Jedynie prawda jest ciekawa

Naprotechnologia zamiast in vitro

09.04.2013

In vitro nie musi być jedynym rozwiązaniem dla małżeństw, które nie mogą mieć dzieci. Państwo Alicja i Tomasz Andreasikowie mają żywy dowód na skuteczność naprotechnologii. Jest nim ich półroczna córeczka - Sara.

„W naprotechnologii dziecko nie jest traktowane jak wymarzony produkt, ale dar, cud od Pana Boga. Nasza malutka Sara jest tego najlepszym potwierdzeniem” - mówią szczęśliwi rodzice w wywiadzie dla „Naszego Dziennika”.

Andreasikowie przyznają jednak, że przed narodzeniem upragnionego dziecka musieli liczyć się z bolesnym niepowodzeniami. Alicja przez rok nie mogła zajść w ciążę, a gdy w końcu to się udało, stracili dziecko. Kobieta wpadła w depresję.

„Wszystko zmieniło się pod koniec 2010 r., kiedy trafiliśmy do ginekolog dr Iwony Michnikowskiej-Grzegorczyk w Tarnowskich Górach. Nie chciała stosować antykoncepcji hormonalnej i nie malowała przed nami przyszłości z in vitro w tle, ale zaproponowała leczenie naprotechnologiczne. I tak się zaczęło. Skontaktowaliśmy się z dr Darią Mikułą-Wesołowską i dr. Marcinem Wesołowskim z Bielska-Białej, którzy zaprosili nas na wykład o naprotechnologii” - mówi mama Sary.

Już w styczniu 2011 r. pani Alicja rozpoczęła obserwację  wg modelu Creightona. „Po drugim cyklu zostaliśmy skierowani do lekarza naprotechnologii dr. Adama Kuźnika ze Skoczowa. W ten sposób znaleźliśmy się pod opieką dwóch specjalistów od naprotechnologii: instruktora, który uczył nas metody obserwacji cyklu, korygował błędy w zapisie, przeprowadzał szczegółowe wywiady, itp. oraz lekarza, który na tej podstawie podjął się leczenia” - wspomina kobieta.

Małżeństwo podkreśla, że koszty leczenia były dużo niższe, niż przypuszczali. Jedyny minusem była konieczność wykonywania różnych badań prywatnie, ponieważ Narodowy Fundusz Zdrowia...  nie refunduje naprotechnologii.

Chociaż p. Alicja zaszła w ciążę, a wszelkie wyniki były – jak sama mówi – idealne, para straciła dziecko w dziewiątym tygodniu ciąży. 

Małżonkowie wrócili do leczenia w grudniu 2011 r. Kuracja bardzo szybko przyniosła zaskakująco dobre efekty. Już w 2012 roku Alicja znowu zaszła w ciążę. Chociaż sytuacja była bardzo trudna i wydawało się, że Andreasikowie mogą stracić trzecie dziecko, ciąża została uratowana, a 3 września 2012 na świecie pojawiała się maleńka Sara. 

Chociaż rodzice dziewczynki musieli uzbroić się w cierpliwość i liczyć się z niepowodzeniami, to jednak nie zrezygnowali z naprotechnologii. Dlaczego?  „Zdecydowaliśmy się na tę metodę, ponieważ szuka ona przyczyn niepłodności, zamiast dawać doraźne, ale nieetyczne rozwiązanie (in vitro), które nie dotyka korzenia problemu. Dzięki bezinwazyjnej obserwacji pozwala wyciągnąć cenne wnioski. Bardzo ważny jest również fakt, że w tę metodę włączeni są oboje małżonkowie, dzięki czemu mogą się wzajemnie motywować” – tłumaczą Andreasikowie.

Jest coś jeszcze, co przekonało ostatecznie Alicję i Tomasza do tej metody. „Lekarze, którzy nas prowadzili są ludźmi wierzącymi. Ten fakt pomógł nam otwierać się na życie w ufności, że nie wszystko zależy tylko od nas i że to Bóg jest tym, który daje życie i decyduje o śmierci” - puentują szczęśliwi rodzice półrocznej Sary.

AM/Nasz Dziennik

[fot. Sean McGrath from Saint John, NB, Canada/Maternity Curves/Wikimedia Commons]

CS148fotMINI

Czas Stefczyka 148/2017

PDF (10,17 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook