Jedynie prawda jest ciekawa

Gorące tematy:

Śledztwo ws. śmierci chor. Musia umorzone

08.05.2013

Prokuratura nie znalazła żadnych dowodów na to, by śp. Remigiuszowi Musiowi ktoś pomagał w targnięciu się na własne życie bądź go do tego nakłaniał.

Nikt nie przyczynił się do samobójstwa Remigiusza Musia - uznała warszawska prokuratura i umorzyła śledztwo w sprawie śmierci technika pokładowego Jaka-40, który 10 kwietnia 2010 r. lądował w Smoleńsku.

"Z zebranego w toku śledztwa materiału dowodowego wynika jednoznacznie, że śmierć Remigiusza Musia nie była spowodowana działaniem osób trzecich. Nie stwierdzono, aby ktokolwiek w jakikolwiek sposób nakłaniał pokrzywdzonego do targnięcia się na własne życie, czy też udzielił ww. pomocy w celu doprowadzenia go do samobójstwa" - poinformował w środę rzecznik Prokuratury Okręgowej w Warszawie Dariusz Ślepokura.

Decyzja o umorzeniu śledztwa nie jest prawomocna. Osobom najbliższym przysługuje prawo do zażalenia.

W październiku 2012 r. zwłoki 42-letniego byłego podoficera znalazła żona w piwnicy w bloku w Piasecznie, w którym mieszkali. Sekcja zwłok wykazała, że popełnił on samobójstwo przez powieszenie. Nie stwierdzono obrażeń, które wskazywałyby na udział osób trzecich.

Prokuratura wszczęła śledztwo na zwyczajowo przyjmowanej przy samobójstwie roboczej kwalifikacji prawnej z art. 151 Kodeksu Karnego, który stanowi: "Kto namową lub przez udzielenie pomocy doprowadza człowieka do targnięcia się na własne życie, podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5". Postępowanie umorzono wobec faktu, że "takiego czynu nie popełniono".

W komunikacie na stronie internetowej prokuratury Ślepokura podał, że na ciele pokrzywdzonego nie znaleziono jakichkolwiek śladów obrażeń wskazujących na aktywną obronę czy przedśmiertną walkę. Ustalono, że pokrzywdzony nie znajdował się pod wpływem substancji psychotropowych lub środków odurzających. Na lince wisielczej nie stwierdzono cudzego materiału biologicznego lub śladów odcisków cudzych linii papilarnych.

Przesłuchane jako świadkowie osoby z otoczenia Musia, członkowie jego rodziny, znajomi i współpracownicy, nie zauważyły w jego zachowaniu jakichś niepokojących objawów - dodał prokurator. Podkreślił, że wskazywali oni, że śmierć Musia była dla nich dużym zaskoczeniem. Jednocześnie zeznali, że nie mają wiedzy o tym, aby jakakolwiek inna osoba namową lub poprzez udzielenie pomocy doprowadziła pokrzywdzonego do targnięcia się na własne życie. Żaden ze świadków nie wskazał również, aby miał wiedzę o groźbach kierowanych wobec niego lub o jakimkolwiek innym bezprawnym wpływie na jego decyzję o samobójstwie.

Zabezpieczono nagrania ze wszystkich działających kamer monitoringu. Ich analiza nie doprowadziła do ujawnienia jakichkolwiek podejrzanych osób lub zdarzeń mogących mieć znaczenie dla postępowania – podał Ślepokura.

Poinformował też, że w śledztwie uzyskano opinie biegłych, m.in. z zakresu badań biologicznych, daktyloskopijnych, toksykologicznych, których wyniki nie wskazują, aby do zgonu przyczyniły się działania bądź zaniechania osób trzecich.

Były technik pokładowy Jaka-40 w śledztwie w sprawie katastrofy samolotu Tu-154 był przesłuchiwany jako świadek. W wypowiedziach dla mediów utrzymywał, że kontroler z wieży w Smoleńsku zezwolił załodze Tu-154 na zejście do wysokości 50 m. Z opublikowanego stenogramu wynika, że kontroler miał zezwolić na zejście do 100 metrów. Chorąży twierdził, że już po wylądowaniu Jaka-40, pozostając w kabinie, słyszał przez radio rozmowę między załogą Tu-154 a kontrolą lotów. Według niego również załoga Jaka dostała zgodę na zejście do 50 m. Jak-40 wylądował w trudnych warunkach, około godziny przed katastrofą  samolotu z prezydentem.

Były przełożony podoficera płk Krzysztof Cur wspominał w 2012 r., że Muś był człowiekiem pogodnym, miał propozycję pozostania w wojsku, ale postanowił odejść. Dodał, że nie wiąże jego śmierci z katastrofą smoleńską. "Namawiałem go, by został w służbie, wiedziałem, że to doświadczony specjalista, dla którego jest miejsce w nowej jednostce. Otrzymał propozycję przeszkolenia na śmigłowce, by dalej mógł wykonywać loty. Niestety nie skorzystał z niej, zapewnił mnie, że będzie w stanie znaleźć pracę w stolicy. Podtrzymał tę decyzję i zwolnił się ze służby wojskowej" - mówi PAP płk Cur, ostatni dowódca eskadry lotniczej 36. Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego.

36. pułk rozwiązano z początkiem 2012 r.; w jego miejsce powołano nową jednostkę eksploatującą tylko śmigłowce. Na dalszych trasach zadania przewozu osób na najwyższych stanowiskach w państwie pełnią samoloty pasażerskie wyczarterowane od PLL LOT i wojskowe maszyny transportowe.

PAP, ruk

[Fot. archiwum prywatne]

CS143fotMINI

Czas Stefczyka 143/2017

PDF (5,50 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook