Jedynie prawda jest ciekawa

Gorące tematy:

Liberalny Amerykanin uczy Biblii

19.09.2011

Czytelnicy powieści Flannery O'Connor dobrze znają ten typ protestanckiego kaznodziei, który przemierza Stany Zjednoczone, głosząc Słowo. Różnorodność kościołów poreformacyjnych, które konkurują ze sobą w Ameryce, nie wpłynęła na osłabienie praktyk religijnych.

Socjologowie z zadziwieniem odnotowują fakt, że Ameryka przeczy tezie o sekularyzacji, która miałaby następować razem z modernizacją. Zarówno bogacenie się społeczeństwa, jak i postęp technologiczny, nie
pociągają za sobą zaniku praktyk religijnych. Trzeba jednak odnotować, że dzieje się to na przekór opinii większości tamtejszych elit. Stąd często mówi się o zwykłej, konserwatywnej Ameryce i mniej licznej
liberalnej elicie. Dzieje się to nie tylko na przekór elitom, ale także pomimo przywiązania do zasady rozdziału Kościoła, czy raczej kościołów, od państwa. Szkoły publiczne, które istnieją obok potężnej sieci szkół wyznaniowych, w wyobraźni liberalnej Ameryki były zawsze ostoją świeckości. Uchwalanie więc w kolejnych stanach ustaw zalecających szkołom publicznym lekcji na temat Pisma św. wznieciło liczne dyskusje.

Pismo w stanie natury

Gubernator stanu Arkansas, Mike Bebe, posługuje się hasłem: stan natury. Chodzi mu oczywiście o unikalną przyrodę jego kraju. Innymi słowy: Arkansas stawia na turystykę. Ale odwołuje się także do mitycznego stanu natury, który dla chrześcijan oznacza rzeczywistość przed grzechem pierworodnym, a dla wykształconych na nowożytnej filozofii niezakłócony przez cywilizację obraz ludzkiej społeczności. Jednym i drugim - tym wychowanym na biblijnej tradycji i tym ukształtowanym przez nowożytność - władze stanowe zafundowały niespodziankę. Uchwalono tam ustawę, która wprowadza fakultatywnie naukę o Biblii do szkół publicznych. "Dlaczego Republikanie legalizują coś, co już jest legalne?" - pyta w "Washington Post" David Waters. W dodatku uchwalone prawo jest bardzo ostrożne. Nie nakłada obowiązku. Zaleca także, aby Pismo św. było studiowane w obiektywny i niedewocyjny sposób, bez indoktrynowania uczniów. Nasza kultura jest zbyt fundamentalistyczna, żeby wprowadzać do świeckich i publicznych szkół dyskusję na temat Biblii - tak pisze John Brummett, felietonista Arkansas News. Powodem do tak zdecydowanego stwierdzenia jest dla niego opinia jednego ze stanowych parlamentarzystów: Musimy uczyć Biblii jako historii. Na co Brummett odpowiada, że nie jako historii, ale literatury. I się zaczęło. Brummettowi wtóruje David Waters: Jakiej Biblii mamy uczyć? Katolickiej, protestanckiej czy prawosławnej - ile ma mieć ksiąg i w jakim tłumaczeniu?

Wybór szczegółów programowych, w tym dostępnych tłumaczeń, należy już do lokalnych dystryktów. Prasa zaś zaczęła wyciągać co bardziej kontrowersyjne wypowiedzi lokalnych urzędników. Na przykład w zeszłym roku członek rady szkoły w Lafayette (Arkansas) zalecał studiowanie Biblii, żeby lepiej rozumieć współczesne wydarzenia. Jak choćby czterdzieści dni na pustyni odnosi się do dzisiejszych katastrof naturalnych, a zniszczenie Sodomy i Gomory powinno nam uświadomić, że homoseksualizm stanowi problem od tysięcy lat.

I to właśnie stanowi przedmiot troski większości komentatorów. Bo choć zaleca się uczenia Biblii w niereligijny za to akademicki sposób, to realizacja takiego postulatu w praktyce zakończy się fundamentalistyczną ewangelizacją. Lee Jefferson, który jest profesorem uczącym o religii i to w dość liberalny sposób, pisze na swoim blogu na Huffington Post, że politycy, którzy uchwalili nowe prawo są wilkami w owczych skórach.

Kto z kim wojuje

Lee Jefferson ma tu pewne doświadczenie. Jego tekst znakomicie pokazuje, na czym polega religijna wojna, która toczy się w USA. Opisuje on jako to - tuż po skończeniu seminarium - zaczął swoją karierę nauczycielską. Wykładając młodzieży Biblię, postanowił wykorzystać swoją akademicką wiedzę. Akademicką czyli krytyczną. Krytycznie więc omówił z uczniami historię Wieży Babel. Skoro krytycznie, to krytycznie, wyłącznie jako mit. Jeden z uczniów podszedł potem do Jeffersona i oświadczył, że tata mu powiedział, że nauczyciel jest zły i nie należy go słuchać. "Ale mnie się te zajęcia podobają" - dodał uczeń. I taka narracja dominuje w wypowiedziach intelektualistów amerykańskich. Nie negują oni ani chrześcijańskiego dziedzictwa Ameryki, ani ważności kulturowej Biblii. Będą jednak walczyć na każdym kroku z jakimkolwiek uznaniem rzeczywistości nadprzyrodzonej. Więcej, będą chętnie uczyć dzieci w szkole o Biblii, ale pod jednym tylko warunkiem: żeby przy okazji wybić dzieciom tych niedouczonych chrześcijan, że w ich religii jest cokolwiek prawdziwego.

Rafał Pieniek

Warto poczytać

Facebook