Jedynie prawda jest ciekawa

Gorące tematy:

Trajektorię lotu Tupolewa wzięto z sufitu

25.05.2012

Wszystko wskazuje na to, że trajektoria lotu Tu-154M została wykonana w raporcie MAK nie na podstawie czarnych skrzynek, tylko na potrzebę z góry założonej tezy o „pancernej" brzozie, oraz teorii, że samolot przewrócił się podwoziem do góry - mówi prof. Wiesław Binienda z Uniwersytetu Akron w USA w rozmowie z Leszkiem Misiakiem i Grzegorzem Wierzchołowskim na łamach "Gazety Polskiej".

Podczas wykładów w Polsce, wyjaśniając metodologię swoich badań, przedstawił Pan dowody świadczące o tym, że trajektoria ostatnich chwil lotu Tu-154M podana przez rosyjski MAK jest nierealistyczna.

- Tak, ze względu na szalenie duże przeciążenia i gwałtowne wznoszenie się samolotu przedstawione w dokumentach MAK. Wiemy, że zamieszczona tam trajektoria pokazuje, iż przez pewien czas samolot leci poziomo, chwilę później już się wznosi, czyli wytwarza pewną prędkość, która umożliwia mu zmianę wysokości. Ponieważ mówimy o prędkości 80 metrów na sekundę, ten skok zajął mu 1/3 sekundy. Takie wzniesienie się samolotu, a następnie powrót do prędkości pionowej równej zero – bo samolot znów zaczął lecieć poziomo – spowodowałyby, zgodnie z matematyką, przeciążenia o sile od 5 do 8 g. Gdyby wówczas pasażerowie byli bez pasów, wszyscy znaleźliby się na suficie i najprawdopodobniej straciliby przytomność, a wielu z nich mogłoby tego nawet nie przeżyć. Problem leży jednak przede wszystkim w tym, że tupolew zwyczajnie nie był w stanie spowodować przeciążenia większego niż 1 g. Przy masie stu ton, nawet gdyby piloci włączyli wszystkie silniki, ustawiając je na pełną moc, w tak krótkim czasie samolot nie mógłby wykonać takiego skoku. A zarejestrowano, przypomnę, aż dwa takie wzloty, jeden za drugim, i to w ciągu raptem dwóch sekund. Wynika z tego, że trajektoria lotu zaprezentowana przez MAK jest już nie tyle dyskusyjna, co po prostu nierealna.

Skąd zatem się wzięła?

- Wszystko wskazuje na to, że została wykonana nie na podstawie czarnych skrzynek, tylko na potrzebę założonej z góry tezy o „pancernej" brzozie, oraz teorii, że samolot przewrócił się podwoziem do góry.

Trajektorię, jak z tego wynika, wzięto z sufitu. Prawdziwy tor lotu mogłaby pokazać symulacja oparta na danych z czarnych skrzynek, ale jej też nie zrobiono. Zwróciliśmy się do przewodniczącego Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych Macieja Laska, pytając o metodę elementów skończonych, według której robił Pan symulację zderzenia skrzydła tupolewa z brzozą. Pytaliśmy o symulacje. Pan Lasek nie chciał jednak nam odpowiedzieć, dlaczego w Polsce symulacji nie zrobiono. Czy będąc ekspertem lotniczym, można nie wierzyć w symulacje?

- Pojęcia „wierzę", „nie wierzę" nie powinny być w tym wypadku w ogóle używane. Dla naukowców takie słowo nie istnieje. Są obliczenia, dowody, wyniki. Symulacja to jedna z metod weryfikacji tzw. twardych dowodów obok m.in. analizy mikroskopowej, chemicznej i wielu innych obserwacji służących metalurgom czy chemikom. Wszystko musi być spójne. Jeśli poszczególne badania ze sobą nie korelują, puzzle są nie do ułożenia. Trzeba próbować dalej. Dlatego podczas współpracy z dr. Grzegorzem Szuladzińskim i Kazimierzem Nowaczykiem pracujemy zupełnie niezależnie. Spotykamy się dopiero na końcu i okazuje się, że wyniki naszej pracy są ze sobą zbieżne, co gwarantuje wiarygodność tych badań.

Niezalezna.pl/Gazeta Polska
[fot. PKBWL]

Więcej czytaj w tygodniku "Gazeta Polska"

CS145fotMINI

Czas Stefczyka 145/2017

PDF (8,85 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook