Jedynie prawda jest ciekawa

Gorące tematy:

PiS: 10 maja sprzyja Komorowskiemu

04.02.2015

Po zarządzeniu w środę przez marszałka Sejmu wyborów prezydenckich na 10 maja PiS zarzucił, że jest to data zgodna z kalendarzem urzędującego prezydenta Bronisława Komorowskiego. PO przekonuje, że wyborach prezydenckich decydują wyborcy, a nie data.

Odpowiadając na pytania po ogłoszeniu daty wyborów, marszałek Sikorskim zaznaczył, że miał do wyboru cztery daty: 1 maja, 3 maja, 10 maja i 17 maja. "Zdecydowałem się pójść środkiem polskiej drogi" - powiedział. "Dobrzy kandydaci potrafią wygrać w każdym terminie" - dodał. Sikorski pytany, czy konsultował z kimś datę wyborów, odparł, że jest to "suwerenna decyzja marszałka Sejmu". "Podjąłem ją samodzielnie" - powiedział.

Politycy opozycji ocenili, że 10 maja jako dzień wyborów prezydenckich to termin sprzyjający prezydentowi Komorowskiemu, bo przypadający po serii uroczystości państwowych, które odbywają się na początku maja. Sam prezydent zapowiedział, że swą decyzję ws. startu w wyborach ogłosi po podaniu ich terminu przez marszałka Sejmu.

Szef klubu PiS Mariusz Błaszczak ocenił, że data wyborów jest "zgodna z kalendarzem Bronisława Komorowskiego". "Data neutralna to byłby 17 maja (...). Wnoszę, że chodziło o to, aby dać większą szansę urzędującemu prezydentowi na dobry wynik. Ale i tym razem marszałek Sikorski się przeliczył. W II turze wygra Andrzej Duda" - powiedział Błaszczak dziennikarzom.

Na pytanie, czy w związku z tym, że wybory będą 10 maja, nie odbędą się comiesięczne uroczystości organizowane przez PiS poświęcone katastrofie smoleńskiej, Błaszczak odpowiedział, że "będzie kolejna miesięcznica katastrofy smoleńskiej". "Nie ma ona nic wspólnego z wydarzeniami politycznymi. Dlaczego mielibyśmy rezygnować? (...) Ta władza jest nieprzyzwoita. Brakuje przyzwoitości koalicji PO-PSL" - powiedział szef klubu PiS.

Także w opinii rzecznika klubu Sprawiedliwa Polska Patryka Jakiego data 10 maja sprzyja Komorowskiemu. "To absolutnie data polityczna. Jej beneficjentem będzie Bronisław Komorowski i PO. Prezydent ma przywileje wynikające z kalendarza, szczególnie historycznego. W związku z tym Bronisławowi Komorowskiemu ciężej będzie się podczas kampanii przedstawiać jako politykowi ponadpartyjnemu" - uzasadnił.

Natomiast poseł PO Robert Tyszkiewicz powiedział PAP, że "w wyborach prezydenckich najważniejsze są propozycje kandydatów, a nie daty wyborów". "Decydują wyborcy, a nie ta czy inna data w kalendarzu" - dodał.

Pytany, czy 10 maja nie będzie sprzyjać urzędującemu prezydentowi z uwagi na przypadające wcześniej obchody ważnych rocznic, m.in. zaplanowaną przez prezydenta 8 maja - w 70. rocznicę zakończenia II wojny światowej - konferencję historyków i polityków na Westerplatte, odpowiedział: "każdej dacie można przydawać różnych cech i wskazywać na ich wady i zalety, ale data jest ta sama dla wszystkich kandydatów". "Każdy ma równe szanse, by wpisać swoją aktywność w kalendarz państwowy - świąt, zdarzeń, okazji, które się pojawiają" - powiedział polityk PO.

Tyszkiewicz zaznaczył, że "jasne jest, że kandydowanie urzędującego prezydenta niesie ze sobą różnego rodzaju przywileje, ale wiąże się też z ograniczeniami, np. intensywność czysto kampanijnych działań musi być limitowana obowiązkami wynikającymi z pełnienia funkcji głowy państwa".

Polityk PSL Stanisław Żelichowski nie zgodził się z zarzutami opozycji, że termin 10 maja sprzyja urzędującemu prezydentowi. "Bez przesady, opozycja w tym przypadku przekracza (granice) zdrowego rozsądku" - ocenił.

Według niego "gdyby marszałek Sikorski wyznaczył termin wyborów na 17 maja, to Mariusz Błaszczak znalazłby kilkanaście sposobów, żeby zaistnieć w mediach i mówić, że 17 maja nijak nie pasuje i że 10 maja byłby lepszy". Żelichowski stwierdził przy tym, że "dzisiaj trzeba działać tak, aby frekwencja była jak najwyższa", a - według niego - "frekwencja 10 maja będzie trochę mniejsza, niż 17 maja, bo znając spryt rodaków - jak będą mieli długi weekend - to tak sobie (go) zaplanują, że będą z niego wracali 12 czy 13 maja".

Z kolei szef SLD Leszek Miller stwierdził, że dla kandydatki jego partii na prezydenta - Magdaleny Ogórek - "każdy termin jest jednakowo dobry". "Natomiast niewątpliwie dla prezydenta Komorowskiego ten termin jest najlepszy. Można uznać, że marszałek Sikorski uczynił przysługę swojemu partyjnemu koledze" - stwierdził szef Sojuszu.

Według Millera "widać też wyraźnie skłonność powiązania zakończenia kampanii wyborczej z dniem obchodów 70. rocznicy zakończenia II wojny światowej". Zdaniem Millera wybór Westerplatte na uroczystość jest kuriozalny; według niego to tak, jakby uznać, że obchody zakończenia I wojny światowej powinny odbywać się w Sarajewie. Szef SLD zaznaczył przy tym, że Polska powinna organizować własne uroczystości i on uważa, że oprócz Warszawy, można by też np. złożyć kwiaty i zapalić znicze w Berlinie, w miejscach, gdzie w 1945 r. polscy żołnierze zawieszali biało-czerwoną flagę.

Również rzecznik Twojego Ruchu Andrzej Rozenek ocenił, że 10 maja to korzystna dla urzędującego prezydenta data wyborów, jednak oburzenie PiS uznał za "komiczne". "Takie już zbójeckie prawo urzędującego prezydenta, by mieć termin wyborów w najdogodniejszym dla siebie terminie. Było oczywistym, że marszałek z tej samej co prezydent Komorowski formacji tak właśnie postąpi" - powiedział polityk TR. Według niego termin wyborów nie ma wpływu na wynik, a kandydat PiS Andrzej Duda "17 maja uzyskałby równie marny wynik co 10".

PAP, lz

[fot: PAP/Bartłomiej Zborowski]

CS141fotMINI

Czas Stefczyka 141/2017

PDF (4,89 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook