Jedynie prawda jest ciekawa

Gorące tematy:

Zamieszanie wokół rosyjskich nalotów w Syrii. Nie chodzi o IS?

03.10.2015

Wokół celów trwających od środy rosyjskich nalotów w Syrii jest sporo zamieszania. Niemniej mimo antyterrorystycznej retoryki Kremla wiele wskazuje na to, że priorytetem dla Rosji nie jest IS, ale wsparcie sojusznika - prezydenta Syrii Baszara el- Asada.

Jak zauważa ekspert Carnegie Endowment for International Peace Aron Lund, autor licznych publikacji o wojnie w Syrii, "po trzech dniach nalotów trudno określić jasny wzór (według jakiego Rosjanie wybierają cele swych bombardowań) i nie należy wyciągać zbyt pochopnych wniosków".

Ale wbrew temu, co mówi Kreml, Rosjanie "w żaden sposób nie ograniczają swej ofensywy do Państwa Islamskiego" - zastrzega. Wręcz przeciwnie; zdaniem Lunda większość ataków przeprowadzonych do tej pory miała na celu "inne grupy" niż IS. Niektóre z tych grup są wspierane przez Stany Zjednoczone.

Do podobnych wniosków doszedł brytyjski wywiad. Jak powiedział w sobotę dziennikowi "The Sun" brytyjski minister obrony Michael Fallon, z analizy rosyjskich nalotów wynika, że tylko jedno uderzenie na 20 (czyli 5 proc.) było skierowane przeciwko dżihadystom z IS. Natomiast celem większości nalotów była opozycja wobec Asada.

Informując o nalotach, amerykańskie media wykorzystują mapy opracowane przez Institute for the Study of War (ISW), waszyngtoński think tank zajmujący się tematyką wojskową. ISW podaje, że przygotowuje je na podstawie "danych wysokiego zaufania", za jakie uważa informacje potwierdzone zarówno przez oficjalne oświadczenia rządowe, dostarczone wiarygodnymi kanałami, jak i dokumentację uzyskaną od różnych frakcji rebeliantów w Syrii oraz sieć uznawanych za wiarygodnych aktywistów w terenie.

Rosja, jak wyliczał ISW, przeprowadziła 1 października ataki na utrzymywane przez rebeliantów pozycje w prowincjach Hims, Idilb i Aleppo. Ministerstwo obrony Rosji wielokrotnie zapewniało, że we wszystkich tych miejscach celem ataków było IS. "Niemniej ataki rosyjskie obejmowały obóz treningowy wspieranej przez Zachód przeciwpancernymi pociskami rakietowymi organizacji powiązanej z Wolną Armię Syryjską - Liwa Sukur al-Dżabal - koło Maarrat an-Numan w prowincji Idlib" w zachodniej Syrii - podał ten ośrodek badawczy.

Tymczasem minister Sergiej Ławrow podkreślił w czwartek, że Rosja nie traktuje Wolnej Armii Syryjskiej, do której należą różne wspierane przez USA grupy, jako organizacji terrorystycznej. Tyle że później rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow przyznał, że rosyjskie lotnictwo "atakuje kilka frakcji rebelianckich" wybranych w koordynacji z siłami syryjskimi. Nie sprecyzował jednak jakie.

Aron Lund zauważa, że syryjska opozycja "spieszy się, by winą za każdy nalot obarczać Władimira Putina, ale często brakuje na to dowodów". Identyfikację utrudnia fakt, że siły Asada operują w tej samej przestrzeni powietrznej co rosyjskie lotnictwo. Podczas gdy Putin może przynajmniej udawać, że odróżnia radykalnych dżihadystów od innych grup, dla Asada wszystkie one są opozycją - wyjaśnia.

Poza tym zdaniem Lunda trudno powiedzieć, który nalot był syryjski, a który rosyjski, gdyż siły obu krajów używają podobnego lub nawet identycznego sprzętu, w tym rosyjskich bombowców Su-24 i śmigłowców Mi-24. Co prawda rosyjska armia używa też bardziej zaawansowanych modeli Su-25, 30 i 34, których nie ma - jak się przynajmniej uważa - armia syryjska. Jeśli to te akurat maszyny zostaną użyte do nalotów, wówczas z większym prawdopodobieństwem można stwierdzić, że za ich sterami siedzieli rosyjscy piloci.

Spośród ataków dokonanych przez Rosjan pierwszego dnia, o jakich informowała syryjska agencja prasowa SANA, większość - jak analizuje Lund - znajduje się we wschodniej części obszaru zwanego Rastan Pocket, gdzie Państwo Islamskie nie ma kontroli. Są to głównie enklawy rebeliantów, zdominowane silnie przez sunnitów walczących z siłami Asada.

"Ta zróżnicowana mieszanka obejmuje m.in. powiązany z Al-Kaidą Front al-Nusra, a także niezależnych islamistów Ahrar asz-Szam oraz niektórych zwolenników Bractwa Muzułmańskiego i kilka innych frakcji" - wylicza Lund. Wiele z tych grup jest jawnie wrogo nastawionych do IS, ale cały obraz jest w sumie dość mętny i jego zdaniem nie wiadomo, czy nie ma tam grup po cichu wspierających IS. "Innymi słowy nie jest jasne, kogo lub co Rosjanie tam zaatakowali" - konkluduje ekspert.

Ale Lund nie ma wątpliwości, że na innym zaatakowanym już pierwszego dnia obszarze - w Al-Latamna na północ od Hamy - nie ma Państwa Islamskiego. Obecna jest tam natomiast wspierana przez Turcję i USA grupa Tajammou al-Izza, która opublikowała wideo z - jak utrzymuje - rosyjskiego ostrzału jej obiektów.

Moskwa poinformowała w piątek, że zaatakowała Państwo Islamskie w dwóch nalotach w prowincji Ar-Rakka - na obóz szkoleniowy IS i "centrum dowodzenia". Ale te dwa naloty są dopiero "pierwszymi rosyjskimi nalotami potwierdzonymi przez ministerstwo obrony, które były nakierowane na pozycje w terenie znajdującym się pod kontrolą IS" - twierdzi ISW. Prowincja Ar-Rakka uchodzi za bastion islamistów.

Większość nalotów koncentrowała się w prowincjach Idlib, Hama i Hims, gdzie Państwa Islamskiego nie ma wcale, albo jego obecność jest marginalna.

"Jeśli chce się uniknąć ataku Rosji, to terytoria pod kontrolą IS wydają się bezpieczniejsze niż te zajęte przez rebeliantów" walczących z Asadem - komentował w sobotę na Twitterze szef organizacji Human Rights Watch Kenneth Roth.

Z Waszyngtonu Inga Czerny - PAP/run

fot. PAP/EPA
Słowa kluczowe:

Syria

,

terroryzm

,

Rosja

Warto poczytać

Facebook