Jedynie prawda jest ciekawa

Gorące tematy:

Jak badano tupolewa przed wylotem?

24.11.2012

W skład grupy dyżurnej BOR, która brała udział w rozpoznaniu pirotechnicznym Tu-154M przed wylotem do Smoleńska, wchodziło dwóch funkcjonariuszy, którzy nie powinni zostać do niej dopuszczeni - ustalił "Nasz Dziennik".

Według gazety chodzi o Krzysztofa D. i Sylwestra P., którzy nie spełniali rygorystycznych wymogów, aby móc pracować ze spektrometrem przy zabezpieczeniu tak ważnej wizyty. Funkcjonariusze BOR dokonujący rozpoznania pirotechnicznego przed wylotami ważnych delegacji powinni pracować w grupie dyżurnej co najmniej trzy lata, przejść specjalistyczne przeszkolenia i znać budowę tupolewa. Krzysztof D. i Sylwester P. nie spełniali wszystkich wymogów.

Rzecznik BOR mjr Dariusz Aleksandrowicz zapewniał niedawno, że samolot został dokładnie sprawdzony przez ekipę ze specjalistycznym sprzętem i psem, skontrolowano wszystkie przejścia i halę odlotów.

BOR nie udzieliło Naszemu Dziennikowi odpowiedzi na pytania o liczbę i skład osobowy grupy dyżurnej przed lotem do Smoleńska 10 kwietnia 2010 r. zasłaniając się utajnieniem danych funkcjonariuszy. Zastanawiający jest wobec tego fakt, że ten sam rzecznik w rozmowie z jedną z gazet poinformował, że w skład tej grupy nie wchodził zmarły w Kazachstanie funkcjonariusz Adam A.? Wygląda na to, że tajność danych zależy od tego, kto o nie pyta.

- Jeżeli się potwierdzi, że w czynnościach sprawdzeń pirotechnicznych (mówię tu o sprawdzeniu Tu-154M) brały udział osoby, które nie miały do tego typu czynności uprawnień, to jest to wątek, który powinien być zbadany w trybie najszybszym przez prokuraturę, gdyż jak wiemy, BOR ma zapewnić bezpieczeństwo najważniejszym osobom w państwie, a przede wszystkim panu prezydentowi - mówi w rozmowie z "Naszym Dziennikiem" płk rez. Andrzej Pawlikowski, szef Biura Ochrony Rządu w latach 2006-2007.

O kwalifikacje oficerów pyta też mec. Bartosz Kownacki. Prawnik podkreśla, że na podstawie protokołów z przesłuchań funkcjonariuszy BOR można odnieść wrażenie, że kontrola pirotechniczna Tu-154M nie była szczególnie wnikliwa.

- Tak jakby przeszli się po tym samolocie z psem i wyszli. Jeżeli w takiej grupie znajdowały się osoby bądź nieuprawnione, bądź z jakichś względów niemogące wykonywać tych czynności, to jest sytuacja dowodząca, że BOR (co potwierdziła sama katastrofa) jest atrapą służby, a nie służbą, która rzeczywiście ochrania najważniejsze osoby w państwie - mówi Kownacki.

Przypomnijmy, że szef BOR Marian Janicki już po katastrofie został awansowany do stopnia generała.

naszdziennik.pl/run

fot. wikipedia

CS139fotoMINI

Czas Stefczyka 139/2017

PDF (4,73 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook