Jedynie prawda jest ciekawa

Gorące tematy:

Kaczyński: Idziemy po zwycięstwo

11.06.2012

W Polsce, od czasu gdy upadła dyktatura komunistyczna, demokratyczne wybory parlamentarne odbyły się już siedem razy i mimo że trzykrotnie wygrała je prawica, jej zwycięstwa nie uwolniły Polski od zaszłości PRL-u i od skutków oszukańczej „transformacji", dokonanej u progu III Rzeczypospolitej. Niestety, za każdym razem do pełnego sukcesu brakowało wystarczającej większości w parlamencie, a przymusowe koalicje ograniczały możliwości zwycięzców.

Te trzy doświadczenia jasno pokazały, że do rzeczywistej przebudowy Polski nie prowadzą skomplikowane i oparte na kompromisach koalicje, ale konieczne jest zwycięstwo silnej i odpowiedzialnej partii, posiadającej jasny program oraz zdecydowanych i kompetentnych polityków. Droga do zwycięstwa nie prowadzi przez mnożenie komitetów wyborczych, które uzbierają po kilka procent i razem uzyskają nawet przyzwoity wynik, co jednak nie przełoży się na odpowiednio znaczącą liczbę poselskich mandatów. Ordynacja wyborcza według metody d'Hondta premiuje bowiem większą liczbą mandatów nie małe ugrupowania, lecz przeciwnie – te, które zdobędą największą liczbę głosów.

Opowieści o „dwóch płucach" prawicy, o potrzebie „posiadania koalicjanta" po wygranych wyborach, o wyborcach prawicy, którzy pragną „różnorodności", są nie tylko fałszywe, ale praktycznie przekreślają szansę na przyszłe zwycięstwo. Decyzja o podtrzymaniu istnienia i działania Solidarnej Polski Zbigniewa Ziobry jest kontynuacją prób rozbijania obozu patriotycznego, podobną do tych, z jakimi mieliśmy do czynienia wcześniej, np. w wykonaniu Joanny Kluzik-Rostkowskiej. Ci, którzy taką decyzję ostatnio podjęli, biorą na siebie odpowiedzialność nie tylko za losy obozu szeroko rozumianej prawicy, ale również za losy Polski.

Fałszywe pretensje

Od kilku miesięcy niechętne lub wręcz wrogie nam media twierdzą, że przyczyną rozłamu stały się różnice programowe. To całkowita nieprawda.

Najpierw sprawa tzw. programu Zyty Gilowskiej. W polityce ekonomicznej sztuką jest połączenie prospołecznej postawy z polityką rozwoju oraz utrzymanie, a jeżeli trzeba, to także poprawa, stanu finansów publicznych. Polityka prof. Zyty Gilowskiej, a także śp. Grażyny Gęsickiej, znakomicie realizowała to zadanie. Polska rozwijała się szybko, środki europejskie, przedtem niemal niewykorzystywane, zaczęły być efektywnie i w dobrym tempie wydawane. Poprawiał się stan finansów, bo gdyby liczyć według dzisiejszych reguł, to w 2007 r., po uwzględnieniu 8 mld zł przekazanych na rok następny i mniejszych dopłatach do OFE, budżet byłby w istocie zrównoważony.

Jednocześnie dokonano wielkich transferów prospołecznych, począwszy od dużych kwot przeznaczonych na dokarmianie głodnych dzieci, becikowe, prorodzinny pakiet podatkowy, przywrócenie rewaloryzacji emerytur, wypłacenie dopłat do emerytur najniższych, podniesienie płacy minimalnej, podniesienie różnych dopłat dla rolników, podwyższenie zarobków nisko uposażonych grup pracowniczych (służby mundurowe, służba zdrowia), obniżenie składek, a więc co za tym idzie podniesienie płac, podwyższenie świadczeń społecznych z wielu tytułów. W stronę gorzej sytuowanej części społeczeństwa przesunięto łącznie dziesiątki miliardów złotych.

Inny zarzut rozłamowców dotyczy naszej akceptacji dla traktatu lizbońskiego. Nie był on z pewnością najlepszym rozwiązaniem ani dla Polski, ani dla Europy. Ale nie jest też źródłem dzisiejszego kryzysu Unii Europejskiej, w której przestały obowiązywać jakiekolwiek traktaty tworzące tzw. pierwotne prawo europejskie. Dziś obowiązuje zasada nieukrywanej hegemonii, czyli dominacja największych i najsilniejszych. Złożyły się na to różne czynniki, w tym także, wcale w niemałej mierze, postawa obecnego rządu Polski. Jesteśmy jedynym dużym państwem europejskim, które mogłoby hegemonizmowi się przeciwstawić. Polski rząd zachowuje się jednak tak, jakby Polska była małym i na własne życzenie nic nieznaczącym państwem. Ziobro i jego koledzy, dzieląc i osłabiając prawicową opozycję, udzielają temu znaczącego wsparcia.

W traktacie lizbońskim śp. Prezydent Lech Kaczyński wywalczył dla Polski wszystko, co wówczas było możliwe. Oznaczało to w praktyce przedłużenie o niemal 10 lat sposobu głosowania ustalonego w Nicei i umocnienie procedury sprzyjającej konsensualnemu (czyli za zgodą wszystkich) podejmowaniu decyzji. Ograniczyło też wprowadzenie zasady o wyższości prawa unijnego nad prawem państw członkowskich do stanu wynikającego z orzecznictwa Trybunału Konstytucyjnego. Została też przyjęta zasada, że na podstawie Karty Praw Podstawowych nie mogą być ustalane żadne nowe prawa, które nakładałyby nowe obowiązki na polskie państwo lub polskich obywateli albo też pozwalały naruszać suwerenność Polski w sferze moralnej, kulturalnej lub obyczajowej. Traktat został podpisany, ale gdyby tak się nie stało, i tak zostałby przyjęty, a Polska musiałaby go zaakceptować na znacznie gorszych warunkach.

Jarosław Kaczyński

"Gazeta Polska Codziennie"
[fot.PAP/Andrzej Hrechorowicz]
CS143fotMINI

Czas Stefczyka 143/2017

PDF (5,50 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook