Jedynie prawda jest ciekawa


Lewicowy kandydat na prezydenta USA zbawi świat? Bernie Sanders chce pracy dla każdego

24.04.2018
whouse24042018
Lewicowy kandydat na prezydenta USA zbawi świat? Bernie Sanders chce pracy dla każdego

Rząd Finlandii niedawno ogłosił, że rezygnuje z pomysłu gwarantowanego dochodu podstawowego dla bezrobotnych gdyż dwuletni program pilotażowy nie przyniósł efektów. W przyrodzie musi jednak być równowaga – dlatego niemal równocześnie Bernie Sanders, główny rywal Hillary Clinton w ostatnich wyborach i nieformalny przywódca lewego skrzydła Demokratów – zaproponował program gwarantowanej pracy dla każdego.

Plan Sandersa jest prosty. Rząd ma tworzyć miejsca pracy dla każdego chętnego. Pensja na takim stanowisku ma wynosić tyle, ile wynoszą pensje na podobnych stanowiskach w sektorze prywatnym, ale nie mniej niż 15 dolarów na godzinę – kwotę, która według wielu Demokratów powinna być narzuconą federalnie płacą minimalną. Dodatkowo taki pracownik cieszyłby się wszystkimi przywilejami jakie obecnie przysługują zatrudnianym przez agencje rządowe, jak ubezpieczenie zdrowotne czy płatny urlop. Alternatywnie rząd miałby zapewniać poszukującym pracy szkolenia dzięki którym staliby się bardziej konkurencyjni.

Fantazja starego socjalisty

Problem tylko w tym, że nie wiadomo kto miałby sfinansować ten ambitny projekt. Zapytany o to przez dziennikarzy Sanders odpowiedział, że jego plan jest na wczesnym etapie tworzenia i zatrudniani przez niego „ekonomiści” jeszcze do tego nie doszli. To istotny problem: w USA obecnie jest ponad 6,5 miliona bezrobotnych według rządowych statystyk. Ich faktyczna liczba może być znacznie większa, gdyż te statystyki odnotowują tylko osoby, które aktywnie szukają pracy. Dodać należy do tego osoby, które wprawdzie są obecnie zatrudnione, ale rzuciłyby pracę aby otrzymać lepiej płatne stanowiska rządowe. Skromnie licząc w razie realizacji planu Sandersa rząd USA musiałby stworzyć minimum 10 milionów stanowisk.

Zwolennicy pomysłu Sandersa argumentują, że nie ma w nim nic nowego gdyż podobne rozwiązanie wprowadził już Franklin Delano Roosevelt aby zwalczyć skutki wielkiego kryzysu. Jest to z ich strony duża manipulacja. W czasach Roosevelta wprowadzono dwa programy, do których najprawdopodobniej się odnoszą. Pierwszym z nich była Administracja Prac Publicznych (PWA) – ale w jego wypadku rząd po prostu sfinansował budowę dróg, szkół itd. Jednak realizacją tych zleceń zajęły się prywatne firmy. Drugi, Administracja Postępu Prac (WPA), był bardziej zbliżony do programu Sandersa, gdyż to rząd zapewniał miejsca pracy. Ale był znacznie mniejszy, w szczycie popularności zatrudniając nieco ponad 3 miliony pracowników. Obydwa te programy były bardzo kosztowne – PWA kosztował ponad 7 miliardów dolarów – co we współczesnej walucie równałoby się 126 miliardom. WPA był jeszcze droższy, z całkowitym kosztem dla rządu w wysokości 198 miliardów dolarów po uwzględnieniu inflacji. Obydwa te programy ostatecznie okazały się porażkami i nie osiągnęły zamierzonych celów. Jednym z powodów, szczególnie w wypadku WPA, była niska wydajność utworzonych miejsc pracy. Robotnicy nie bali się zwolnień, więc nie przemęczali się w pracy, przez co ich stanowiska nie przynosiły planowanych zysków. Po zakończeniu programu przez lata pracodawcy krzywo patrzyli na byłych pracowników WPA gdyż ich zdaniem nauczyli się złych nawyków.

Innym argumentem zwolenników tworzenia miejsc pracy przez rząd jest to, że taki program zmusiłby prywatnych pracodawców do konkurencji. Ich zdaniem sektor prywatny będzie musiał podnosić pensje i dawać pracownikom przywileje aby powstrzymać ich odpływ na stanowiska rządowe. Krytycy zasadniczo zgadzają się z tym rozumowaniem, ale zwracają uwagę, że zwiększone koszty zatrudnienia spowodują wzrost cen, szczególnie w firmach gdzie margines zysku jest niski, jak sklepy czy restauracje. Więc chociaż pracownicy będą zarabiać więcej, to ostatecznie ich pensje pozwolą na kupno mniejszej ilości towarów.

Zaskakująco popularny pomysł

Sanders nie jest jedynym członkiem Demokratów, który wystąpił z takim pomysłem. W zeszłym tygodniu niemal identyczną propozycję złożył senator Cory Booker, zdroworozsądkowo proponując wprowadzenie tego programu pilotażowo w 15 miejscach aby zobaczyć w praktyce jego efekty. Z bardzo podobnymi propozycjami występowała również senator Kirsten Gillibrand. Cała trójka jest uznawana za potencjalnych demokratycznych kandydatów w następnych wyborach prezydenckich.

Realizacja tego planu jest jednak, na chwilę obecną, niemożliwa. Nie tylko dlatego, że USA po prostu na to nie stać, chociaż jest to jeden z głównych powodów. USA coraz bardziej zwiększają zadłużenie, a wszystkie debaty budżetowe w ostatnim czasie zasadniczo sprowadzają się do pytania o to komu można obciąć finansowanie. W budżecie federalnym po prostu nie ma pieniędzy na realizację programu Sandersa, który według najbardziej optymistycznych szacunków kosztowałby więcej niż utrzymanie armii. Nie ma także odpowiedniego klimatu politycznego. Dla Republikanów tak daleko idąca rządowa ingerencja w rynek pracy jest z przyczyn oczywistych nie do przyjęcia, ale także wielu Demokratów uważa, że jego propozycja to w najlepszym wypadku niebezpieczny populizm.

Ale sam fakt, że takie propozycje padają, świadczy o czymś innym. Od dawna USA rządzili politycy reprezentujący szeroko pojmowane centrum. Od pewnego czasu widać jednak, że obie główne partie stają się coraz bardziej ideologiczne. W wypadku Republikanów proces ten dał nam prezydenta Trumpa, który potrafił świetnie wykorzystać panujące nastroje w trakcie kampanii, oraz niespodziewane sukcesy skrajnych kandydatów, którzy jeszcze niedawno byli uznawani co najwyżej za partyjny folklor. U Demokratów także widać coraz wyraźniejszy marsz na lewo. Gdy Obama wprowadzał ustawę regulującą ubezpieczenia zdrowotne wielu członków jego partii uważało, że to zbyt daleko idąca rządowa ingerencja. Dzisiaj obrona Obamacare jest w partii standardem, a coraz większą popularnością cieszy się do niedawna niszowy pomysł wprowadzenia państwowych ubezpieczeń zdrowotnych. Z programem Sandersa zapewne będzie podobnie – sam w sobie nie zostanie zrealizowany, ale Demokraci przyszłości będą chcieli ingerować w wolny rynek w dużo większym stopniu niż obecnie.

Wiktor Młynarz


CS155fotMINI

Czas Stefczyka 155/2018

PDF (11,86 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook