Jedynie prawda jest ciekawa

Gorące tematy:

Gorzka radość

10.06.2012

Radość z Mistrzostw Europy byłaby z pewnością pełniejsza, gdyby nie wielka afera z rozliczeniem budowy głównej polskiej areny turnieju. Prace nad Stadionem Narodowym zakończyły się skandalem: upadłością firmy PBG, której nie zapłacono za wykonane prace, plajtą części podwykonawców i ogromnymi długami rządowego inwestora. Jak ocenia „Rzeczpospolita”, „rozwikłanie błędów popełnionych przy budowie to dziś bardziej sprawa dla wymiaru sprawiedliwości niż zwykłych biznesowych rozliczeń”.

Narodowe Centrum Sportu, które zleciło tysiące prac dodatkowych, nie domknęło bilansu. Rozliczenia pokazują, że NSC winne jest wykonawcom jeszcze 400 mln złotych. – Presja Euro była tak wielka, że nikt z nas nie pytał, czy zapłacą nam za ekstraczynności. Wydawało nam się wtedy, że nie ma pewniejszej kasy niż rządowego inwestora. Wyszliśmy na łatwowiernych frajerów – mówi w rozmowie z „Rz” jeden z właścicieli dużej firmy, która od miesięcy czeka na zapłatę.

Pracownicy Hydrobudowy nie kibicowali wczoraj na trybunach podczas meczu otwarcia. Mówią, że trudno świętować, gdy ma się przed sobą wizję upadku firmy i utratę pracy.

Firma, która wybudowała trzy stadiony na Euro – w Warszawie, Poznaniu i Gdańsku oraz dwa odcinki A2 i A1 – złożyła przed trzema dniami wniosek o upadłość układową. Jak stwierdził Krzysztof Woch rzecznik Hydrobudowy SA, budowa każdego kolejnego stadionu była finansowym schodzeniem w dół: „Na stadionie w Poznaniu zarobiliśmy, w Gdańsku nie straciliśmy, Narodowy w Warszawie nas rozłożył”.

Stadion Narodowy, sfinansowany w całości z budżetu państwa,  miał kosztować 1,95 mld zł. Na chwilę obecną wydano na niego 250 mln zł więcej, a z szacunków Hydrobudowy wynika, że NCS powinno zapłacić jej jeszcze ok. 120 mln zł za wykonane prace dodatkowe, dotyczące głównie instalacji elektrycznych i gazowych. Jeśli doliczyć do tego prace podwykonawców, koszty materiałów i nakłady generalnego wykonawcy, dodatkowe koszty sięgają ok. 400 mln zł. NCS pieniędzy nie ma.

Presja na budowę i planowe ukończenie prac była ze strony NCS potężna. Roboty trwały całą dobę i prowadzone były przez 2 tysiące robotników. W trakcie zaawansowanych robót okazało się, że niezbędne są korekty, bo projekt jest mocno niedopracowany. Opóźniało to prace i generowało koszty, ale NSC uspokajało, że za wszystko zapłaci. Jak relacjonują wykonawcy, pracowali by wykonać zlecenie na czas. – Kapler dawał nam na spotkaniach gwarancję zapłaty, takie „gentleman's agreement". Że musimy się postarać zdążyć na Euro ze stadionem, a potem siadamy do rozmów i rozliczamy każdą fakturę – opowiada ”Rz” uczestnik takich spotkań.

NCS zlecało prace dodatkowe, choć wiedziało, że nie ma na to pieniędzy. Wśród licznych, niespodziewanych wydatków znalazła się np. wymiana murawy na wniosek UEFA za dodatkowe 1,2 mln zł.

Rafał Kapler, szef Narodowego Centrum Sportu, na trzy miesiące przed oddaniem Stadionu Narodowego niespodziewanie złożył dymisję. Oprócz dymisji złożył także wniosek o wypłatę premii w wysokości ponad 570 tys. zł, którą gwarantowała mu umowa podpisana przez byłego ministra sportu Mirosława Drzewieckiego.

Z dzisiejszej perspektywy, wiele oczekujących na wypłatę należności firm, uważa że była to ucieczka przed odpowiedzialnością. Jak przypomina „Rz”, stadion do dziś nie został formalnie odebrany. – Jest mnóstwo nieodebranych prac na stadionie, który jakimś cudem dostał pozwolenie na użytkowanie – mówi jeden z podwykonawców.

Podwykonawcy pracujący przy budowie to kilkaset firm wykonawczych zatrudniających od kilkunastu do kilkuset pracowników. – Ich obroty to od kilku do kilkudziesięciu milionów zł na rok i brak pieniędzy rzędu 5 – 10 proc. ich rocznego obrotu. To utrata płynności i wielkie problemy, które mogłyby się kończyć redukcjami lub likwidacją wielu przedsiębiorstw – tłumaczy jeden z właścicieli takiej firmy. W ubiegły piątek zdecydowali, że zablokują wjazd na stadion, jeśli nie dostaną gwarancji zapłaty. NCS w środę ugięło się pod groźbą blokady stadionu i zobowiązał się, że po weryfikacji faktur podpisze umowy z podwykonawcami.

Pod koniec tygodnia sprawa przybrała nowy obrót. NCS zażądało nieoczekiwanie od Hydrobudowy zapłaty ponad 300 mln zł tytułem kar umownych za niedotrzymanie terminów. Hydrobudowa zagroziła NCS sądem.

- Podczas ostatnich rozmów z Zarządem NCS poinformowano nas, że NCS nie dysponuje już praktycznie żadnymi środkami finansowymi na zapłatę za wykonane roboty (mógłby przeznaczyć na to maksymalnie 5 mln zł). Wyrażamy głębokie zaniepokojenie tym faktem. Z tego wynika bowiem, że NCS, zgłaszając ponad 15 tys. zmian projektowych i zlecając wynikające z nich roboty dodatkowe i zamienne, nie było finansowo przygotowane do uregulowania płatności za nie - oświadczył Zarząd Hydrobudowy w rozesłanym w piątek komunikacie.

NCS, które dziś jest operatorem stadionu, musi szybko znaleźć pieniądze dla zdesperowanych podwykonawców. W piątek rozesłało im wzór umowy. Okazało się, że mimo obietnic nie ma w nich gwarancji zapłaty kaucji zatrzymanych przez głównego wykonawcę. Chodzi o 10 proc. na gwarancję i rękojmię - informuje dziennik.

Z informacji prasowych wynika, że poszkodowani podwykonawcy nie wykluczają blokady stadionu podczas mistrzostw.

mall, Rzeczpospolita
[fot. PAP/G. Jakubowski]

Słowa kluczowe:

Stadion Narodowy

,

NCS

,

Upadłość

CS139fotoMINI

Czas Stefczyka 139/2017

PDF (4,73 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook