Jedynie prawda jest ciekawa

Gorące tematy:

Macierewicz kontra Lasek ws. katastrofy

13.06.2013

Zespół Macieja Laska na specjalnie zorganizowanej konferencji prasował odpierał zarzuty i wątpliwości przedstawione przez parlamentarny zespół kierowany przez Antoniego Macierewicza. Poseł PiS szybko i konkretnie odpowiedział na teorie zaprezentowane przez Macieja Laska.

Maciej Lasek, broniąc się, uzasadniał, że eksperci zespołu poselskiego nie odpowiedzieli na zapytania skierowane oficjalną drogą:

„Poprosiliśmy zespół parlamentarny o przedstawienie dowodów, na podstawie których buduje on swoje hipotezy. Nie doczekaliśmy się odpowiedzi do dzisiaj na prośbę zawartą w oficjalnym piśmie wysłanym do zespołu. Nie przedstawiono nam żadnych dowodów, na których opiera on swoje wnioski. Dlatego postanowiliśmy przeanalizować ich raport w tej części, w której powołuje się na materiał przygotowany przez firmę ATM. (…) Raport zespołu parlamentarnego w tym obszarze zawiera ewidentnie błędne wnioski, błędne interpretacje, do których chcielibyśmy się odnieść” - oznajmił Maciej Lasek, rozpoczynając konferencję.

Po czym oddał głos Edwardowi Łojkowi, jednemu z członków swojego zespołu, który opisywał, jak funkcjonują urządzenia ATM.

„To polska firma, która ma ponad 20-letnie tradycje i obsłudze rejestratorów szybkiego dostępu. Tego typu konstrukcja była pierwszą na świecie o tego typu możliwościach, znalazła szerokie zastosowanie. Rejestratory te stosowane są w wielu samolotach i wykorzystywane przez wiele linii lotniczych. W ciągu każdej doby przeprowadzanych jest kilkaset analiz tego typu rejestratorów, tego typu analizy są wiarygodnym dowodem dla instytucji sprawujących nadzór lotniczy. (…) Historia, doświadczenie, reputacja nie budzi żadnych wątpliwości” - przekonywał Łojek.

I kontynuował, zarzucając ekspertom parlamentarnego zespołu błędnie wyciągnięte wnioski i nieprawdziwie stawiane tezy:

„Zajmiemy się sprawą stwierdzeń zawartych w raporcie zespołu parlamentarnego. Jeden z podstawowych wniosków, który jest przedstawiony to zarzut stawiany polskiej komisji, że zaniechała badania zapisów różnych systemów. Ten zarzut jest nieprawdziwy. (...) Przypominam, że raport Instytutu Sehna powstał po zakończeniu pracy polskiej komisji. Trzeba zaznaczyć, że polska komisja dysponowała dwoma innymi ekspertyzami – obie te analizy dotyczyły zapisów dźwięków rejestrowanych w kabinie” - mówił.

Łojek oznajmił, że porównanie rejestratorów zapisów ATM z dwoma innymi taśmowymi zapisami pozwoliło stwierdzić, że zapis ten nie budzi wątpliwości i jest materiałem dowodowym. Mówił, że do podobnych wniosków doszli nie tylko eksperci komisji Millera, ale również zajmujący się tym z ramienia ATM.

Nawiązał do wniosków zespołu Macierewicza:

„Dane z innych urządzeń – TAWS i FMS, a nie są to rejestratory – były oczywiście odczytane również w obecności członka komisji, a odpowiednie materiały dowodowe są opublikowane w raporcie polskiej komisji. Twierdzenie, że komisja zaniechała badania tych rejestratorów jest po prostu kłamstwem” - złościł się Łojek.

Samolot przekroczył wysokość 20 metrów w odległości ok. 1600 m od progu pasa, natomiast był moment, kiedy znajdował się poniżej progu pasa lotniska - przekonywał.

I na specjalnej grafice tłumaczył, jaki - jego zdaniem - popełniono błąd spowodowany nieprawidłowym traktowaniem danych.

„Łojek odniósł się również do wątpliwości dotyczących pracy silnika tupolewa w końcowej fazie lotu. W jego opinii także w tym przypadku eksperci Macierewicza popełnili szereg błędów:

Kolejny błąd to swobodne interpretowanie pracy silników. (…) Wspomniane w raporcie tzw. kierownice znajdują się ok. 0,1m za krawędzią wlotu powietrza do silników. W związku z tym prędkość i zasysania powietrza, twierdzenie, że pęd powietrza mógł odrzucić ewentualne elementy jest nieprawdopodobne. (...) Należy dodać, że ten wzrost wibracji – który rzeczywiście był zanotowany – był na tyle niewielki, że nie spowodował tego zasygnalizowania załodze. Gdyby taka sygnalizacja zadziałała, byłoby to zarejestrowane przez rejestrator ATM” - mówił.

Po czym zaprezentował film pokazujący, jak potrafi zachowywać się silnik, gdy wpada do niego "obcy objekt". Jak przekonywał Łojek, wystarczy, że do silnika wpada ptak, by spowodowane zostały wibracje oraz pojawił się płomienie.

„Wzrost wibracji i ewentualne problemy z płomieniem są zupełnie naturalne” - uzasadniał.

Przekonywał także, że nieprawdziwym twierdzeniem jest teza o usunięciu 0,5 sekundy z raportu komisji Millera. Po czym mówił, jak - jego zdaniem - należy odczytać dane:

„Jeszcze raz powtarzam – przy tej wysokości lotu jedynym urządzeniem jest radiowysokościomierz, pod warunkiem, że nie jest przechylony bardziej niż 15 stopni. Wysokość wyliczenia wskazuje, że było to osiem stopni. Czyli twierdzenie mówiące, że samolot znajdował się na wysokości 30 czy 40 metrów nad poziomem drogi startu w oparciu o zapisy w TAWS, po prostu nie wytrzymuje konfrontacji z tym, co zapisano w skrzynce ATM” - stwierdził Łojek.

„Chcemy przedstawić dowód zawarty w ekspertyzie ATM. Analizując wysokość w ostatniej fazie lotu, widać, że samolot w ciągu 55 sekund utracił 382,6 m wysokość. Proste działanie pozwala wyliczyć, że średnia opadania wyniosła 7m/s. Gdyby zrealizować odpowiednią ścieżkę schodzenia dto 3,3 . Prędkość schodzenia była ponad dwukrotnie większa od prawidłowej! Załoga popełniała błędy jest jak najbardziej uzasadnione”. - kontynuował.

Eksperci zespołu Laska przekonywali również, że prawdziwość (a co za tym idzie - brak manipulacji) nagrań z rejestratorów potwierdzili nie tylko eksperci komisji Millera, jak również Instytut Sehna:

„Instytut napisał, że porównał przydźwięk sieci energetycznej z tym, co że przydźwięki są zgodne. Czyli, że kopia została wykonana w jednolity sposób. IES stwierdził, że kopie, które otrzymał z Moskwy są jak najbardziej wiarygodne, a dodatkowo nie stwierdzono żadnych śladów na braki zapisu. Twierdzenie o manipulacji jest bezpodstawne” - oznajmili eksperci.

Lasek dodawał:

„Mogą być państwo zdziwieni, dlaczego dzisiaj oparliśmy się nie na materiałach komisji Millera, ale materiałach przygotowanych przez zespół parlamentarny dla prokuratury. Te informacje zostały przekazane przez ZP jako źródła, na których oparto wnioski” - stwierdził.

Inny członek zespołu Laska, Piotr Lipiec, odnosząc się do pozostawania rejestratorów przez kilkanaście godzin w nocy z 10 na 11 bez opieki przedstawicieli polskich, w siedzibie MAK, stwierdził, że wszystko odbyło się zgodnie z procedurami.

Maciej Lasek niechętnie odniósł się do ewentualnej dyskusji z przedstawicielami zespołu Macierewicza:

„Debata jest dosyć trudnym tematem do przeprowadzenia, jeśli ci eksperci wyciągają wnioski, które są dla tutaj zgromadzonych jasne i odmienne od tej ekspertyzy. Warunkiem takiej rozmowy jest przedstawienie dowodów, na podstawie których wyciąga się wnioski. Przez ponad miesiąc nie otrzymaliśmy odpowiedzi na pismo wysłane do zespołu parlamentarnego. Sami dotarliśmy do materiałów, na które zespół się powołuje i wykazaliśmy dzisiaj, że wnioski zawarte w tych materiałach są zupełnie odmienne. (...) Przy braku dowodów trudno jest dyskutować na tym samym poziomie. Myślę, że czeka nas jeszcze wiele konferencji naukowych, na których będziemy mogli wymieniać się poglądami na normalnym, właściwym do tego typu poziomie. Czyli jak naukowiec z naukowcem” - mówił.

Przewodniczący Parlamentarnego Zespołu ds. Badania Katastrofy Smoleńskiej Antoni Macierewicz bardzo szybko odniósł się do argumentów, które podczas swojej konferencji zaprezentował Maciej Lasek.

Poseł PiS zaznaczył:

„Jak państwo pamiętacie, rano zespół parlamentarny przedstawił ekspertyzę pokazującą problematykę zwłaszcza dotyczącą czarnych skrzynek. Do niej odwołał się też Maciej Lasek, którego konferencja prasowa była oparta na próbie udowodnienia, że oparcie analizy i całego wywodu, (…) są prawidłowe i wiarygodne. Chciałem jednak podkreślić coś, co mnie zmroziło dzisiaj – miałem nadzieję, że ten przykry okres upolitycznienia minął, tymczasem dzisiejsze wystąpienie Laska skoncentrowało się na próbie udowodnienia winy polskich pilotów. To rzecz niedopuszczalna i karygodna. Wypowiedź, że przecież to piloci popełnili błędy, że to ich wina – a to dzisiaj słyszeliśmy – jest i bolesne, i karygodne, zwłaszcza, że nie ma orzeczenia prokuratury. A jesteśmy w przeddzień nieomal procesu moskiewskiego! I w takiej sytuacji Polacy, urzędnicy polscy, po raz drugi koncentrują swój atak na polskich bohaterskich pilotach. Mam nadzieję, że nigdy więcej się to nie powtórzy, że jest dostatecznie dużo materiału merytorycznego, żeby na tym skoncentrować naszą dyskusję” - rozpoczął swoją wypowiedź Macierewicz.

Szef parlamentarnego zespołu stwierdził, że Rosjanie dysponowali kilkoma wersjami czarnych skrzynek - i te różnice widać w tym, co otrzymali między innymi Polacy.

„Jeżeli chodzi o wywód techniczny pana Laska i jego kolegów, to chciałbym przypomnieć, że wbrew temu, co mówi pan przewodniczący – dysponujemy przynajmniej czterema głównymi wersjami zapisów czarnych skrzynek. Rosjanie dawali różnym instytucjom różnych swoich partnerów, różne zapisy, co do długości i zawartości merytorycznej! Inne zapisy dostał IES, inne otrzymali urzędnicy, którzy robili to na rzecz MAK, inne zapisy wreszcie dostarczyła firma robiąca analizę na rzecz komitetu śledczego Federacji Rosyjskiej. (…) Nie biorę tu pod uwagę różnic dot. na przykład 0,4 sek, to bierzemy w nawias, to może być kwestia drugorzędna. Ale podstawowe wersje są zasadniczo różne, one nie tylko są różne co do tego, że zapisy, które zostały przekazane IES jest najdłuższy, a pozostałe są krótsze, ale także mamy do czynienia z odwrotną sytuacją, jeśli chodzi o zapis ostatnich dwóch minut jest kluczowy, na którym dzisiaj pan Lasek się skupił” - argumentował poseł PiS.

Zdaniem Macierewicza kluczowe momenty lotu są różnie opisane - w zależności od tego, z którego z rejestratorów korzystamy przy analizie:

„Ten zapis z kolei w materiałach, którymi dysponowały komisje rosyjskie, jest dłuższy o 20 sekund, czyli kluczowe 20 sekund. A to właśnie w tym zapisie pan Lasek i jego koledzy nieprawdziwie przywołują, że gen. Błasik odczytywał wysokość, w tym zapisie jest dźwięk uderzenia w drzewo, w tych 20 sekundach, których nie ma w IES dziać się mają różne dziwne rzeczy. Ta sprawa musi być jednoznacznie wyjaśniona. Kierujemy zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa – nie wiemy, kto go dokonał, ale zapisy czarnych skrzynek zostały zmanipulowane i sfałszowane. Stan faktyczny jest tutaj bezsporny. Przed zapoznaniem się z oryginałem, cała ta praca jeśli chodzi o czerpanie danych z czarnych skrzynek, jest po prostu niepoważna, jest robieniem wody z mózgu opinii publicznej” - mówił Macierewicz.

Zdaniem parlamentarzysty, w pewnym momencie Maciej Lasek w sprawie rzeczywistych zapisów rejestratorów miał zupełnie inne zdanie niż dziś:

„Chcę też przedstawić wypowiedź pana Laska z maja 2012 r. z Kazimierza nad Wisłą, gdzie pan Lasek twierdzi, że tylko on, prokuratura i PKBWL dysponują rzeczywistymi zapisami wysokości, danych z czarnych skrzynek. Co więcej, twierdzi, że gdyby ktoś posiadał taki zapis, to należałoby go skierować do ABW. To jest działanie nieodpowiedzialne. Chcę podkreślić zdecydowanie, że pan Maciej Lasek opiera się na czarnych skrzynkach, których wiarygodność jest dalece wątpliwa” - przekonywał.

Istotną częścią konferencji było przywołanie faktów z okresu tuż po katastrofie smoleńskiej. Antoni Macierewicz przywołał wypowiedź ministra Szojgu, według której Rosjanie zaczęli pracę nad czarnymi skrzynkami jeszcze przed przybyciem Polaków na miejsce tragedii.

„Chcę też przypomnieć, że nie jest prawdą, iż czarne skrzynki polscy urzędnicy od początku, od znalezienia na miejscu tragedii, pilotowali. Wręcz odwrotnie! (...) Zrobili coś więcej – dokonali teatralnej operacji. Gdy przybył Edmund Klich, przyprowadzono go do miejsca na ziemi, gdzie pieczołowicie sprawdzono, zaplombowano i wysłano do Moskwy. Tylko przedtem – co potwierdza min. Szojgu – zanalizowaną ją. Nie ma wątpliwości, że oryginał czarnych skrzynek jest tylko u Rosjan, a poszczególne wersje dawane są poszczególnym instytucjom” - argumentował Macierewicz.

Poseł PiS przekonywał również, że dane z radiowego wysokościomierza, na którym opierają swoje stwierdzenia przedstawiciele zespołu Laska, są niewiarygodne:

„We wrześniu w załączniku czwartym, gdzie jest przywołana ekspertyza rosyjskich ekspertów co do wysokościomierza, pokazująca co działo się z radiowym wysokościomierzem. On ma dwojakiego rodzaju uszkodzenia – uszkodzenia wtórne po uderzeniu w ziemię i pierwotne, po wstrząsie, jaki samolot przeszedł wcześniej. (...) Wysokościomierz radiowy, na który opiera się pan Lasek, po prostu był od pewnego momentu zepsuty i cała historia, że on dysponuje 120 punktami z czarnych skrzynek, gdy tymczasem zespół parlamentarny tylko pięcioma (a naprawdę siedmioma) z systemów TAWS i FMS, sprawia, że przewaga jest bezsporna. To kłamstwo. Lepiej mieć siedem punktów zapisanych zgodnych z prawdą niż 120 nieprawdziwych” - mówił.

Macierewicz odniósł się także do problemu trajektorii lotu.

„Przewodniczący Lasek pokazuje trajektorię lotu wyznaczoną przez zapisy czarnych skrzynek, które Rosjanie sprawdzali, później zakopywali w ziemię, by je znaleźć. Ale on nigdy nie pokazał surowych danych, nie pokazał rzeczywistych danych. To z czym macie państwo do czynienia na jego posiedzeniach, to dane przetworzone. Dlaczego? Ponieważ Lasek powiedział, że nikomu nie udostępni tych danych ponieważ prawda jest taka, że wysokościomierz radiowy od kluczowego momentu wstrząsu nie wskazywał właściwie danych” - oznajmił poseł PiS.

Przywołał także stwierdzenia jednego z ekspertów zespołu Laska:

„Jeden z nich przytomnie powiedział, że wysokościomierz pokazuje rzeczywiste dane dopóki 15 stopni. Przypominam, że wg pana Laska ten samolot leciał odwrócony do góry nogami. To jaka jest wartość tych wskazań?” - pytał Macierewicz.

I kontynuował, skupiając się na problemie wibracji wewnątrz silnika. Zgodził się z Laskiem, że eksperci związani z firmą ATM produkującą rejestratory danych, są wiarygodni i rzetelni:

„Oni wiedzą, że kłamstwo nie może być bezczelne. W ekspertyzie opisują, że skrzynka produkcji ATM nie nagrywała do końca, ponieważ 1,5 sek przed końcem skończyło się nagrywanie, w związku z tym jej zapis rozszerzono o zapis z czarnych skrzynek – tych samych, które były najpierw otwarte, a później zakopane, by je Edmund Klich mógł jeszcze raz znaleźć. W związku z tym ostatnie sekundy były dolepione, dodane, w tym te 0,5 sekundy, których podobno nie usunięto. (...) Dlaczego to tak istotne? Ano dlatego, że jak uczciwie mówią ci sami fachowcy z ATM, którzy są ostrożni i inteligentni, że wibracje które rozpoczęły się przed miejscem, gdzie samolot przeleciał nad brzozą, że w tym rozpoczęły się wibracje – 40 metrów wcześniej! I te zapisy się urywają – oni mówią, dlaczego: pochodzą z rejestratora nie zawierają parametrów, czyli wstrząsów” - przekonywał Macierewicz.

I dodawał:

„Skrzynki rosyjskie nie mają możliwości zapisu odnotowania wibracji! To patent polski. Tak jak jest prawdą, że zlikwidowano ostatnie pół sekundy, tak jest prawdą, że wibracje i awarie silników zaczęły się 40 m wcześniej i narastały aż do zniszczenia silników”.

Po tym raz jeszcze przedstawił film telewizji Ria Novosti oraz oddał głos drowi Nowaczykowi, który rozwinął tezy Macierewicza.

wP, svl, lz

[fot: PAP/Tomasz Gzell]

CS145fotMINI

Czas Stefczyka 145/2017

PDF (8,85 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook