Jedynie prawda jest ciekawa

Gorące tematy:

Bankruci z winy państwa

10.05.2012

Zostałem oszukany przez DSS i przez rząd – mówi z goryczą Marek Szymczak, przedsiębiorca ze Słupska. – Uważałem budowę autostrady za działanie nie tylko biznesowe, ale i patriotyczne. A teraz grozi mi, że jeśli do 18 maja nie zapłacę kilkuset tysięcy złotych podatków i kar, to zostanę zlicytowany, i jeśli nie wystarczy moich dóbr osobistych, aresztują mnie.

Martom, firma pana Marka, to przykład, który ukazuje mechanizm autostradowej katastrofy. Na autostradzie A2 na odcinku Stryków–Konotopa Martom wykonywał prace na zlecenie firmy Dolnośląskie Surowce Skalne SA, która otrzymała od rządu kontrakt po wycofaniu się z budowy Chińczyków. Budował i wykończał przepusty dla zwierząt pozostawione przez poprzedników w różnym stopniu zaawansowania.

Kontrakt z DSS na podstawie umowy z Generalną Dyrekcją Krajową Dróg i Autostrad Martom podpisał we wrześniu 2011 r. Od tamtej pory, pracując na A2, pan Marek widywał rodzinę zaledwie przez kilka godzin co dwa tygodnie. – Pracowaliśmy 24 godz. na dobę przez 7 dni w tygodniu, także w święta – mówi pan Marek. – Daliśmy z siebie wszystko, by te drogi na Euro powstały, a zostaliśmy oszukani.

Termin wykonania określono na październik 2012 r. Z należnych 3 mln zł zapłacono mu dotąd mniej niż jedną trzecią. DSS od kilku już miesięcy nie płacił i zwodził podwykonawców, którzy musieli przecież na bieżąco płacić robotnikom, dostawcom, jak też opłacać podatki i ZUS. Pan Marek jest teraz zadłużony i – nie sumując kar naliczanych przez urzędy – jest im winien już 1,4 mln, m.in. za VAT i ZUS. A kary w tej chwili to kilkadziesiąt tysięcy złotych. – Już nawet przestałem liczyć. Wiem tylko, że jest tego bardzo dużo – mówi załamany.

Martom był tylko jednym z wielu zaangażowanych przez DSS podwykonawców. Firm, które starają się odzyskać stracone pieniądze i są w podobnej sytuacji, jest aż 70 tylko na tym jednym odcinku A2. To dostawcy materiałów, sprzętu, przewoźnicy i inni podwykonawcy. Zatrudniają czy raczej zatrudniali razem kilka tysięcy pracowników. Martom zatrudniał 200 osób. Obecnie ma tylko 20.

Jeden ze zwolnionych pracowników nie mógł utrzymać rodziny, odcięto mu prąd. Znalazł się w tak dramatycznej sytuacji, że chciał popełnić samobójstwo. Gdy zadzwoniła jego zrozpaczona żona, pan Marek nie zastanawiał się długo, wsiadł w samochód i przejechał kilkaset kilometrów, aby zawieźć mu 700 zł i uratować życie.

Gdy przedstawiciel państwa, minister Nowak wizytował budowę, zażądano od firmy, by przemieszczała pracowników z miejsca na miejsce, żeby było widać, że praca wre, i kamery mogły go pokazać na tle trwających robót. – Wstydzę się teraz, że brałem w tym udział – mówi pan Marek. – Ale takie było polecenie i trudno było się sprzeciwiać.

Zgodnie z umową GDDKiA zobowiązana jest w zastępstwie zlikwidowanego sądownie DSS-u do zapłacenia Martomowi zaległych kwot. Nie kwapi się jednak do tego, wynajdując rozmaite preteksty. – Powstała kuriozalna sytuacja – mówi pan Marek. – Instytucja rządowa nie płaci mi należnych pieniędzy, a z drugiej strony inne urzędy żądają, abym zapłacił podatki za faktury, za które nie dostałem ani grosza. Nie mam już skąd i z czego płacić. Włożyłem w tę budowę swoje 500 tys. zł, ryzykowałem mieniem rodziny, a teraz urząd skarbowy uznaje mnie za przestępcę karno-skarbowego. I to mimo że wziąłem kredyty, żeby móc płacić na bieżąco podatki, bo chciałem być w porządku.

Niezalezna.pl/Gazeta Polska
[fot. PAP/DPA]

CS145fotMINI

Czas Stefczyka 145/2017

PDF (8,85 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook