Jedynie prawda jest ciekawa

Gorąca arabska zima

30.12.2012

Mieszkańcy Egiptu i Tunezji znowu protestują, tym razem przeciwko rządom islamistów. Dwa lata po wybuchu arabskiej wiosny panuje polityczna islamska zima.

System jest bardziej demokratyczny niż poprzednio, ale zdestabilizowany. Brakuje inwestycji, bezrobocie rośnie.

17 grudnia w tunezyjskim Sidi Bouzid demonstranci obrzucili pomidorami i kamieniami prezydenta Monsifa Marzukiego podczas uroczystości związanych z drugą rocznicą wybuchu rewolucji, która zapoczątkowała arabską wiosnę. "Naród chce upadku rządu" - skandował tłum, powtarzając hasło rewolucji, w wyniku której w styczniu 2011 r. obalony został prezydent Zin el-Abidin Ben Ali.

Tunezyjczycy w ostatnim czasie znowu wychodzą na ulice, obarczając rząd winą za brak sukcesów w polepszaniu warunków życia w kraju.

- Po rewolucjach Tunezja i Egipt znalazły się w zaklętym kręgu. Potrzebują stabilizacji i inwestycji, ale paradoksalnie procesy demokratyzacji rozchwiały system polityczny - mówi prof. dr hab. Jerzy Zdanowski z Instytutu Kultur Śródziemnomorskich i Orientalnych PAN.

"Według Banku Światowego Tunezja potrzebuje pięciu lat, aby odzyskać równowagę sprzed 2011 r." - mówi Zdanowski. Z kraju wycofują się zagraniczni inwestorzy i przenoszą się np. do Maroka lub Jordanii, gdzie sytuacja jest ustabilizowana. Tunezyjski rząd nie chce wydawać zezwoleń hipermarketom i woli wspierać lokalny biznes, który jednak nie jest w stanie tworzyć tylu miejsc pracy co wielkie firmy - tłumaczy.

Po rewolucji w Tunezji wzrosło bezrobocie. Pod koniec 2011 r. wynosiło 25 proc. W najbiedniejszych regionach, przy granicy z Algierią, wśród młodych ludzi wahało się między 30 a 40 proc.

Bez pracy jest też jedna czwarta młodych Egipcjan. Po rewolucji, która odsunęła od władzy prezydenta Hosniego Mubaraka, tempo wzrostu spadło z prawie 6 proc. do 1,8 proc. PKB. Z rynku uciekła większość zagranicznych inwestorów. Od tego czasu sektor turystyczny traci tygodniowo 267 mln dolarów, a obłożenie hoteli spadło o 5-18 proc. - wynika z badania egipskiego ministerstwa turystyki, przytaczanego przez dziennik "Egypt Independent". Także w przyszłym roku nie należy spodziewać się wzrostu liczby turystów z powodu obecnej niestabilności i protestów przeciwko będącemu u władzy Bractwu Muzułmańskiemu - przewiduje dziennik.

Według Zdanowskiego Egiptowi może pomóc Arabia Saudyjska. To właśnie do Rijadu Mohammed Mursi udał się w pierwszą podróż zagraniczną jako prezydent. "Oba kraje odłożył na bok głęboką wrogość ideologiczną na rzecz pragmatycznych wzajemnych interesów" - pisał w lipcu "New York Times". Saudyjczycy, którzy byli bliskimi sojusznikami Mubaraka, w maju zdeponowali 1 mld dol. w egipskim banku centralnym, by pomóc krajowi utrzymać się na powierzchni do czasu udzielenia mu przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy pożyczki w wys. 4,8 mld dol. W Arabii Saudyjskiej pracują setki tysięcy Egipcjan, w tym syn Mursiego, którzy przekazując środki rodzinom w kraju wspierają egipską gospodarkę - przypomina "NYT".

Z kolei w Egipcie mieszka 700 tys. Saudyjczyków, którym władze saudyjskie, używając argumentu pomocy gospodarczej, zapewniły całkowitą swobodę działania ekonomicznego - podkreśla Zdanowski i mówi, że Saudyjczycy budują w Egipcie m.in. kolejne wielkie domy handlowe i nabywają nowe nieruchomości.

Dwa lata od wybuchu arabskiej wiosny wydaje się, że jej wyraźnymi zwycięzcami są islamiści i zdaniem wielu osób nadeszła islamska zima - ocenia w "Spiegelu" Daniel Steinvorth. W wyborach parlamentarnych w Egipcie zwyciężyła partia utworzona przez umiarkowanie islamistyczne Bractwo Muzułmańskie, a w prezydenckich - kandydat wywodzący się z tego ruchu. W Tunezji u władzy od zeszłego roku jest umiarkowanie islamistyczna Partia Odrodzenia.

Według Steinvortha Bractwo, która za czasów Mubaraka było zdelegalizowane, "ma wieloletnie doświadczenie z radzeniem sobie z autorytarnymi rządami, ale nie ma pojęcia na temat wolności i pluralizmu".

Zdanowski uważa jednak, że Bractwo jest bardzo naturalną opcją polityczną w Egipcie i w środowisku islamu. Podobnego zdania jest ekspert amerykańskiego think tanku Council on Foreign Relations Reza Aslan, który podkreśla, że duża część społeczeństwa egipskiego jest konserwatywna i chce, by islam odgrywał wpływową rolę w ich życiu, polityce i sposobie rządzenia. Zwolennicy islamistów to osoby "słabiej wykształcone, pobożne i czujące niepokój w związku ze świeckim kierunkiem, który nadawały krajowi poprzednie władze" - mówi w wywiadzie dla Council on Foreign Relations ekspertka ds. Bliskiego Wschodu Marina Ottaway.

Według Aslana na korzyść islamistycznych partii przemawiało to, że były one najlepiej zorganizowane i miały reputację nieskorumpowanych sił opozycyjnych.

Ponadto programy rozwojowe propagowane i realizowane przez tzw. sekularystów, m.in. przez Mubaraka, zawiodły. Bractwo, które przez lata pomagało najuboższym, "wyrosło na niepowodzeniach władz w zakresie budowy domów, tworzenia miejsc pracy, usprawniania systemów nauczania" – tłumaczy Zdanowski.

W ostatnich tygodniach sprzeciw nieislamskiej opozycji wzbudził projekt konstytucji, opracowany przez konstytuantę zdominowaną przez islamistów. W pospiesznie przygotowanej nowej ustawie zasadniczej utrzymany został zapis o "zasadach szariatu" (prawa muzułmańskiego) jako głównego źródła prawa. Ten sam zapis zawierała poprzednia konstytucja. "Wśród Egipcjan i w większości krajów arabskich tak naprawdę dopiero zaczyna się dyskusja na temat tego, czy państwo powinno być ideologicznie neutralne, czy też powinno narzucać obywatelom moralność" - podkreśla Shadi Hamid z amerykańskiego think tanku Brookings.

Zdanowski przewiduje, że w Egipcie zapanuje większy konserwatyzm formalny ujęty w ogólnych prawach, co niekoniecznie będzie się przekładało na życie codzienne. - Będzie zrozumienie dla sytuacji kogoś, kto prowadzi sklep z alkoholem lub kogoś, kto ma bar dla cudzoziemców, w którym sprzedawany jest alkohol. Ta tolerancja będzie jednak uzależniona od grup radykalnych, czyli salafitów. Z kolei ich aktywność będzie zależała od tego, czy sytuacja materialna będzie się poprawiać, czy pogarszać - tłumaczy Zdanowski.

Zdanowski uważa, że w interesie Zachodu, a głównie Europy, jest wspomagać Mursiego i jego programy. "W przeciwnym razie będziemy mieli dyktaturę wojskową albo rządy radykałów i irańskie modele rozwoju" - zaznacza. Uważa, że "Mursi musi działać na pograniczu prawa, żeby zapanować nad obecnym chaosem legislacyjnym i administracyjnym". Przykładem takiego działania był dekret z 22 listopada, w którym prezydent rozszerzył swoje uprawnienia i tymczasowo uniemożliwił zaskarżanie działań szefa państwa w sądach.

Według Zdanowskiego między Mursim a wojskiem, które rządziło krajem po obaleniu Mubaraka w lutym 2011 r., panuje symbioza. Obie strony obawiają się dojścia do władzy radykalnych islamistów, czyli salafitów. "Armia, która teoretycznie powinna być skłócona z Bractwem, nie ma żadnych podstaw, żeby usunąć prezydenta" - tłumaczy Zdanowski. Wojsko zadbało o swoje interesy, m.in. gwarantując sobie oddzielny budżet w nowej konstytucji. Armia ma też zapewnione dostawy sprzętu z USA.

Bractwo chce wykazać swoją siłę, głównie w Egipcie, w którym powstało, bo wie, że toczy się zacięta walka o rolę politycznego islamu, głównie w krajach, które dopiero ostatnio pozbyły się swoich dyktatorów - pisze Steinvorth. "Islamistyczne ugrupowania stoją przed wyborem: albo staną się muzułmańskimi demokratami, albo utracą swoje demokratyczne zdobycze" - podkreśla politolog Marwan Bishara w "Washington Post".

CS145fotMINI

Czas Stefczyka 145/2017

PDF (8,85 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook