Jedynie prawda jest ciekawa

Gorące tematy:

O czym w ONZ mówił Obama

25.09.2012

Prezydent Stanów Zjednoczonych w swoim przemówieniu w ONZ szeroko komentował sytuację w świecie muzułmańskim. Odniósł się także do filmu, który wywołał olbrzymie protesty wśród muzułmanów.

Prawie całe swoje przemówienie na forum Zgromadzenia Ogólnego ONZ prezydent USA Barack Obama poświęcił napiętej sytuacji w świecie muzułmańskim w związku z protestami antyamerykańskimi, kryzysem w Syrii i konfliktem z Iranem na tle jego programu nuklearnego.

W swoim wtorkowym 40-minutowym wystąpieniu potępił "politykę nienawiści", czyli podsycania podziałów etniczno-religijnych, i przeciwstawił jej wizję pokoju i pojednania wyznań i narodów zgodnie z uniwersalnymi wartościami demokracji i praw człowieka przyświecającymi ONZ.

Obama zaczął od złożenia hołdu ambasadorowi USA w Libii Christopherowi Stevensowi, zamordowanemu przez islamskich ekstremistów w czasie demonstracji antyamerykańskich w Bengazi 11 września.

Podkreślił, że był on przyjacielem Libii, entuzjastą libijskiej rewolucji i całej arabskiej wiosny.

"To nie był tylko atak na Amerykę, lecz także na te ideały, na których fundamencie powstała Organizacja Narodów Zjednoczonych. (...) Musimy dziś zadeklarować, że o przyszłości świata będą decydować tacy ludzie jak Chis Stevens, a nie tacy, jak jego zabójcy" - powiedział.

Obama zaznaczył, że film krytykujący islam, który wywołał protesty w krajach arabskich, uważa za "obrzydliwy" i obrażający nie tylko muzułmanów, "lecz również Amerykę", gdzie - jak przypomniał - istnieją "prawa, które chronią ludzi przed agresją z tego powodu, że są inni".

Podkreślił jednak, że w USA, gdzie film wyprodukowano, konstytucja gwarantuje wszystkim wolność wypowiedzi i nie można ich cenzurować.

"W Ameryce są ludzie, którzy mnie samego będą nazywać wszelkimi wyrazami, ale zawsze będę bronił ich prawa, aby to czynić" - oświadczył. "Wiem, że nie wszyscy na świecie podzielają ten nasz ideał, ale pogląd, że możemy kontrolować przepływ informacji przez naciśnięcie jakiegoś guzika, jest przestarzały" - dodał.

"Nie ma więc żadnej wypowiedzi, która usprawiedliwiałaby bezmyślną przemoc, nie istnieją żadne słowa, które uzasadniałyby zabijanie niewinnych ludzi" - oświadczył.

Podkreślił, że Ameryka "nie będzie się starać dyktować" procesów demokratycznych na świecie, ale zawsze będzie "stanowczo wypowiadać się przeciwko przemocy i ekstremizmowi".

"Czas zepchnąć na margines tych, którzy używają nienawiści jako narzędzia polityki. (...) Jest obowiązkiem przywódców wszystkich krajów zdecydowanie przemówić przeciwko przemocy i ekstremizmowi" - powiedział.

Prezydent USA wypomniał muzułmańskim demonstrantom, że jeśli protestują przeciw obrażaniu ich religii, powinni także zabrać głos przeciwko dyskryminacji oraz prześladowaniu chrześcijan i Żydów w niektórych krajach islamu.

Szef państwa zaznaczył jednak, że jego zdaniem islamistyczne i antyamerykańskie tendencje reprezentują mniejszościowy nurt na fali rewolucji w krajach arabskich.

Położył nacisk na sukcesy arabskiej wiosny, mówiąc o przeprowadzanych tam wolnych wyborach, i przypomniał o demokratycznych przemianach w innych regionach świata, np. w Birmie i krajach czarnej Afryki.

Prezydent powtórzył również znane stanowisko USA wobec napięć w stosunkach z Iranem, kryzysu w Syrii i konfliktu izraelsko-palestyńskiego.

Przypominając, że Iran wspiera dyktatorski reżim w Syrii i sponsoruje terrorystów, w zawoalowany sposób ostrzegł Teheran, że USA mogą nie ograniczyć się do dyplomacji, aby pokrzyżować jego plany atomowe.

"Ameryka pragnie rozwiązać rozbieżności z Iranem poprzez dyplomację, ale czas na to nie jest nieograniczony" - powiedział.

Dodał, że Iran uzbrojony w broń atomową "może wywołać nuklearny wyścig zbrojeń" na Bliskim Wschodzie, i podkreślił, że "nuklearny Iran nie jest wyzwaniem, z którym można sobie poradzić przez politykę powstrzymywania (ang. containment)".

Chodzi tu o politykę prowadzoną w okresie zimnej wojny - powstrzymywania przed ekspansją metodami dyplomatycznymi uzbrojonego w broń nuklearną ZSRR.

Obama ponownie oświadczył, że "reżim Baszara el-Asada w Syrii musi się skończyć", ale nie przedstawił nowych inicjatyw, które miałyby przybliżyć osiągnięcie tego celu.

Potwierdził też poparcie USA dla rozwiązania konfliktu bliskowschodniego przez powstanie niepodległego państwa palestyńskiego i zagwarantowanie przez to państwo bezpieczeństwa Izraelowi.  

ll, PAP

[Fot. PAP/EPA]

Facebook