Jedynie prawda jest ciekawa

Gorące tematy:

Chicago: walka o wiarygodność NATO

31.05.2012

Szczyt NATO w Chicago przypadł w jednym z trudniejszych momentów Paktu Północnoatlantyckiego. Żaden z fundamentalnych problemów trapiących ten sojusz nie został rozwiązany, ale zapadło wiele mniej spektakularnych decyzji, które pozwalają zachować nadzieję na przetrwanie Sojuszu.

NATO nie ma alternatywy jako główny zewnętrzny czynnik bezpieczeństwa Polski. Nie jest nią bynajmniej unijna Wspólna Polityka Bezpieczeństwa i Obrony. Europejska kultura strategiczna nie niesie ze sobą na razie realnych zdolności militarnych, a bez potężniejszego sojusznika zza oceanu ma tendencję do naiwnego pacyfizmu. Pakt Północnoatlantycki zawdzięcza z kolei swą kulturę organizacyjną okresowi zimnej wojny, z której wyszedł, jako niekwestionowany zwycięzca. Bez NATO w tamtym okresie USA musiałyby zająć bardziej izolacjonistyczne pozycje, co umożliwiłoby „rozegranie” państw europejskich i przejęcie kontroli nad kontynentem przez Związek Sowiecki. Sojusz Północnoatlantycki jest dla nas ważny nie tylko jako zabezpieczenie przed powrotem na ekspansjonistyczną ścieżkę przez naszego wschodniego sąsiada. Dysponuje on rozległym aparatem dowódczym i administracyjnym, który umożliwia współpracę sił zbrojnych państw członkowskich, a także pomaga w podwyższaniu ich efektywności. Dlatego powinniśmy przykładać głęboką uwagę do odpowiedzi na pytanie czy szczyt w Chicago wzmocnił Pakt, czy też był oznaką jego słabości.

Rozbieżne oczekiwania

Szczyt jeszcze przed jego rozpoczęciem został obwołany spotkaniem bez wielkich ambicji, a jego przebieg nie rozwiał tych mało optymistycznych przewidywań. NATO przeżywa niestety trudny okres, który symbolizuje fakt, że w jego najtrudniejszej od lat misji ISAF w Afganistanie celem nie jest całkowite zwycięstwo, ale wycofanie w warunkach pozwalających na zachowanie twarzy i nie dopuszczenie, aby przerodziło się ono w ucieczkę na wyścigi. Ta operacja nie dotyczy naszych bezpośrednich interesów i jej zakończenie pozwoli na uwolnienie części środków na modernizację techniczną naszych sił zbrojnych. Jej względne powodzenie jest jednak dla nas ważne, gdyż będzie wpływało na ogólną wiarygodność sojuszu. Dlatego choć zgadzam się, że zaproponowana przez gospodarzy suma 20 milionów dolarów, jako roczna kontrybucja Polski na finansowanie sił zbrojnych Afganistanu, jest wygórowana to jednak uważam, że jest to sprawa drugorzędna. Nawet utrzymanie jej na tej wysokości to wydatek dziesiątki razy mniejszy od tych obecnie ponoszonych na misę afgańską. Należy oczywiście starać się negocjować jej zmniejszenie, a także walczyć o zamówienia dla polskiego przemysłu obronnego z tego zbiorczego afgańskiego budżetu obronnego. Ważniejsze jest jednak żebyśmy w kwestii Afganistanu nie zachowali się tak nieodpowiedzialnie, jak nowy prezydent Francji Francois Hollande, który podjął decyzję o wycofaniu swego kontyngentu przed sojusznikami.

W Chicago trudno było spodziewać się wielu przełomowych decyzji nie tylko z powodu traumy afgańskiej. Trudnym zadaniem było pogodzenie zasadniczo rozbieżnych interesów sojuszników. Administracja Baracka Obamy jest od samego początku kadencji mało zainteresowana Starym Kontynentem, a obecnie z powodu chińskich zbrojeń ma dodatkowe powody do zwrócenia się w stronę innych obszarów świata, w tym szczególnie Pacyfiku. W związku z tym Amerykanie chcieli wykazać własnym obywatelom, że europejscy sojusznicy mają wolę wspólnego zmierzenia się ze strategicznymi wyzwaniami na świecie.
W tym samym czasie jednak, w wyniku kryzysu finansów publicznych wydatki obronne europejskich członków NATO drastycznie spadają, prowadząc do demilitaryzacji Europy Zachodniej, i zmniejszają jej użyteczność jako sojusznika Ameryki. Część z położonych na wschodzie i północy członków sojuszu, takich jak Polska czy Norwegia, jest z kolei bardziej zaniepokojona remilitaryzacją Rosji i jej coraz bardziej agresywną postawą. W efekcie czują więc potrzebę zwiększenia zdolności obronnych na potrzeby obrony własnej i sąsiedztwa, niż uczestnictwa w kolejnych zamorskich eskapadach.
W tych warunkach trudno było o przełomowe postanowienia. Ta sytuacja grała przede wszystkich na niekorzyść państw, które starają się o członkostwo w sojuszu. Spośród tych krajów Gruzja i Macedonia są zdaniem ekspertów przygotowane do członkostwa lepiej niż Albania, która przystąpiła do sojuszu w 2009 r. Gruzini mają szczególne powody do niezadowolenia. Wydają na obronność 4% swojego PKB, zwiększają swoje i tak już duże zaangażowanie w Afganistanie, a przed szczytem wysyłali sygnały, iż są gotowi zgodzić się na nieobejmowanie sojuszniczymi gwarancjami terytoriów, które są okupowane przez Rosję. Więcej dla członkostwa w NATO już nie są w stanie zrobić. Muszą, więc czekać i ściskać kciuki za zmianę warty w Białym Domu.

Ciąg dalszy walki o wiarygodność artykułu V

Kurs zapoczątkowany na poprzednim szczycie NATO w Lizbonie w 2010 r. dokonał pozytywnej, z naszego punktu widzenia, korekty w polityce sojuszu. W poprzedniej dekadzie zwracano uwagę w większym stopniu na misje i wyzwania poza obszarem Europy, niż na zapewnienie kolektywnej obrony terytorium sojuszników. W tym czasie jednak wzrastająca wraz z wydatkami militarnymi asertywność Rosji doprowadziła do tak alarmistycznych wydarzeń jak wojna w Gruzji czy cybernetyczny atak na Estonię. Sojusznikiem zaniepokojonych państw wschodniej flanki sojuszu stało się w tej kwestii także „jastrzębie” lobby Pentagonu. Dodatkowym czynnikiem była trzeźwa konstatacja, iż misje ekspedycyjne są powiązane z wiarygodnością mechanizmu kolektywnej obrony: sojusznicy, którzy nie będą pewni czy NATO przyjdzie z pomocą w obronie ich terytorium nie będą skłonni wysyłać swego wojska na misje ekspedycyjne.
W rezultacie, w przyjętej w Lizbonie nowej koncepcji strategicznej paktu reafirmowano rolę artykułu V Traktatu Północnoatlantyckiego, stanowiącego mechanizm zobowiązującu do kolektywnej obrony państw sojuszniczych. Podkreślono, że państwa członkowskie NATO odstraszą i odeprą każdą groźbę agresji wobec jednego z nich. Podkreślono konieczność utrzymania w tym celu zarówno zdolności konwencjonalnych, jak i nuklearnych, a także wprost potwierdzono konieczność planowania na wypadek ataku na terytorium państw członkowskich. Podtrzymano decyzje o budowie na terytoriach nowych członków infrastruktury związanej z przyjęciem wzmocnienia sojuszniczego. Do katalogu zadań NATO wprowadzono także bezpieczeństwo cybernetyczne i energetyczne (ochrona bezpieczeństwa dostaw i infrastruktury). Podjęto też decyzję o zaadaptowaniu do ram NATO amerykańskiego systemu obrony przeciwrakietowej, zwiększając tym samym wartość sojuszu zarówno dla „starych”, jak i „nowych” członków. Postanowienia przyjętej w Lizbonie koncepcji strategicznej są już ucieleśnione w sojuszniczym planie obrony Polski i w podobnych planach dla państw bałtyckich. Obok tego Sojusz wdraża inne formy „widocznych gwarancji”, do jakich należy choćby misja ochrony przestrzeni powietrznej państw bałtyckich.

W tej najważniejszej z punktu widzenia Polski dziedzinie NATO podtrzymało w Chicago swe ustalenia. W deklaracji wieńczącej szczyt znalazło się odniesienie do ćwiczeń Steadfest Jazz, które mają być zorganizowane na terytorium Polski i państw bałtyckich. Między wierszami dyplomatycznych frazesów są one odczytywane, jako odpowiedź na agresywne, wymierzone we wschodnie i północne państwa NATO, organizowane co trzy lata, rosyjsko-białoruskie manewry Zapad. Co prawda deklaracja nie przesądza czy będą to realne czy tylko sztabowe manewry, ale zdaniem pracowników Kwatery Głównej NATO nadanie im takiego ciężaru w deklaracji politycznej będzie sprzyjało przyjęciu bardziej ambitnego wariantu.
Także przegląd polityki odstraszania nuklearnego zakończył się z naszego punktu widzenia wynikiem zadowalającym, czyli bez postanowień o jednostronnej redukcji, do czego wzywały Niemcy. Rozsądne wydaje się też postawienie postulatu wprowadzenia do rozmów rozbrojeniowych USA-Rosja tematyki taktycznej broni nuklearnej. Eskalacja odstraszania nuklearnego, jako opcja słabszej strony, było w czasach Zimnej Wojny remedium NATO na przewagę konwencjonalną Układu Warszawskiego. W ramach tej strategii wyposażenie frontowych oddziałów NATO w pociski z małymi głowicami jądrowymi miało wzmocnić czynnik odstraszający, zachowując jednocześnie szansę na uniknięcie ostatecznego, niszczycielskiego dla naszej planety poziomu konfrontacji. Wymagało to także doboru celów, które miałyby znaczenie militarne, a jednocześnie nie byłyby dla Związku Sowieckiego na tyle wrażliwe żeby zmusić go do przejścia do wojny nuklearnej w pełnej skali. Takim celem stały się wówczas niestety m.in. przeprawy na Wiśle, przez które miał maszerować drugi rzut armii sowieckiej.

Od lat 80-tych, a szczególnie po amerykańskim sukcesie w operacji Pustynna Burza w 1991 r. to Rosja ma poczucie, że jest stroną słabszą w ewentualnym konflikciie. Dlatego w strategii Rosji zwiększyła się rola broni nuklearnej, tańszej w stosunku do swej skuteczności niż zaawansowana broń konwencjonalna. Dotyczy to także taktycznej broni nuklearnej w formie bomb lotniczych, pocisków artyleryjskich czy głowic słynnych pocisków rakietowych typu Iskander.  Racjonalne państwa nie użyją broni jadrowej, jeśli nie będą zagrożone ich egzystencjalne interesy. Niestety Rosja stopniowo obniża swój próg użycia tej broni, otwarcie deklarując możliwość opcji „pierwszego użycia”.
Dziś szacuje się, iż Rosja dysponuje w Europie dziesięciokrotną przewagą w tej dziedzinie, a Polska i inne państwa byłego bloku komunistycznego znów są najbardziej prawdopodobnymi celami, tym razem rosyjskiej broni. Tym ważniejsze jest zapewnienie Polsce efektywnej obrony powietrznej. Nic nie zwolni nas od budowy własnych zdolności obronnych w tej kwestii, ale pozytywnie należy w tym kontekście ocenić podtrzymanie decyzji o rozwoju w ramach NATO tarczy antyrakietowej. Było to zapewne jednym z powodów wymownej nieobecności starego-nowego prezydenta Rosji Władimira Putina. Przyczyną ostrych protestów Rosji nie jest, moim zdaniem, naruszenie równowagi odstraszania nuklearnego, gdyż tarcza ma dla tego celu zbyt ograniczoną skalę. Może ona jednak potencjalnie ograniczyć możliwości rosyjskiego nacisku na państwa wschodniej flanki sojuszu groźbą bądź użyciem taktycznej broni nuklearnej. Pozytywną stroną użycia pocisków typu SM3 w nowej koncepcji tarczy rakietowej jest ich użyteczność także w przypadku rakiet, które miałyby spaść na terytorium naszego kraju. Pod znakiem zapytania jest jednak sprzęgnięcie ich z systemami rozpoznawczymi, które mogłyby wykryć pociski taktyczne nadlatujące ze wschodu.
Słabą, z naszego punktu widzenia, stroną nowej koncepcji jest większa możliwość zastąpienia. Wyłączona z użytku wyrzutnia w Polsce będzie mogła być zastąpiona bazującą na okręcie wojennym. Nie będzie, więc aż tak istotna dla USA jak wynikająca z poprzedniej koncepcji, uzgodnionej ze prezydentury George’a W. Busha. To oznacza z kolei, że nawet ta gwarancja bezpieczeństwa, związana przecież z obecnością na naszym terytorium ważnej, amerykańskiej instalacji wojskowej będzie miała swoje ograniczenia. To wszystko można zresztą powiedzieć o innych koncepcjach zwiększenia wiarygodności artykułu V Paktu Północnoatlantyckiego.
Nawet niewątpliwy sukces, jakim jest przyjęcie decyzji o ćwiczeniach Steadfest Jazz i aktualizacja planów pomocy sojuszników, nie dają całkowitej pewności, iż wszyscy, którzy się obecnie deklarują, dotrzymają słowa. Istotną rolę pełni w nich przecież nasz zachodni sąsiad, którego łączy z Rosją sieć coraz głębszych, wzajemnych interesów. Eksperci z czołowego republikańskiego think tanku Heritage Foundation sugerują więc, że amerykańskie dowództwo operacyjne Europy powinno przygotować samodzielne plany pomocy, biorąc pod uwagę najbardziej prawdopodobnych uczestników operacji. Można więc zasugerować wniosek, że w razie obcej agresji pomoc sojuszników może być ograniczona.
Przyczyny tego stanu rzeczy mogą być polityczne, a także związane z brakiem wystarczających sił, będącym wynikiem wspomnianej wyżej drastycznej redukcji sił zbrojnych państw europejskich, jak i wycofania części sił amerykańskich. Ograniczenia mogą dotknąć skali bądź też charakteru, gdyż ta kwestia ma również swoją zróżnicowaną wagę polityczną. W efekcie możemy liczyć w największym stopniu na wsparcie wywiadowcze, rozpoznawcze, logistyczne, potem na wsparcie z powietrza i morza, a dopiero na końcu na wystarczającą do odparcia obcej agresji obecność sił sojuszniczych na lądzie. Te uwarunkowania powinny być wzięte pod uwagę w narodowych planach obrony, jak i w ich implikacjach dla rozwoju sił zbrojnych.

Kryzys finansowy a efektywność sił zbrojnych państw NATO

Na okres po zakończeniu wielkiej misji w Afganistanie sojusz postawił sobie za cel zwiększenie gotowości bojowej i interoperacyjności w pełnym spektrum działań. Temu celowi poświęcone są inicjatywy Connected Forces Initiative i NATO Forces 2020. Jako częściowe remedium na kryzys finansowy przyjęto z kolei deklarację o inicjatywie Smart Defence. Jest to sposób na szukanie wartości dodanej w budowaniu zdolności bojowych poprzez oparty na współpracy międzysojuszniczej efekt skali i specjalizacji. Jest to materia wymagająca dużych zdolności organizacyjnych, a także pogodzenia ambicji różnych państw. Dlatego do tej pory próby odgórnego dekretowania tego rodzaju współpracy nie przyniosły wymiernych rezultatów.
Uczestnicy szczytu oceniają jednakże tym razem, że zarówno przyjęta przez sojusz metoda oparcia się na oddolnych regionalnych inicjatywach, jak i świadomość konieczności zmian w dotkniętych kryzysem państwach sojuszu dają szansę na przełom. Polska mogłaby wykorzystać docelowo tę koncepcję do forsowania swojej specjalizacji w wygodnych i pożądanych dla nas zdolnościach jak np. docelowo obrona powietrzna czy operacje specjalne, zostawiając innym mniej przystające do naszych narodowych potrzeb zadania, jak na przykład marynarka „niebieskich wód”. Nasze uczestnictwo w tym projekcie jest jednak ograniczone. Ministerstwo Obrony Narodowej uważa najwyraźniej, że nie ma wystarczająco wiele pieniędzy na samodzielne budowanie zdolności. Prawdziwą przyczyną jest chyba jednak brak wystarczającej kultury organizacyjnej. Kilka lat temu z powodu inercji MON zaprzepaszczono szansę na budowę międzyresortowego programu zakupu śmigłowców. Urzędnicy z Alej Niepodległości i Rakowieckiej tym bardziej nie będą się czuć komfortowo w międzynarodowych projektach tego typu.
Szkoda też, że nie doszło do odwrócenia jednej z kontrowersyjnych decyzji byłego ministra obrony narodowej Bogdana Klicha i wbrew zapowiedziom Polska nie podjęła jednoznacznej decyzji o powrocie do jednego z flagowych projektów Smart Defence – budowy wspólnego systemu Air Ground Surveillance (AGS). AGS jest opartym o bezzałogowce i specjalną infrastrukturę łączności i dowodzenia potężnym instrumentem do rozpoznania w czasie rzeczywistym sytuacji na lądowym teatrze działań i przekazania danych do komponentów ogniowych. Efektywność tego rodzaju narzędzia, w postaci amerykańskiego systemu JSTAR, przeszła do historii w trakcie obydwu wojen w Zatoce Perskiej, dając asumpt do proklamacji Rewolucji w Sprawach Wojskowych (Revolution in Military Affairs). Współużytkowanie systemu wiąże się z niedogodnością w kontroli dla jego uczestników, ale z powodu kosztów nikt w Europie nie jest w stanie zbudować własnego odpowiednika AGS.

Szczyt w Chicago nie przyniósł więc spektakularnych decyzji, ale wbrew pozorom nie jest pozbawiony znaczenia. Powodzenie inicjatyw zainaugurowanych na tym spotkaniu może mieć duży wpływ na przyszłość tej niezwykle ważnej organizacji.

Tomasz Szatkowski
Autor jest prawnikiem i absolwentem Wydziału Studiów Wojennych King’s College London, Ekspertem ds. polityki obronnej CAFR i Instytutu Kościuszki oraz stałym współpracownikiem kwartalnika „Rzeczy Wspólne”.

(Fot. wikimedia.org)

CS143fotMINI

Czas Stefczyka 143/2017

PDF (5,50 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook