Jedynie prawda jest ciekawa

Gorące tematy:

BOR na sterydach. Biuro pełne nieprawidłowości.

14.06.2012

Sterydy, niezdrowa żywność i woda, brak dyscypliny i nadzoru przełożonych – to realia, w jakich żyją funkcjonariusze BOR, służący na placówkach zagranicznych. O sprawie pisze „Nasz Dziennik”.

Gazeta przytacza historię jednego z funkcjonariuszy, który wylądował w szpitalu w Ramstein w Niemczech. Przy tej okazji okazało się, że nie udało się szybko podjąć decyzji o jego przeniesieniu z Kabulu do Niemiec na leczenie. „Nasz Dziennik” zaznacza, że mężczyzna na leczenie trafił w ciężkim, stanie, gdy był już sparaliżowany. Cierpiał na zakrzepicę, ale kierownictwo Biura nie podejmowało decyzji o jego przewiezieniu do Niemiec.

Rzecznik BOR zaznacza w gazecie, że pomoc została udzielona funkcjonariuszowi najszybciej, jak było to możliwe. Rzecznik nie chce jednak zdradzić, na co cierpiał żołnierz BOR. Zdaniem „ND” była to zakrzepica. Okazuje się, że to częsty przypadek wśród funkcjonariuszy Biura służących za granicami kraju.

Zdaniem byłych funkcjonariuszy Biura, wśród ludzi służących w BOR częste są przypadki nadużywania sterydów. A one mogą powodować właśnie zakrzepicę. Dr Anna Gręziak zaznacza, że żołnierze często sięgają po sterydy, by mieć duże przyrosty masy mięśniowej.

- Ani w Warszawie, ani w Kabulu nikt tego procederu nie kontroluje – mówi „ND” funkcjonariusz, który służył w zagranicznych misjach.

Z wiadomość „ND” wynika, że w placówkach zagranicznych BOR brakuje kontroli i nadzoru centrali. - Na przykład w składzie broni w Islamabadzie jest bimbrownia. To jest temat rzeka. Firmę interesuje jedno: wysłać ludzi na placówkę. Potem nikt nie przejmuje się, jak i w jakich warunkach funkcjonują - czytamy w gazecie.

Dramatyczne są też często warunki zamieszkania oraz stan żywności, jaką podaje się żołnierzom. Na wyżywienie brakuje pieniędzy, a warunki lokalowe są często szokujące. Do niedawna w Kabulu tuż pod oknami pokojów, w których śpią borowcy, była studzienka kanalizacyjna. Gdy wybijało szambo, przy wysokiej temperaturze, funkcjonariusze byli skazani na wdychanie trujących oparów.

Były szef BOR płk rez. Andrzej Pawlikowski sytuacją w BOR jest oburzony. W jego ocenie stanem placówek powinna zająć się Najwyższa Izba Kontroli. – Od pewnego czasu do opinii publicznej dochodzą bardzo niepokojące informacje o braku właściwego nadzoru przez kierownictwo BOR nad realizacją zadań ochronnych na placówkach zagranicznych o podwyższonym ryzyku. Tym bardziej są to informacje niepokojące, gdyż w głównej mierze – poza ustawowymi zadaniami BOR – dotyczą one bezpieczeństwa samych funkcjonariuszy tej formacji, którzy z narażeniem zdrowia i życia muszą sobie jakoś radzić z bieżącymi trudnościami tam, na miejscu. Jak donoszą sami funkcjonariusze, trudności te są związane w głównej mierze z logistyką. A ściślej mówiąc, z niewystarczającym zapleczem logistycznym, które w mojej ocenie powinno być w tamtych rejonach zdecydowanie zapewnione na poziomie gwarantującym bezpieczne funkcjonowanie – mówi Pawlikowski. – W związku z tym, że jest to któraś z kolei niepokojąca informacja, jako były funkcjonariusz i szef tej formacji jestem zmuszony za pośrednictwem mediów zwrócić się z prośbą i apelem do Najwyższej Izby Kontroli o przeprowadzenie rzetelnej kontroli w BOR pod kątem zabezpieczenia placówek dyplomatycznych w rejonach o podniesionym ryzyku, a co za tym idzie – także sprawdzenie właściwego nadzoru przez powołane do tego celu kierownictwo BOR – wskazuje Pawlikowski.

Więcej w „Naszym Dzienniku”.

KL
[Fot. Wikipedia.pl]

Warto poczytać

Facebook