Jedynie prawda jest ciekawa

Gorące tematy:

Polski kitesurfer odnaleziony!

03.03.2012

- Jadę już na lotnisko. Udało mi się załatwić bezpośredni lot do Tabuku. To odległość ponad półtora tysiąca kilometrów. Chcę być na miejscu akcji dowodzenia, bo sytuacja robi się dramatyczna. Szef straży przybrzeżnej, z którym przed chwilą rozmawiałem, oświadczył, że mimo iż zapadły ciemności, służby nie zamierzają przerwać poszukiwań Polaka - mówił jeszcze w sobotę wieczorem konsul RP w Rijadzie Igor Kaczmarczyk.

Szef operacji w Tabuku otrzymał zdjęcia kombinezonu Lisewskiego, które zostały rozesłane do wszystkich służb zaangażowanych w akcję ratunkową. Analizowana jest przyczyna rozbieżności danych, wskazujących pozycję 42-letniego gdańszczanina.

- W rejon, w którym powinien się znajdować, wypłynęły rano w sobotę cztery łodzie. Dwukrotnie nad tym obszarem krążył helikopter. Były więc duże nadzieje, że akcja zakończy się za dnia pomyślnie. Niestety, tak się nie stało. Sytuacja jest o tyle dziwna, że po odebraniu sygnału +check in/ok+ od Jana Lisewskiego, naszedł sygnał SOS - wspomniał Kaczmarczyk.

Pierwszy sygnał SOS nadany przez polskiego kitesurfera służby ratownicze odebrały w piątek o godzinie 17, a drugi o 19.55. Natomiast w sobotę o godz. 8.36 odnotowano kolejny sygnał wzywający pomocy, następny o 9.19, potem o 12.39 i 13.29 check in/ok, a o 13.40 ponownie SOS.

W piątek przed północą akcja ratownicza została przerwana, ale - jak podkreślił konsul - trwała wymiana informacji pomiędzy odpowiednimi służbami. Ministerstwo Spraw Wewnętrznych Arabii Saudyjskiej poleciło wszystkim możliwym instytucjom podjęcie działań, zmierzających do udzielenia pomocy polskiemu zawodnikowi.

Lisewski wystartował w piątek rano z egipskiej El Gouny z zamiarem pokonania ponad 200-kilometrowej trasy i dotarcia do portu Duba w Arabii Saudyjskiej. Według jego znajomych, którzy go wspierali, a także żony, był dobrze przygotowany do tej próby.

- Jesteśmy 15 lat małżeństwem i zapewniam, że Janek jest odpowiedzialnym facetem. To nie była jego wariacka próba pokonania Morza Czerwonego, jak niektórzy sądzą. On się do niej przygotowywał. Miał odpowiedni ubiór z lajkry, krótką i długą piankę, mieszankę wysokoenergetyczną, latarkę, racę, nóż do ewentualnego odcięcia linek, gdyby się splątały. To wszystko było obliczone na 11 godzin, bo taki maksymalny czas dopłynięcia do saudyjskiego brzegu zakładał - powiedziała Małgorzata
Lisewska.

Dodała, że trudno jej ocenić, co się stało z mężem. - Nie jestem fachowcem w tych sprawach, a przyczyn może być wiele. Może zgubił deskę, uciekł mu latawiec, może złamał nogę. Natomiast domyślam się, skąd się biorą rozbieżności w sygnałach. Po czterokrotnym nadaniu SOS nie miał pewności, czy prośba o pomoc została odebrana, więc na wszelki wypadek nadał dwukrotnie +check in/ok+, aby go lepiej zlokalizować - zaznaczyła.

Do akcji ratowniczej odniósł się także premier Donald Tusk. Jak poinformował na konferencji prasowej w Warszawie, rozmawiał na temat poszukiwań Lisewskiego z ambasadorem w Rijadzie Witoldem Śmidowskim.

- Wiadomo było, że start (Lisewskiego) wiąże się z pewnymi ryzykami. Nie było też ze strony gospodarzy formalnej akceptacji dla tego startu. Warunki pogodowe też nie są najlepsze, ale ambasador poinformował mnie, że ze strony władz Arabii Saudyjskiej doświadcza wszelkiej pomocy i dużej aktywności na rzecz odnalezienia pana Jana Lisewskiego z użyciem wszystkich dostępnych narzędzi, śmigłowców i jednostek ratowniczych - powiedział w sobotę premier.  

- Wszyscy trzymamy kciuki. Mam nadzieję, że nasz rodak, mój w podwójnym znaczeniu, bo też z mojego
miasta rodzinnego, zostanie szybko odnaleziony
- podkreślił Tusk.

Lisewski wypłynął z egipskiego brzegu na 1,5-metrowej desce Master. Do niej przytwierdzony był seryjny latawiec Nobile o regulowanej powierzchni 10-12 m kwadratowych oraz trapez Dakine. W lipcu ubiegłego roku jako pierwszy człowiek na świecie pokonał Morze Bałtyckie. Wystartował w okolicach Świnoujścia i po 13 godzinach dobił do szwedzkiego wybrzeża, niedaleko Ystad.

Poszukiwany nadał kolejne sygnały SOS

Jan Lisewski, który w piątek chciał samotnie pokonać Morze Czerwone, nadał w niedzielę kolejne sygnały SOS - poinformował PAP konsul RP w Rijadzie Igor Kaczmarczyk, który jest na miejscu akcji.

Konsul wyleciał w sobotę ze stolicy Arabii Saudyjskiej i w niedzielę rano przybył do Tabuku, miejsca, z którego koordynowana jest akcja ratownicza. Po naradzie ze służbami udał się do odległej o 180 km Duby. Do tej miejscowości zamierzał dopłynąć w piątek pod wieczór 42-letni gdańszczanin.

"Akcja ratunkowa prowadzona jest na szeroką skalę pod najwyższym protektoratem państwa. Zaangażowany w nią jest nie tylko minister spraw wewnętrznych, ale także książę i następca tronu. Odszukanie Polaka jest priorytetem dla służb, które włączają do akcji kolejne jednostki. Obecnie akwen penetruje 16 statków i dwa helikoptery. Być może polecę jednym z nich. Wszyscy chcą mi tu pokazać, jak bardzo są zaangażowani w poszukiwania. Niektórzy nie śpią drugą dobę" – powiedział Kaczmarczyk.

Konsul podkreślił, że zarówno wojskowe śmigłowce, jak i łodzie, są nowoczesnymi, amerykańskimi jednostkami. Również nowoczesny jest sprzęt i system nawigacyjny.

"A jednak są kłopoty z lokalizacją zaginionego Jana Lisewskiego - przyznał. - Obecnie nie można jednoznacznie stwierdzić, co jest przyczyną tych problemów, bo ich może być kilka. Nie chcę tu wchodzić w szczegóły, gdyż mogą być one nie dla wszystkich zrozumiałe. Krótko mówiąc - są kłopoty z odczytem pozycji geograficznej" - dodał.

Zaznaczył, że każda nowa lokalizacja jest sprawdzana w sposób profesjonalny, a więc kolisto, poczynając od punktu, w którym powinien znajdować się poszukiwany. Na wszelki wypadek pod uwagę brane są też okoliczne wyspy, a z wybrzeża wody obserwują służby w 20 samochodach.

Konsul potwierdził, że po dłuższej, nocnej przerwie, odebrano w niedzielę kolejne sygnały SOS – o godz. 7.40 i 10.29 czasu polskiego bez koordynatorów, natomiast o 11.47 z lokalizacją GPS. Te współrzędne, które trafiają z satelity do Polski, zostają przeliczane na stopnie, minuty, sekundy i przekazywane do służb saudyjskich.

Jak się dowiedziała PAP, wobec ogromnego zainteresowania, nie tylko w Polsce, ale na wszystkich kontynentach, wyłączona została ze strony internetowej mapka, wskazująca pozycję Jana Lisewskiego.

"Tysiące wejść spowalniało otwieranie bądź blokowanie się strony, a chcemy, aby jak najszybszy podgląd miały osoby zaangażowane w akcję ratunkową" - wyjaśnił jeden z przyjaciół zaginionego.

Rodzina oraz bliscy znajomi Lisewskiego poinformowali na stronie kiteforum.pl o ustanowieniu nagrody w wysokości 10 tys. dolarów dla jednostki, która uratuje gdańszczanina.

Szczęśliwe zakończenie

Po 40 godzinach poszukiwań polskiego kitesurfera odnaleziono. Jan Lisewski jest transportowany do szpitala w miejscowości Duba - poinformował PAP w przesłanym komunikacie rzecznik prasowy MSZ Marcin Bosacki. Na miejscu jest konsul RP w Rijadzie Igor Kaczmarczyk, który ma otoczyć gdańszczanina opieką.

W komunikacie MSZ zaznaczono, że akcję poszukiwawczą prowadziło 16 jednostek ratunkowych oraz dwa helikoptery z Arabii Saudyjskiej, a teren wzdłuż wybrzeża przeszukiwany był przez patrole zmotoryzowane. Jednostki te nie tylko były kierowane w miejsca wskazane przez organizatorów rejsu, ale i przeczesywały znacznie szerszy akwen. Dodatkowo w niedzielę została włączona egipska jednostka ratownicza.

"Władze polskie pragną wyrazić ogromne podziękowania dla władz Królestwa Arabii Saudyjskiej, którego służby prowadziły akcję ratunkową z pełnym zaangażowaniem, choć cała sytuacja spadła na nie z zaskoczenia" - napisano w komunikacie.

W lipcu ubiegłego roku Jan Lisewski jako pierwszy człowiek na świecie pokonał na desce kitesurfingowej Morze Bałtyckie. Wyruszył z okolic Świnoujścia i po 13 godzinach dobił do szwedzkiego wybrzeża, niedaleko Ystad.
PAP
fot. sxc.hu

Warto poczytać

Facebook