Jedynie prawda jest ciekawa

Gorące tematy:

Lasek: „Warto zadać pytanie na piśmie”

21.05.2013

Zdaniem ekspertów zespołu Macieja Laska, raport komisji Millera ws. katastrofy smoleńskiej broni się sam i nie ma wątpliwości co do przyczyn katastrofy. Jednak na poważne pytania, przewodniczący oraz członkowie zespołu nie potrafią odpowiedzieć, prosząc o pisemną formę pytania.

Raport komisji Jerzego Millera w sprawie katastrofy smoleńskiej broni się sam; wśród ekspertów i osób zajmujących się lotnictwem nie ma wątpliwości na temat katastrofy - ocenili członkowie zespołu przy KPRM pod kierownictwem Macieja Laska.

Członkowie utworzonego w kwietniu zespołu do spraw wyjaśniania opinii publicznej przyczyn i okoliczności katastrofy smoleńskiej podczas pierwszej konferencji prasowej odnieśli się do teorii alternatywnych na temat katastrofy, które pojawiły się już po opublikowaniu raportu komisji Millera.

"Po zakończeniu pracy komisji kierowanej przez Jerzego Millera pojawiło się dużo teorii alternatywnych, nieopartych lub niewystarczająco udokumentowanych w materiale dowodowym i rolą mojego zespołu jest również analiza tych teorii" - powiedział na wstępie konferencji Lasek. Reporter wPolityce.pl zapytał o badania wraku TU-154M, które rzekomo miała przeprowadzić komisja Millera. Marcin Wikło zacytował Maciejowi Laskowi fragment jego wypowiedzi dla Gazety Wyborczej z listopada 2012 r. Na pytanie, czy „nasi eksperci dokonali oględzin wraku”, szef PKBWL odpowiedział wówczas: „Tak, i to sami, a nie jako osoby towarzyszące Rosjanom. (….) Pobierali też różne próbki. Cały materiał, który tam zebrali, stanowił bardzo ważny element naszych badań”.

Zapytany dziś, jakie konkretnie próbki zostały pobrane i gdzie są wyniki tych badań, bo w dokumentach komisji Millera nie ma po nich śladu i kto te próbki zbierał, Lasek stwierdził: Próbki zbierały osoby, które znajdowały się między 10 a 23 (kwietnia - przyp. red.) w Smoleńsku. Wszystkie materiały i ekspertyzy, które na tej podstawie zostały sformułowane, znajdują się w dokumentacji i archiwum inspektoratu MON ds. bezpieczeństwa lotów. Ja chciałem tylko jedną rzecz przypomnieć, że tak, jak wcześniej powiedziałem – choćby ilość dokumentów, na których bazowała komisja, w materiałach, które się publikuje, publikuje się tylko te informacje, które są potrzebne do udowodnienia i wskazania, jaka była przyczyna i zalecenia profilaktyczne. Musimy o jednej rzeczy pamiętać – w Smoleńsku ten wypadek formalnie badał Międzypaństwowy Komitet Lotniczy. Natomiast szeroka grupa naszych ekspertów, która tam była, zebrała takie dokumenty, które pozwoliły pomimo niewłaściwej jak państwo doskonale wiecie, współpracy strony rosyjskiej, zwłaszcza w późniejszym okresie i braku skuteczności zapytań choćby skierowanych ze strony akredytowanego przedstawiciela, na zebranie materiału, który w 100 proc, pozwolił na wskazanie właściwej przyczyny i profilaktyki. W obliczu niejasnej odpowiedzi, Lasek dopytany, czy wśród pobranych rzekomo przez polskich ekspertów próbek były próbki samolotu i czy były badane w Polsce, Lasek niespodziewanie wypalił: Warto by było takie pytanie zadać nam na piśmie, my odpowiemy. I skonsultujemy się w tym zakresie również z kolegami, którzy w tej chwili pracują w inspektoracie MON ds. bezpieczeństwa lotów. Czyżby Maciej Lasek jednak nie wiedział, czy pobrano próbki samolotu i czy były one badane w Polsce? Doskonale wie, że nic takiego nie miało miejsca. Uporczywe twierdzenie bądź nawet sugerowanie, że na zlecenie komisji Millera przeprowadzono w Polsce jakiekolwiek analizy laboratoryjne elementów samolotu jest zwykłym kłamstwem.

Pytany o ewentualne spotkanie i debatę z zespołem parlamentarnym kierowanym przez posła PiS Antoniego Macierewicza Lasek powiedział, że "jakakolwiek rozmowa ma sens wtedy, kiedy oba zespoły działają fair, kiedy pokazują materiały, na podstawie których wyciągają swoje wnioski". Jak dodał, w imieniu swojego zespołu "bardzo pozytywnie" odniósł się do kwietniowej propozycji prezesa PAN prof. Michała Kleibera, by doszło do merytorycznego spotkania ekspertów obu zespołów za zamkniętymi drzwiami, bez udziału polityków i mediów.

"Jesteśmy z panem profesorem w kontakcie i w trakcie wypracowania najbardziej optymalnej formy takiej dyskusji (...). Według mnie najlepszą formą takiej dyskusji byłoby zorganizowanie konferencji naukowej, ale pod pewnymi warunkami. Myślę, że w najbliższym czasie będziemy mogli w tym zakresie coś więcej państwu powiedzieć" - dodał Lasek.

Wiceszef zespołu Wiesław Jedynak ocenił, że cechą wyróżniającą katastrofę smoleńską spośród innych jest skład pasażerów samolotu, pod względem technicznym ten wypadek nie jest czymś, co nie zdarzyło się wcześniej. "Skład pasażerów spowodował, że ten wypadek jest tak głośno komentowany przez wszystkich" - powiedział.

Jak mówił, była "cała grupa wypadków, w których mamy do czynienia z sytuacjami, gdzie sprawny technicznie samolot, pilotowany przez kompletną załogę zderza się z przeszkodami i ziemią". "Wypadki takie mają pewne wspólne cechy, przede wszystkim analizując taki wypadek nie wolno się koncentrować na samym procesie niszczenia samolotu" - dodał.

Zaznaczył, że istniało wiele elementów, które mogły zapobiec katastrofie smoleńskiej, poczynając od kwestii szkolenia, nadzoru nad działalnością specpułku, zaplanowania nawigacyjnego, itp. "Nie mówmy o błędzie pilotów, to jest zbytnie uproszczenie, nikt z nas takich tez nie stawia. Błąd załogi był tylko elementem szeregu błędów, które doprowadziły do wypadku (...). Nie szukajmy łatwej odpowiedzi i nie zamykajmy się na ostatnich ośmiu sekundach lotu" - zaznaczył.

Jedynak odniósł się też do wysokości, na jakiej podczas zniżania przed lotniskiem w Smoleńsku znajdował się Tu-154M i zderzenia samolotu z brzozą. "Kilometr przed progiem pasa samolot znajdował się momentami poniżej poziomu lotniska (...) nie mieści się to w żadnych standardach. Mówienie o tym, że samolot znajdował się metr nad brzozą czy 10 m nad brzozą, nie ma żadnego umocowania w materiale dowodowym. Dowody, w tym zapisy rejestratorów, nie budzą żadnych wątpliwości: samolot był bardzo nisko, niebezpiecznie nisko, właściwie ocierał się o ziemię zderzając się z przeszkodami terenowymi" - wskazywał Jedynak.

Jak dodał, nie zna pilota, który "podpisałby się pod takim manewrem i powiedziałby, że jest to prawidłowo wykonany manewr - przekroczenie minimalnej wysokości zniżania". "Tak się tego po prostu nie robi. Jeżeli się to robi, to albo jest to wynik błędu lub innych działań" – zaznaczył. "Mówi się o tym, że samolot był bezpieczny, bo był na 20 metrach (wysokości). Jest to absolutnie nieprawda. Na wysokości 20 m samolot jest w skrajnym niebezpieczeństwie, blisko ziemi, zderza się z przeszkodami naziemnymi i to jest dla tego samolotu tak naprawdę najbardziej tragiczny finał" - wskazywał Jedynak.

Odnosząc się do uszkodzeń skrzydła, do których doszło w wyniku zderzenia Tu-154M z brzozą Jedynak wskazał, że dla osób zajmujących się badaniem katastrof lotniczych nie jest nowością konstatacja, że w "zderzeniu z przeszkodą terenową, drzewami, konstrukcja skrzydła ulega zniszczeniu". "Konstrukcja samolotu nie jest przystosowana do zderzeń z takimi przeszkodami" - powiedział. Dodał, że elementy konstrukcji mogą zostać uszkodzone także np. przez zderzenie z ptakiem. Lasek uzupełniając ten wątek przypomniał natomiast, że w brzozie znajdują się fragmenty skrzydła samolotu.

Inny z członków zespołu - Piotr Lipiec - zdementował teorię awarii silników jeszcze przed zderzeniem z przeszkodami terenowymi oraz awarii zasilania, gdy Tu-154M był jeszcze w powietrzu. Mówił, że zapisy rejestratorów oraz dane GPS z systemu zarządzania lotem pracowały do końca i potwierdzają, że ostatnią pozycję samolotu urządzenia zarejestrowały w miejscu, w którym członkowie komisji stwierdzili ślady uderzenia w ziemię. Jak wskazał, zanik zasilania nastąpił więc w momencie, w którym doszło do uderzenia samolotu w ziemię.

Natomiast kolejny z członów zespołu Edward Łojek odniósł się do wypowiedzi Macierewicza, który miał mówić, że na lotnisku Smoleńsk-Siewiernyj przed wizytą premiera Donalda Tuska 7 kwietnia 2010 r. zainstalowano system ILS, który wspomaga lądowanie, a przed wizytą prezydenta Lecha Kaczyńskiego 10 kwietnia go zdemontowano. Pokazując zdjęcia anten systemu ILS, Łojek podkreślił, że są one zbyt duże, by zainstalować je i zdemontować w ciągu jednego dnia.

"Spytaliśmy już 7 maja zespół parlamentarny, który zarzuca komisji Millera sfałszowanie raportu i danych z rejestratorów, o dowody na potwierdzenie tej tezy. Nie dostaliśmy odpowiedzi" – zaznaczył Łojek. Przypomniał też niektóre teorie formułowane przez ekspertów zespołu parlamentarnego – o sztucznej mgle, rozpyleniu helu i "obezwładnieniu samolotu przez zakłócenie pracy przyrządów pokładowych". "Nie komentujemy tego, ponieważ twórcy tych teorii sami już od nich odeszli" - powiedział.

Zespół pod kierunkiem Laska ma przybliżyć opinii publicznej główne przyczyny katastrofy, zawarte w raporcie komisji Jerzego Millera oraz analizować pojawiające się w przestrzeni publicznej hipotezy na temat katastrofy - inne niż ustalone w oficjalnym raporcie. W skład zespołu wchodzą: przewodniczący Maciej Lasek, wiceprzewodniczący Wiesław Jedynak oraz Agata Kaczyńska, Piotr Lipiec i Edward Łojek.

PAP, wP, lz

[fot: PAP/Paweł Supernak]


Warto poczytać

Facebook