Jedynie prawda jest ciekawa

Libia trzy lata po śmierci Kadafiego

23.10.2014

Obalając reżim Muammara Kadafiego, Libijczycy marzyli o lepszej przyszłości i liczyli, że ich kraj stanie się nowym Dubajem. Trzy lata później Libia jest pogrążona w chaosie i kontrolowana przez milicje. Mieszkańcy obawiają się somalijskiego scenariusza.

23 października 2011 r., trzy dni po schwytaniu i zabiciu Kadafiego, tymczasowe władze oficjalnie proklamowały wyzwolenie państwa po 42 latach dyktatury. Uroczystość odbyła się w Bengazi, drugim co do wielkości libijskim mieście i kolebce rewolucji, która wybuchła osiem miesięcy wcześniej.

Obecne władze nie ogłosiły planów obchodów rocznicy wyzwolenia kraju, choć czwartek jest w Libii dniem wolnym od pracy. W kontekście krwawych walk między siłami rządowymi a rywalizującymi ze sobą ugrupowaniami zbrojnymi, które trwają od wielu dni w Bengazi, a także na zachodzie kraju, brak planów nie powinien nikogo dziwić.

"Gdy ogłosiliśmy wyzwolenie kraju, naszą ambicją było stanie się nowym Dubajem dzięki dochodom ze sprzedaży ropy. Dzisiaj boimy się somalijskiego lub irackiego scenariusza" - ubolewa 39-letni nauczyciel Mohamed al-Kargali, który brał udział w rewolcie z 2011 r.

Niektórzy Libijczycy przyznają nawet, że tęsknią za przeszłością i czasami Kadafiego. "Konflikty regionalne, ideologiczne czy plemienne są gorsze od rządów dyktatorskich - ocenia lekarz z Bengazi Salah Mahmud Al-Akuri. - Pewna liczba Libijczyków marzy o dawnym reżimie, mimo nienawiści, którą odczuwali wobec Kadafiego".

Choć konflikt z 2011 r. kosztował życie tysięcy Libijczyków, postrewolucyjne starcia są równie krwawe - podkreśla ekspert wojskowy Suleiman al-Baraassi. Jego zdaniem powodem pogorszenia się bezpieczeństwa jest panująca w kraju bezkarność.

Tymczasowym władzom nie udało się utworzyć nowej zawodowej armii ani policji. Rząd polegał na milicjach, które są mu wierne tylko do czasu, gdy ich interesy nie są zagrożone. W skład tych ugrupowań zbrojnych wchodzą dawni rebelianci, którzy tworzyli je na bazie ideologicznej, plemiennej czy też regionalnej.

Bengazi, miasto, które stało się bastionem radykalnych islamistów, jest najbardziej dotknięte przemocą. Jest ona wymierzona w siły bezpieczeństwa, dziennikarzy, działaczy politycznych, a także zachodnie interesy.

Opuszczone przez misje dyplomatyczne miasto w lipcu wpadło w ręce islamistycznych milicji, które wypędziły stamtąd siły prorządowe.

W ubiegłym tygodniu podczas nowej ofensywy sił lojalnych wobec byłego generała Chalify Haftara, które po raz kolejny próbowały odzyskać miasto, zginęło prawie sto osób.

Gdy w maju ten wzbudzający kontrowersje były generał rozpoczął operację przeciwko islamistom, władze oskarżyły go o zamach stanu. Jednak po utracie kontroli nad krajem rząd postanowił wesprzeć działania Haftara.

Stołeczny Trypolis upadł w sierpniu i od tego czasu rządzi nim koalicja kilku ugrupowań zbrojonych, która wcześniej przez wiele tygodni walczyła z prorządowymi milicjami z regionu Zintan na zachodzie kraju.

Do ofensywy koalicji Fadżr Libia (Jutrzenka Libii), składającej się z milicji z Misraty i islamistów, w stolicy doszło tuż przed objęciem urzędu przez nowy parlament. Jest on zdominowany przez nieislamistycznych deputowanych i został wyłoniony w następstwie wyborów z 25 czerwca, drugiej wolnej elekcji po obaleniu Kadafiego.

Z powodu utrzymującej się w stolicy przemocy i napiętej sytuacji większość zachodnich krajów ewakuowała swoich obywateli i zamknęła swe ambasady, co tylko zwiększyło izolację Libii. Wśród ewakuowanych placówek była polska ambasada w Trypolisie, o czym polski MSZ poinformował na początku sierpnia.

Rząd i uznawany przez społeczność międzynarodową parlament zostały wypędzone ze stolicy i musiały się przenieść do Tobruku na wschodzie kraju. Ich przeciwnicy utworzyli nowy równoległy rząd, urzędujący w Trypolisie.

Niespokojnie jest też na południu kraju. Jest ono areną plemiennych starć w ramach walki o kontrolę nad pustynną kontrabandą.

Nadzieje na rozwój gospodarczy tego bogatego w ropę kraju i pokojową transformację spełzły na niczym. Podczas niemal codziennych walk niszczone są pozostałości już naruszonej infrastruktury.

Wykładowca uniwersytecki Mohamed al-Kawasz o zaistniałą sytuację obwinia społeczność międzynarodową, a zwłaszcza kraje, które uczestniczyły w przyspieszających upadek dyktatury nalotach. Państwa te, jego zdaniem, "pozostawiły Libię samą sobie" i nie pomogły jej w odbudowie.

Niedawno Trypolis odwiedził sekretarz generalny ONZ Ban Ki Mun. Wezwał Libijczyków, by położyli kres starciom. "Trzeba postawić sprawę jasno - bez natychmiastowego zakończenia brutalnych walk i bez wprowadzenia trwałego pokoju dobrobyt i lepsze życie będą tylko odległym marzeniem" - przestrzegł.

PAP, lz

[fot: wikipedia.org]

CS147fotMINI

Czas Stefczyka 147/2017

PDF (5,87 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook