Jedynie prawda jest ciekawa

Gorące tematy:

W RPA pogromy imigrantów

19.04.2015

Coraz częstsze są pogromy imigrantów w Republice Południowej Afryki.

Dwadzieścia lat po upadku apartheidu w Republice Południowej Afryki, która miała się stać Ludem Tęczy, zgodnym, przyjaznym i otwartym, coraz częściej dochodzi do pogromów cudzoziemców.

W Johannesburgu i Durbanie trzeci tydzień trwają pogromy i rabunki sklepów i domów, należących do imigrantów z innych krajów Afryki. Uzbrojeni w maczety napastnicy tropią po zaułkach cudzoziemców, włamują się do ich domów i sklepików, plądrują je, puszczają z dymem. Według policji od końca marca w pogromach zginęło co najmniej 6 osób, a prawie 10 tys. straciło dach nad głową i koczuje w tymczasowych obozach na stadionach.

W ostatnich latach w RPA, najbogatszym (choć w statystykach ustępuje Nigerii) i najlepiej urządzonym państwie kontynentu coraz częściej dochodzi do pogromów afrykańskich imigrantów. W 2008 r. w rozruchach zginęło ponad 60 osób. W tym roku do ataków na cudzoziemców doszło już drugi raz. W styczniu w Soweto i innych czarnych przedmieściach Johannesburga rozruchy trwały tydzień i zginęło w nich sześć osób.

Iskrą, która wywołała kwietniowe pogromy, stały się słowa króla Zulusów Goodwilla Zwelethiniego, który pod koniec marca oskarżył przybyszów, że odbierają chleb miejscowym, a dodatkowo są winni plagi przestępczości, narkomanii, AIDS.

„Wracajcie skąd przyszliście” – powiedział król, a parę dni później bojówki Zulusów rozpoczęły nagonkę na przybyszów z Zimbabwe, Mozambiku, Malawi, Burundi, Konga, Somalii i Etiopii.

Z czarnych przemieść KwaMashu, Isipingo, Umlazi czy Chatsworth rozruchy szybko przeniosły się do samego Durbanu, a także pobliskiego Pietermaritzburga, a w tym tygodniu wybuchły także w Johannesburgu. Tym razem celem napastników były także sklepy i domy należące do przybyszów z Chin, Pakistanu i Bangladeszu.

Szacuje się, że 50-milionowej RPA żyje ok. 5 mln imigrantów, w ogromnej większości z innych krajów Afryki, którzy po upadku apartheidu w 1994 r. i przejęciu władzy przez czarnoskórą większość zaczęli tysiącami zjeżdżać do Durbanu, Johannesburga i Kapsztadu w nadziei na bezpieczniejsze i lepsze życie. Przyjeżdżali, licząc, że miejscowi podzielą się z nimi ich bogactwem i w ten sposób spłacą dług wdzięczności za schronienie i pomoc, jakiej pozostałe kraje Czarnego Lądu udzielały czarnoskórym mieszkańcom RPA w czasach apartheidu. Do RPA, uchodzącej za kraj, gdzie przestrzega się prawa i obywatelskich swobód, ściągali też licznie uchodźcy z krajów, gdzie panowały dyktatury (największą liczbę imigrantów stanowią sąsiedzi z Zimbabwe) lub toczyły się wojny (Somalia, Kongo). Przybysze osiedlali się, zwykle nielegalnie, głównie w najbogatszej prowincji kraju, Gautengu (Johannesburg, Pretoria), ale także przygranicznych Limpopo i Mpumalandze.

Wrogość miejscowych do przybyszów pojawiła się wraz z niepowodzeniami południowoafrykańskiej transformacji od apartheidu do demokracji. Beneficjentami jej stała się wyłącznie czarnoskóra klasa średnia, a także elita ruchu wyzwoleńczego, która przejąwszy władzę polityczną, wykorzystała ją dla własnego uwłaszczenia. Kłopoty gospodarcze, towarzyszące transformacji, spadły natomiast na czarną biedotę, która najbardziej cierpiała także w czasach apartheidu.

Dwadzieścia lat po upadku apartheidu Afryka Południowa należy do państw świata o najgłębszych nierównościach społecznych, oficjalny wskaźnik bezrobocia wynosi 25 proc., ale wśród czarnej młodzieży sięga nawet 50 proc. Do najbiedniejszych w RPA należą Zulusi, stanowiący jedną piątą ludności kraju, którzy już w czasach apartheidu w poszukiwaniu zarobku wyjeżdżali ze swoich wiosek do kopalni złota i węgla w Johannesburgu.

Bieda, w której mimo upadku apartheidu żyli, rozbudzone i zawiedzione nadzieje na odmianę losu, a także narastające poczucie braku perspektyw sprawiły, że już pod koniec lat 90. czarnoskóra biedota w RPA z coraz większą niechęcią odnosiła się do imigrantów. Miejscowi zarzucali przybyszom, że ustępując im kwalifikacjami (skutek apartheidu), przegrywają z nimi rywalizację o miejsca pracy. Dodatkowo przyjezdni godzili się pracować w RPA za niższe niż tubylcy stawki.

Imigranci narzekają, że południowoafrykańskie władze patrzą przez palce na pogromy, żeby kierując frustrację biedoty na obcych, odwrócić uwagę od transformacyjnych niepowodzeń, skutkujących powiększającą się wciąż przepaścią między bogatymi i biednymi.

Wielu południowoafrykańskich przywódców, podobnie jak zuluski król Zwelethini, swoimi wypowiedziami podburza w istocie mieszkańców ubogich przedmieść przeciwko cudzoziemcom. Lindiwe Zulu, minister w rządzie prezydenta Jacoba Zumy, która w czasach apartheidu korzystała z gościny w Tanzanii, Ugandzie i Angoli, przypomniała na początku roku imigrantom, by nie „zapominali, że przebywają w RPA jedynie z łaski”. A inny z ministrów, Nomvula Mokonyane, skarżył się, że „co drugi sklep w RPA należy do jakiegoś Pakistańczyka albo Somalijczyka” i że podobna sytuacja „aż prosi się o kłopoty”. W kwietniu syn samego prezydenta Zumy, Edward, wziął w obronę zuluskiego króla (Zumowie są Zulusami) i ostrzegł, że „obcy przejmują nasz kraj”.

Zasłużony w walce z apartheidem ewangelicki biskup Paul Verryn przestrzega rządzących RPA przywódców dawnego ruchu wyzwoleńczego Afrykańskiego Kongresu Narodowego (ANC) przed tolerowaniem narastającej w kraju ksenofobii.

„Dziś atakowani są cudzoziemcy, jutro ofiarą padną Hindusi, a w końcu przyjdzie kolej na białych” – powiedział.

W odpowiedzi na pogromy w Durbanie i Johannesburgu, jak za czasów apartheidu w sąsiadujących z RPA Mozambiku, Malawi, Zimbabwe, pobliskiej Zambii i innych afrykańskich krajach rozległy się głosy, wzywające do bojkotu południowoafrykańskich towarów i niezapraszania do siebie na występy południowoafrykańskich artystów.

PAP/es

fot.PAP/EPA


CS143fotMINI

Czas Stefczyka 143/2017

PDF (5,50 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook