Jedynie prawda jest ciekawa

Gorące tematy:

Afganistan: eskalacja konfliktu i niekończące się wybory

27.08.2014

Choć Afgańczycy zaczęli wybierać swojego nowego prezydenta na początku kwietnia, wciąż nie wiedzą, kto będzie nimi rządził. Co gorsza nie wiedzą, czy w dniu wyznaczonym na zaprzysiężenie nowego szefa państwa będą mieli jednego przywódcę, dwóch, a może żadnego.

Prezydenckie wybory, które miały wyłonić następcę rządzącego w Afganistanie od 2001 roku Hamida Karzaja (na trzecią kadencję prezydencką nie pozwala mu konstytucja) rozpoczęły się 5 kwietnia i wtedy były najbliższe rozstrzygnięcia. Zwyciężył w nich były szef dyplomacji Abdullah Abdullah, zdobywając ponad 45 proc. głosów - za mało jednak, by już w pierwszej turze rozstrzygnięta została rywalizacja o fotel prezydencki; potrzebna do tego jest ponad połowa głosów.

W dogrywce między dwoma najsilniejszymi rywalami, którą wyznaczono na 14 czerwca, niespodziewanie, choć głównie dla Abdullaha, wygrał pokonany przez niego w pierwszej rundzie były minister inansów Aszraf Ghani. Zdobył prawie dwa razy więcej głosów niż w pierwszej rundzie i pokonał Abdullaha.

Abdullah zarzucił obozowi Ghaniego sfałszowanie wyborów na "przemysłową skalę". Oskarżył też o współudział w oszustwie samego Karzaja, z którym przegrał poprzednią elekcję w 2009 roku, również narzekając na wyborcze oszustwa. Abdullah zagroził, że raczej sam ogłosi się prezydentem kraju niżby miał uznać Ghaniego za prawowitego szefa państwa.

Afgańskie wybory, które miały zapisać się jako pierwsze w historii kraju pokojowe i demokratyczne przekazanie władzy, przekształciły się w polityczną awanturę, zagrażającą przyszłości państwa. Spór o władzę odrodził bowiem stare waśnie między dominującymi w polityce i stanowiącymi prawie połowę ludności Pasztunami, rodakami Ghaniego, z południa i wschodu kraju oraz Tadżykami i Hazarami z północy, za których reprezentanta uchodzi Abdullah, pół-Tadżyk, pół-Pasztun.

Aby zapobiec katastrofie, do Kabulu przybył szef amerykańskiej dyplomacji John Kerry, który już w 2009 roku godził Karzaja z Abdullahem. Sekretarz stanu USA, grożąc odebraniem Afganistanowi wszelkiej amerykańskiej pomocy, przekonał Afgańczyków, by jeszcze raz przeliczyli wszystkie 8 mln głosów, oddanych w drugiej rundzie wyborów oraz wymusił na pretendentach do prezydentury, by zwycięzca podzielił się władzą z przegranym i mianował go swoim premierem. Amerykańską mediację okrzyknięto sukcesem, a inaugurację nowego afgańskiego prezydenta przesunięto z początku na koniec sierpnia.

Ale gdy tylko Kerry wyjechał z Kabulu, Abdullah i Ghani znów zaczęli się kłócić. Poszło o sprawdzanie oraz unieważnianie głosów, a także o kształt przyszłego rządu zgody narodowej. Abdullah chciał podzielić się władzą i stanowiskami w rządzie po połowie; Ghani zgadzał się wziąć do rządu co najwyżej niektórych zwolenników Abdullaha twierdząc, że zwycięzca wyborów i przyszły prezydent musi mieć decydujący głos w sprawie składu i polityki swojego rządu.

Latem Kerry jeszcze raz wrócił do Kabulu, by godzić Afgańczyków, znów ogłoszono jego dyplomatyczny sukces, ale zaraz po jego wyjeździe, kłótnie przy sprawdzaniu głosów i tworzeniu przyszłego rządu odżyły na nowo. Abdullah upiera się, by unieważniać jak najwięcej głosów, licząc na to, że w ten sposób odbierze wygraną Ghaniemu. Ghani, przekonany o własnej wygranej, nie chce dzielić się władzą z Abdullahem twierdząc, że pozbawiałoby to sensu kosztowne i trudne wybory. Inaugurację prezydenta Afganistanu znów przełożono, tym razem na 2 września.

Karzaj grozi, że tego dnia ustąpi z urzędu, nawet jeśli Abdullah i Ghani nie dojdą do porozumienia. Gdyby do tego doszło, Afganistanowi grozi niebezpieczne bezkrólewie, a przywódcy NATO, którzy 4 i 5 września spotykają się w Walii, by rozmawiać m.in. o dalszej obecności wojskowej w Afganistanie, nie będą nawet znali nazwiska nowego przywódcy tego kraju.

Po 13-letniej wojnie Zachód wycofuje z końcem roku swoje wojska z Afganistanu. Amerykanie chcą pozostawić pod Hindukuszem ok. 10 tys. żołnierzy w wydzierżawionych im bazach, ale chcieliby, aby wcześniej afgański prezydent podpisał z nimi stosowną, uzgodnioną jeszcze pod koniec zeszłego roku umowę.

Karzaj, który wciąż sprawuje prezydencki urząd, odmówił w ostatniej chwili podpisania tej umowy, nie chcąc przechodzić do historii Afganistanu jako przywódca, który nie tylko został wyniesiony do władzy dzięki wsparciu obcych wojsk, ale który udzielił zgody na obecność cudzoziemskich baz wojskowych w kraju.

Zarówno Abdullah, jak i Ghani zapowiadają, że podpiszą tę umowę zaraz po objęciu prezydenckiego urzędu. Nie wiadomo jednak, kiedy to nastąpi, ani w jakich okolicznościach. We wtorek przedstawiciele Abdullaha zagrozili, że jeśli komisja wyborcza nie zacznie bardziej rygorystycznie unieważniać podejrzanych głosów, oddanych w drugiej turze na Ghaniego, Abdullah wycofa się z rywalizacji o prezydenturę, ale w przeciwieństwie do sytuacji z 2009 roku nie uzna w swego rywala za prawowitego przywódcę. Przedstawiciele obozu Ghaniego lekceważą te pogróżki uznając, że Abdullah próbuje jedynie do ostatniej chwili wytargować jak najwięcej władzy dla siebie i stanowisk dla swoich zauszników.

W połowie sierpnia, powołując się na anonimowych ministrów z rządu Karzaja, "New York Times" napisał, że zastanawiają się oni, czy w razie przedłużającego się sporu pretendentów do prezydentury nie unieważnić wyborów, nie przejąć władzy i nie rozpisać nowej elekcji. W konsekwencji rząd w Kabulu wyprosił korespondenta nowojorskiej gazety z kraju.

PAP, lz

[fot: PAP/EPA]

Słowa kluczowe:

Afganista

,

Afganistan

,

problemy

,

wojna domowa

CS143fotMINI

Czas Stefczyka 143/2017

PDF (5,50 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook