Jedynie prawda jest ciekawa

Lany poniedziałek czyli oblewanka

08.04.2012

Drugi dzień świąt wielkanocnych w dawnej Polsce nazywany był również dniem św. Lejka, oblewanką, polewanką i oblańcem. Jakkolwiek by go nazwać, najważniejsze było, żeby ociekał obficie wodą.

"Kto żyw starał się o to, by podtrzymać pradawną tradycję. Chlustały więc wszędzie wiadra, konewki, dzbany, kropidła, śmigały sikawki, flachy, flaszeczki, a do stawów wrzucano młode dziewczyny" - powiedział PAP dziennikarz i historyk Dariusz Peśla.
 
Ksiądz Jędrzej Kitowicz z Wielkopolski mówił w XVIII w. wręcz o kataklizmie i sądnym dniu, który polegał na "wielkim, rzecz można totalnym laniu wszystkiego przez wszystkich", a największą była rozkosz "przydybać jaką damę w łóżku".

Według Peśli, "śmingus-dyngus" oznaczał kiedyś dwa odrębne zwyczaje. Pierwszy polegał na oblewaniu panien wodą oraz uderzaniu ich rózgą z palmy po nogach, drugi zaś na wręczaniu datków jako wielkanocnego wykupu od śmingusa.

Z czasem zwyczaj polewania wydał się na tyle podejrzany, że zajął się nim Synod diecezji poznańskiej w 1420 r., przestrzegając przed tymi praktykami mającymi "niechybnie grzeszny podtekst".

W swoim opisie obyczajów za panowania Augusta III Sasa ks. Kitowicz podaje, że parobcy od rana gromadzili się, "czatując na dziewki, idące czerpać wodę i tam, porwawszy między siebie jedną, leją na nią wodę wiadrami, albo zanurzają je w stawie, a niekiedy w przerębli, jeżeli lód jeszcze trzyma".

W miastach oblewanie się wodą nie było powszechne. Tam dyngus uchodził za błahostkę. Według Peśli, "amanci dystyngowani chcąc tę ceremonię odprawić na amantkach swoich bez ich przykrości, oblewali je po ręce, a najwięcej po gorsie, małą sikaweczką albo flaszeczką".

PAP
[fot.PAP/Trembecki]
CS147fotMINI

Czas Stefczyka 147/2017

PDF (5,87 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook