Jedynie prawda jest ciekawa

Gorące tematy:

Sikorskiego „przyjaźń” inaczej

02.07.2012

W sobotę Radosław Sikorski przyznał, że urzędnicy MSZ zniszczyli rzeczy Tomasza Merty. Nie zamierza jednak zrobić w tej sprawie nic więcej niż poza wysłaniem wdowie po wiceministrze kultury listu z wyjaśnieniami. Zapewnia też o swojej przyjaźni z Mertą.

Jak pisze „Nasz Dziennik”, resort dzień wcześniej uprzedził o swoich zamiarach Magdalenę Pietrzak-Mertę. Wdowa czeka na list od dyrektora generalnego MSZ. Wtedy dopiero do sprawy się odniesie.

- Sprawa tych pamiątek po moim dobrym znajomym ministrze Tomaszu Mercie jest badana przez prokuraturę, więc nie wypada mi jej komentować – mówił Sikorski w RMF FM.

Zapewniał też, że jego urzędnicy "próbowali na prośbę wdowy szybciej przywieźć te pamiątki", a "intencje pracowników MSZ były motywowane sympatią do zmarłego".

Zainteresowanie ministra sprawą pojawiło się dopiero teraz, po tym, jak dzięki pełnomocnikowi Merty, mec. Bartoszowi Kownackiemu bulwersujący temat spalenia dokumentów i zaginięcia obrączki wiceministra stał się głośny.

- Dziwne jest to, że dopóki sprawa nie ujrzała światła dziennego, póki nie zainteresowała się nią prokuratura, ale i prasa, to minister Sikorski, urzędnicy Ministerstwa Spraw Zagranicznych uważali, że nic się nie stało. W mojej ocenie, takie zachowanie urzędników było tuszowaniem sprawy - ocenia adwokat i wskazuje:

- Gdzie była ta przyjaźń przez ostatnie dwa lata? Ponadto, z całym szacunkiem dla dyrektora generalnego MSZ, ale resortem kieruje Radosław Sikorski i wszelkie stanowiska w tak poważnej sprawie: czy to osobiste, czy wyjaśniające, powinien jednak kierować osobiście minister Sikorski.

Według mec. Kownackiego, zakładając brak złej woli urzędników MSZ, którzy doprowadzili do zniszczenia rzeczy, to właśnie dwa lata temu, podczas ich przekazania rodzinie resort powinien zająć wyraźne stanowisko, wyjaśnić całe zajście. I co najważniejsze – przeprosić.

- Były na to dwa lata. Należało zareagować od razu, bo dziś odnosimy wrażenie nieszczerości intencji, jakimi kieruje się szefostwo MSZ w tej sprawie. Bo tu przecież resortowi nie chodzi już o uczucia rodziny, o wrażliwość, ale o ugranie interesu politycznego. To takie gaszenie pożaru, bo sprawa kompromituje kierownictwo resortu spraw zagranicznych – dodaje pełnomocnik Magdaleny Pietrzak-Merty.

„Nasz Dziennik” przypomina, że sprawę zniszczenia rzeczy Tomasza Merty i mataczenie urzędników bada prokuratura, która zdecyduje, czy ktoś usłyszy zarzuty. Jak mówi Kownacki, po prawomocnym zakończeniu postępowania, materiały z niego będą dostępne i warto się z nimi wówczas zapoznać, bo mogą mocno zachwiać pozycją Radosława Sikorskiego.

Witold Waszczykowski, były wiceminister spraw zagranicznych i wiceszef sejmowej Komisji Spraw Zagranicznych uważa, że ta sprawa wymagałaby osobistego zaangażowania ministra spraw zagranicznych:

- To dotyczy nie tylko kwestii tego, co się stało z rzeczami po zmarłym ministrze Tomaszu Mercie, ale także całej katastrofy samolotu Tu-154M. Minister powinien odpowiedzieć społeczeństwu, bo jest to bulwersująca sprawa, jak doszło do tego rodzaju praktyk w MSZ i dlaczego pan minister je przez tak długi okres krył. Odpowiedzialność w tej sprawie spada bezpośrednio na Radosława Sikorskiego i nie może tu wykręcać się dyrektorem generalnym.

Jako, że na tym stanowisku po katastrofie nastąpiła zmiana, Waszczykowski obawia się, że cała odpowiedzialność zostanie zrzucona na poprzednika.

O sprawę zniszczenia rzeczy po wiceministrze kultury zamierza Sikorskiego zapytać na najbliższym posiedzeniu sejmowa Komisja Spraw Zagranicznych. Minister sugeruje, że posiedzenie będzie poświęcone polskiemu przewodnictwu w Grupie Wyszehradzkiej.

- Na komisji poruszane są różne sprawy. Minister Sikorski może się wykręcać, ale ja zapowiedziałem publicznie, że będę tę kwestię stawiał na komisji. I tak też uczynię - zapewnia Waszczykowski.

Sprawa nabrała rozgłosu po publikacjach "Naszego Dziennika". Okazało się, że w ramach śledztwa przeprowadzono już jedno przeszukanie posesji MSZ, gdzie rzeczy byłego ministra kultury miały być niszczone. Pełnomocnik wdowy złożył w prokuraturze wniosek o kolejne oględziny.

Po katastrofie smoleńskiej rodzina śp. Tomasza Merty otrzymała nadpalony dowód osobisty zmarłego. Sytuacja nie budziła zastrzeżeń. Do czasu. Bo z dokumentacji rosyjskiej, która trafiła do polskiej prokuratury blisko rok temu, wynikało, że ten sam dokument został zachowany w stanie idealnym. Możliwości były dwie: sfałszowanie dokumentów lub celowe zniszczenie dowodu. W Mińsku Mazowieckim, skąd rodzina odebrała nadpalone rzeczy, nie było też obrączki zmarłego, zegarka i portfela figurujących w dokumentacji. Wszczęte zostały dwa śledztwa w sprawie niszczenia dowodu oraz kradzieży cennych rzeczy.

Śledczy ustalili, że rzeczy Tomasza Merty z polskiej ambasady w Moskwie trafiły do Warszawy, do MSZ. I to w tym resorcie urzędnicy postanowili je zniszczyć. Uczyniono to poza protokołem. Proces jednak przerwano, a nadpalone rzeczy trafiły do Mińska Mazowieckiego, a następnie przekazano je wdowie bez słowa wyjaśnienia.

W czerwcu przeszukano jedną z posesji MSZ. Nie znaleziono śladów palenia oraz zagubionej obrączki. Przesłuchano również byłego ambasadora w Moskwie Jerzego Bahra, który zapomniał, jak ambasada weszła w posiadanie rzeczy b. ministra kultury.

ruk, „Nasz Dziennik”

[Fot. Jan Nowak]

CS141fotMINI

Czas Stefczyka 141/2017

PDF (4,89 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook