym impeachmencie. Jako sędzia jest skądinąd znany z niechęci do tego, aby SCOTUS był wykorzystywany do celów politycznych. Tradycyjnie dla niego nie wydano żadnego komunikatu tłumaczącego jego decyzję, ale senator Rand Paul ujawnił kilka dni temu mediom, że zdaniem sędziego nie ma on takiego obowiązku, gdyż Trump nie jest już prezydentem.

Sam senator nie zostawił na całej sprawie suchej nitki w felietonie dla portalu The Hill. Stwierdził w nim, że pierwszy impeachment Trumpa był wprawdzie „polowaniem na czarownice pełnym sfabrykowanych dowodów” ale Demokraci przynajmniej mieli prawo go przeprowadzić i nie łamali przy tym konstytucji. Tym razem jednak impeachment – który nazwał “polityczną farsą” – nie posłuży konstytucyjnemu celowi usunięcia polityka ze stanowiska, bo Donald Trump już go nie zajmuje, a odmowa Robertsa jest dla niego ostatecznym dowodem na to, że to wszystko jest „gorzkim partyjniactwem i politycznym teatrem” niezgodnym z konstytucją i jako takie powinno być zbojkotowane.

Rand, któremu po 6 stycznia zdarzało się krytykować Trumpa, odniósł się do stawianych mu zarzutów. Stwierdził, że jeśli wypowiadane przez polityka słowa o „walce o swój kraj” uznać za nawoływanie do powstania, to wielu jego kolegów może mieć przez to kłopoty. Dodał też, że był jednym z  republikańskich polityków obecnych w 2017 na boisku w Alexandrii, kiedy zwolennik socjalisty Berniego Sandersa otworzył do nich ogień, poważnie raniąc kongresmana Steve’a Scalisego. Paul zauważył, że strzelca mogła zradykalizować ostra retoryka Demokratów dotycząca walki o reformę służby zdrowia, ale nikt – z nim samym włącznie – nie obwiniał Sandersa o jego czyny.

Kiedy Roberts zrezygnował pojawił się problem tego, kto go zastąpi. Zgodnie z konstytucją przewodniczącym senatu jest wiceprezydent, chociaż w praktyce niezwykle rzadko faktycznie przewodniczy on obradom i w zasadzie pojawia się w Kapitolu tylko w wyjątkowych okolicznościach, jak konieczność rzucenia decydującego głosu w razie remisu. To właśnie wiceprezydent zwykle przewodniczy impeachmentom osób innych niż urzędujący prezydent. Ale tym razem takie rozwiązanie z powodu samego charakteru sprawy byłoby kłopotliwe. Nie byłoby bowiem impeachmentu Trumpa gdyby Trump nie zarzucał Harris, że objęła swoje stanowisko w wyniku oszustwa – więc nikt nie uwierzyłby w jej bezstronność.

Ostatecznie zdecydowano więc, że posiedzeniu będzie przewodniczył prezydent pro tempore Senatu, Demokrata Patrick Leahy. Prezydent pro tempore to – przynajmniej w teorii – czwarta osoba w państwie, jego zadaniem jest przewodniczenie obradom senatu pod nieobecność na nich wiceprezydenta. Tradycyjnie zostaje nim najstarszy stażem senator z partii mającej większość a Leahy zajmuje swój stołek nieprzerwanie od 1975 roku.

To, że właśnie on będzie przewodził procesowi Trumpa, też jednak budzi duże opory. On sam wydał komunikat prasowy w którym stwierdził, że w przeszłości już zdarzało się, żeby prezydent pro tempore Senatu przewodniczył impeachmentowi a on sam złoży specjalną przysięgę, że będzie obiektywny. Krytycy zwracają jednak uwagę, że nie może on być obiektywny, gdyż w przeciwieństwie do przewodniczącego SCOTUS i wiceprezydenta on, jako urzędujący senator, będzie mógł wziąć udział w głosowaniu nad uznaniem go za winnego.

Coraz częściej słychać też głosy, że odmowa Robertsa to ostateczny dowód na to, że cały proces będzie niekonstytucyjny. Skoro konstytucja stwierdza, że impeachmentowi prezydenta musi przewodniczyć szef SCOTUS – mówią kolejni Republikanie – a Demokraci pozwolili na to komuś innemu, to znaczy, że nie uznają Trumpa za prezydenta. A skoro nie uznają go za prezydenta, to jest zwykłym obywatelem i jako taki nie może być poddany impeachmentowi. Coraz więcej wskazuje na to, że właśnie to, a nie obrona samego Trumpa, będzie linią argumentacji Republikanów podczas procesu
.
Oczywiście to wszystko miałoby dużo poważniejsze konsekwencje gdyby faktycznie istniały szanse na to, żeby Senat uznał Trumpa za winnego. Na to jednak się nie zapowiada. Potrzebna do tego jest bowiem tzw. superwiększość 2/3 Senatu, co oznacza, że artykuły impeachmentu musi poprzeć aż 17 Republikanów. Tymczasem po fali krytyki jaka spadła na 10 republikańskich kongresmanów, którzy zagłosowali za impeachmentem w Izbie, mało który się do tego pali. Jedynym, który poparł już impeachment, jest Mitt Romney – jedyny Republikanin, który zagłosował za poprzednim. Cała reszta albo go krytykuje albo odmawia komentarza. Co ciekawe wśród krytyków postępowania Demokratów nie brak zadeklarowanych wrogów Trumpa, jak chociażby senatora Marca Rubio. Tym samym cała ta farsa najprawdopodobniej stanie się jedynie historyczną ciekawostką.

Źródło: Stefczyk.info na podstawie Fox News, CNN, Politico Autor: WM
Fot. PAP/EPA/J. Scott Applewhite / POOL

Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.

Zamknij