Jedynie prawda jest ciekawa

Berlin dławi się falą imigrantów

27.09.2015

Przywrócenie kontroli granicznych nie powstrzymało fali uchodźców napływających do Niemiec. Przed punktami rejestracyjnymi tworzą się kolejki, dochodzi do incydentów. Jednym z wąskich gardeł jest Berlin. Władze stolicy wezwały na pomoc Bundeswehrę.

Decyzja rządu o przywróceniu kontroli na niemieckich granicach nie powstrzymała fali uchodźców. Jak pisze najnowszy "Der Spiegel", powołując się na dane MSW, w poniedziałek do Niemiec przyjechało 8,5 tys. imigrantów, we wtorek 6,7 tys., a w środę 7,8 tys. W czwartek 400 z nich przetransportowano z Bawarii do Berlina.

Od początku roku do stolicy Niemiec dotarło 32 tys. uciekinierów z Bliskiego Wschodu, Bałkanów i Afryki.

Głównym ośrodkiem recepcyjnym w Berlinie, gdzie imigranci zaraz po przyjeździe muszą się zarejestrować, jest Krajowy Urząd ds. Zdrowia i Spraw Socjalnych (LAGESO) w dzielnicy Moabit w północno-zachodniej części miasta. Dopiero po rejestracji mogą wystąpić o azyl do Urzędu ds. Migracji i Uchodźców.

Kilkuhektarowy teren byłego szpitala, w którym ulokowali się urzędnicy placówki, pełni funkcję gigantycznej poczekalni. Przed wejściem do głównego budynku kłębi się tłum kilkuset oczekujących - "szczęśliwców", którzy otrzymali wcześniej numerki uprawniające do wejścia do pilnie strzeżonej przez ochroniarzy i policję twierdzy.

Na wydeptanym wokół budynku terenie, zmieniającym się po deszczu w błotniste klepisko, stoją, siedzą i leżą setki ludzi ze wszystkich stron świata. Słychać języki arabski, serbsko-chorwacki, rosyjski, a także narzecza trudne do zdefiniowania. Zmęczeni nierzadko kilkutygodniową włóczęgą wędrowcy śpią w oczekiwaniu na swoją kolejkę na karimatach, kocach lub na gołej ziemi. Na równych prawach czekają osoby niepełnosprawne poruszające się na wózkach czy o kulach.

Nieodłącznym atrybutem uchodźcy niezależnie od wieku, kraju pochodzenia i statusu materialnego jest komórka. Jak piszą niemieckie gazety, firmy sprzedające karty telefoniczne prepaid robią na imigrantach kokosowe interesy.

Nieco dalej na trawnikach, w cieniu drzew rozlokowały się całe rodziny. Kobiety karmią dzieci piersią, mężczyźni próbują organizować prowiant, starsze dzieci opiekują się młodszym rodzeństwem. "Przychodzimy od kilku dni, ale nie udało się nam do tej pory dostać numerka" - skarży się rodzina z Afganistanu.

LAGESO pracuje tylko do godz. 15. Kto nie dostanie się w tym czasie do urzędu, ten miał pecha - musi przyjść na Turmstrasse następnego dnia. Jeżeli nie ma miejsca w hotelu, musi nocować w jednym z okolicznych parków.

"No way" - mówi zdecydowanie, pokazując zegarek, przystojny strażnik w czerwonej kamizelce. Dziwnym trafem wykazuje jednak zrozumienie dla wyróżniającej się urodą jednej z oczekujących. "Proszę, proszę" - zachęca ją po arabsku do wejścia na ogrodzony teren.

Nastroje wśród oczekujących wahają się od apatii i rezygnacji do wściekłości. We wtorek tłum zaatakował ochroniarzy, obrzucając ich kamieniami i sztachetami. Pracownicy salwowali się ucieczką do wnętrza budynku; musiała interweniować policja. Do LAGESO skierowano 12 policyjnych wozów.

Po tym incydencie władze Berlina zwiększyły liczbę ochroniarzy z 24 do 76. Wprowadzono też stałe patrole policji. Powstał sztab pod kierownictwem byłego komendanta berlińskiej policji Dietera Glietscha, który ma na stałe monitorować sytuację na terenie LAGESO.

Aby skrócić okres oczekiwania, berlińskim urzędnikom od zeszłego tygodnia pomaga Bundeswehra. Kilkudziesięciu przeszkolonych żołnierzy wspomaga cywilów w rejestrowaniu imigrantów.

Niemieckie media są zgodne co do tego, że władze Berlina zawiodły, szczególnie w pierwszym okresie po pojawieniu się dużej liczby uchodźców. Po raz kolejny natomiast siłę i szybki refleks wykazało niemieckie społeczeństwo obywatelskie. Na terenie LAGESO wolontariusze rozdają napoje i kanapki. Do najbardziej aktywnych należą uczestnicy platformy "Moabit hilft".

Pojawili się też lekarze udzielający nieodpłatnie porad medycznych. Spontanicznie powstał bank adresów, gdzie obcokrajowcy, którzy nie zostali zarejestrowani w pierwszym dniu, mogą spędzić noc, by nie spać pod gołym niebem. Raz po raz podjeżdża prywatny samochód z darami - raz jest to 100 placków, a innym razem naręcze koców.

Pomimo napięć i minorowych nastrojów uchodźcy usiłują tworzyć namiastki zwyczajnego życia. Na trawniku trochę bardziej oddalonym od głównego budynku LAGESO nieznany sponsor postawił nadmuchiwaną zjeżdżalnię dla dzieci. Przy muzyce z magnetofonu grupa dzieci i młodzieży tańczy w takt orientalnej muzyki. Młodsze dzieci pomalowały twarze w kolorowe finezyjne wzory - farbki przyniósł któryś z wolontariuszy.

"Jestem szczęśliwa, że uciekliśmy z piekła" - mówi PAP Somalijka okutana mimo pięknej pogody w gruby niebieski płaszcz i czerwoną chustę. "Robię to dla niej" - mówi, wskazując na pięcioletnią córeczkę. Dziewczynka ma pomalowaną w niebiesko-żółte kwiaty twarz i sprawia wrażenie szczęśliwej. "Niemcy to dobry kraj, chcemy tu zostać" - deklaruje łamaną angielszczyzną.

I władze i wolontariusze z niepokojem czekają na nadejście zimy. Gdy słupek rtęci spadnie do zera, sytuacja stanie się krytyczna - mówią ludzie z "Moabit hilft". Władze Berlina poszukują rozpaczliwie budynków nadających się na kwatery dla uchodźców. Władze rekwirują hale sportowe i gimnastyczne, przystosowują były bank do funkcji ośrodka rejestrującego, myślą też o umieszczeniu imigrantów w pomieszczeniach byłego lotniska Tempelhof.

Pomysłowość obywateli nie zna granic. Aktorzy Deutsches Theater - czołowej berlińskiej sceny - wygospodarowali osiem miejsc do spania w pomieszczeniach teatru. Mają ciasno, ale przynajmniej nie pada im na głowę - mówi dyrektor DT Ulrich Khuon.

PAP/frost
[Fot. PAP/EPA]
CS148fotMINI

Czas Stefczyka 148/2017

PDF (10,17 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook