Jedynie prawda jest ciekawa

Gorące tematy:

Kolejna próba obciążenia winą załogi Tu-154M

26.04.2012

Załoga Tu-154M miała podejść do 100 metrów i w przypadku braku kontaktu wzrokowego odejść. I tak było. Nie było mowy o lądowaniu. Teraz ten obraz próbuje się zaciemnić i zrzucić winę na lotników

Członkowie komisji Millera znowu wracają w mediach z tezami o błędach pilotów Tu-154M i nieracjonalnej decyzji o lądowaniu. Maciej Lasek kolejny raz forsuje teorię o podejściu załogi do 100 m. w fatalnych warunkach pogodowych i zbyt późno zainicjowanej procedurze odejścia.

- Jako ekspert powinien wiedzieć, że pomiędzy podejściem a lądowaniem istnieje zasadnicza różnica - mówi mjr Andrzej Rozwadowski. - Załoga Tu-154M miała podejść do 100 metrów i w przypadku braku kontaktu wzrokowego odejść. I tak było. Nie było mowy o lądowaniu. Teraz ten obraz próbuje się zaciemnić i zrzucić winę na lotników.

Rozmówca "ND" wyjaśnia także rolę kontrolera lotu. - Kiedy podchodzi się do lądowania według radaru precyzyjnego (RSL) na wojskowych lotniskach na terenie Federacji Rosyjskiej i zdarzy się tak, że znacznik samolotu na wskaźniku kontrolera zejdzie poniżej wyznaczonej linii, to natychmiast pada komenda "odejście na drugi krąg". Wiele razy się z tym spotkaliśmy. I nie było dyskusji. 10 kwietnia 2010 r. rosyjscy kontrolerzy sukcesywnie wprowadzali załogę w błąd, bo tu nie chodzi o jednorazową omyłkę, ale i tak okazuje się, że mogli tylko zaburzyć percepcję pilota. To niedorzeczność. Wiemy, że załoga była utwierdzona w przekonaniu, że wykona podejście do 100 metrów i odejdzie, a wieża nie tyle, że nie pomagała, ale wprowadzała pilotów w błąd. To poważna wada w ich pracy, w moim przekonaniu mająca przełożenie na tragiczne skutki tego lotu, a nie jakieś tam niewinne zaburzenie percepcji - podkreśla pilot.

Major dementuje też interpretację Wiesława Jedynaka, członka komisji Millera, który twierdzi, że jeśli  faktycznie nawigator prawidłowo odczytywał wysokość, to wzmacnia to tezę o błędach załogi, bo nie przebił się z tą informacją i nie przerwał podejścia. - Nawigator w Tu-154M siedział pośrodku za plecami pilotów i jego rolą nie było śledzenie tego, co dzieje się za oknem. Zresztą z tego miejsca nie ma warunków do prowadzenia tego typu obserwacji. Światła podejścia lepiej widzi dowódca lub drugi pilot. Nawigator miał dyktować prędkość, wysokość, słowem: miał skupić się na przyrządach i on to poprawnie wykonywał. Widać jednak, że jest jakaś presja, by znaleźć winnego. Jak się nie udało z gen. Andrzejem Błasikiem, to wraca się do załogi i szuka się na nią kija. A skoro już mowa o obecności generałów w kokpicie i ich wpływie na załogę, to muszę powiedzieć, że w swojej lotniczej karierze nigdy nie zamykaliśmy drzwi do kabiny. A woziliśmy różnych "mądrych", wysokich stopniem, ministrów itd. I tak mamy słuchawki na uszach i nawet jeśli są jakieś uwagi pasażerów kierowane w naszą stronę, to one do nas nie docierają. A jeśli ktoś chce popatrzeć? Niech patrzy! To nie jest powodem do jakiejś wielkiej tremy. Owszem, bywało, że zamykaliśmy drzwi, ale tylko wtedy, gdy mieliśmy świadomość, iż wieziemy szczególnie uciążliwego pasażera, który może nam przeszkadzać - zaznacza mjr Rozwadowski.

Ekspert stawia też komisji Millera pytania dotyczące badania wraku. - Czy dla komisji pracowali pirotechnicy, którzy badali części samolotu, środowisko, w którym nastąpiła katastrofa? Co o nich wiemy? - pyta. Jego zdaniem poza ogólnymi wnioskami płynącymi z tych badań, nie wiemy nic. - Co dokładnie i jak badano, gdzie szukano śladów? Przecież gdyby np. w układzie sterowania faktycznie znajdował się niewielki ładunek wybuchowy, to pozostawiłby minimalny ślad. Takie elementy przy niewłaściwie prowadzonych czynnościach można nawet nieświadomie pominąć. Wróciłbym tu też do remontu samolotu w Samarze. Czy był on przeprowadzany pod czujnym okiem odpowiednich służb? Czy ktoś Rosjanom patrzył na ręce? Przecież gdy samolot został już poskładany, to żadne wnikliwe kontrole nie były już możliwe, a te powierzchowne niewiele dały - podkreśla.

Rozmówca "ND" odnosi się też do niejasnej interpretacji wstrząsów, jakie odnotowały systemy tupolewa, stanowiące dla Jedynaka i Laska ślady zderzeń z pierwszymi przeszkodami i gałęziami. - Jeżeli mamy do dyspozycji zapisy rejestratora, to można z dużą dokładnością określić czas takich wstrząsów, położenie, prędkość, wysokość samolotu. To wszystko można odtworzyć w terenie i jednoznacznie powiedzieć, co było przyczyną wstrząsów. Nie można twierdzić, że to były prawdopodobnie zderzenia z drzewami, ale należy z całą pewnością określić przyczyny wstrząsów. Ale jeśli badania komisji opierają się na prawdopodobieństwie, to może należałoby wrócić do początku? - mówi, wskazując że w raporcie Millera jest zbyt wiele kwestii określanych jako prawdopodobne.

- Minęły dwa lata od katastrofy i trzeba się liczyć z tym, że jeżeli do tej pory czegoś nie ujawniono, nie zbadano, to niestety może się okazać, że taki wysiłek będzie nadaremny. Od samego początku badania tej katastrofy popełniano błędy i w efekcie komisja zdołała ustalić, że pilot, taki jak Arek Protasiuk, który miał za sobą 3,5 tys. godzin za sterami samolotów, który latał w różne egzotyczne miejsca na świecie, nagle zapomniał kunsztu lotniczego. "Nasz Dziennik" poruszał temat instrukcji HEAD, z której wynika, że dowódca statku powietrznego wyznaczony do lotu z VIP-em ma wylegitymować się tysiącem godzin nalotu życiowego. Taki pilot uznawany jest dziś za wystarczająco doświadczonego do wykonania takiego zadania. A wmawia się nam, że bardziej doświadczeni piloci Tu-154M byli nieudacznikami. Przecież mówimy tu o pilotach szkolonych w tych samych Siłach Powietrznych. Wyraźnie widać, że coś się tu nie klei - podsumowuje.

PiKa, Nasz Dziennik

[fot. KBWLLP]

CS143fotMINI

Czas Stefczyka 143/2017

PDF (5,50 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook