Jedynie prawda jest ciekawa

Żurawski vel Grajewski: Na Ukrainie nie będzie uczciwego kompromisu

31.01.2014

Prezydent Wiktor Janukowycz podpisał dziś ustawę amnestyjną i ustawę anulującą antydemokratyczne przepisy. O sytuacji na Ukrainie rozmawiamy z Przemysławem Żurawskim vel Grajewskim.

Stefczyk.info: Czy pana zdaniem dzisiejsze decyzje to wystarczające ustępstwo, by zadowolić Majdan, czy też opozycja nie ustanie, aż prezydent poda się do dymisji?

Przemysław Żurawski vel Grajewski: Ustawa amnestyjna jest propozycją dalece niesatysfakcjonującą. Warunek opuszczenia budynków i ulic oznacza demobilizację sił opozycyjnych i to jedyny powód dla których Janukowycz prowadzi negocjacje. To tak jakby mówił: przestaniecie istnieć, to wtedy będziemy negocjować dalej. To jest oczywiście niepoważna oferta.

Natomiast co do zniesienia praw z 16 stycznia to jest oczywiście krokiem w dobrym kierunku. Mieliśmy jeszcze wczoraj zupełnie inną sytuację. To wisiało jako rozwiązanie zawieszone przez Janukowycza, które Rada Najwyższa wprawdzie już przegłosowała, zresztą w ograniczonego warunkach buntu 52 posłów, klientów Rinata Achmetowa, co jest ważnym sygnałem załamywania się spoistości obozu oligarchów popierającego Janukowycza.



Co może się teraz wydarzyć?

Uważam, że na Ukrainie nie będzie uczciwego kompromisu. Albo prezydent będzie prowadził manewry zmierzające do podziału opozycji - podziału Majdanu na mniej  i bardziej radykalny: część przekupi, część zastraszy, część oszuka, a niezłomnych złamie siłą. To jeden ze scenariuszy. Drugi jest taki, że załamie się poparcie oligarchów dla Janukowycza, który jest emanacją tego obozu i który został wybrany po to, żeby zaspokajał ich interesy. A polityczny interes oligarchów polega na spokoju w kraju, braku izolacji ze strony Rosji, braku izolacji od Zachodu. Trzeba pamiętać, że pieniądze oligarchów ukraińskich są umieszczane na Zachodzie. Oni tam przecież używają życia, nie w Rosji.

W związku z tym wiszący nad nimi w razie rozwiązania siłowego zakaz wizowy i zamrożenie kont jest instrumentem potencjalnego nacisku zachodu na tychże oligarchów. Oni nie życzą sobie takiego scenariusza. Rosja wykonała swoja część nacisku, czyli latem wprowadziła swoje obostrzenia celne na granicy z Ukrainą. To pchnęło oligarchów ukraińskich w kierunku antyeuropejskim, stąd odwrót od umowy stowarzyszeniowej. I teraz jest czas na kontrakcję Zachodu, który jednak nie jest jednolity. To nie jest dowodzona jednoosobowo przez Putina Rosja, która jest w stanie manewrować sprawnie. W Unii Europejskiej są rozmaite interesy. Większość dużych państw unijnych Francja, Włochy, Hiszpania - to przecież lobbies śródziemnomorskie. Ich Ukraina interesuje tak jak nas Algieria czy Maroko, czyli niewiele.

Rozstrzygający będzie głos Niemiec. To wyklaruje się w najbliższych dniach. Dopiero co mieliśmy powstanie wielkiej koalicji. Kręgi CDU z kanclerz Merkel na czele od czasu konfliktu o banki cypryjskie są w stanie głębokiego wychłodzenia stosunków z Rosją. Natomiast nowym ministrem spraw zagranicznych został Frank Steinmeier, jeszcze z czasów Schroedera, ówczesny minister spraw zagranicznych. To jest sygnał dość niepokojący. I kolejny znak zapytania. Na ile tradycyjny przeważający wpływ urzędu kanclerskiego w warunkach wielkiej koalicji - będzie zachowany? Dopiero w ostatnich dniach ten rząd został "dopięty" i jest jeszcze za wcześnie, żeby powiedzieć jaki ten rząd przyjmie kurs w stosunku do Rosji.


Dziś ukazał się sondaż z którego wynika, że większość Niemców jest przeciwna angażowaniu się UE w sprawy Ukrainy...

W Europie nikt w ogóle nie jest ochotnikiem do starcia politycznego z Rosją o cokolwiek. I musimy mieć świadomość, że to jest nasz polski interes. Także litewski, łotewski, estoński, rumuński. Natomiast oczywiście nie francusko-niemiecki, czy włosko-hiszpański. Dlatego w tym strategicznym starciu o losy Ukrainy, czy także Mołdawii - bo trzeba pamiętać, że Ukraina jest tu państwem rozstrzygającym - gra nie toczy się tylko o Kijów. Zwycięstwo kierunku prozachodniego będzie rozstrzygało o bezpiecznym, prozachodnim kierunku również w Mołdawii - inaczej Mołdawia będzie także wstrząsana naciskami Rosji - i może mieć znaczenie, choć nie musi dla sytuacji na Białorusi, itd.

Ale to Ukraina jest krajem rozstrzygającym soim potencjałem. Jest to 45-milionowy naród - jego kurs prozachodni lub prowschodni rozstrzyga o tym, kto wygrywa w regionie.



A co teraz okazałoby się skuteczniejsze sankcje wobec oligarchów, czy też poszerzenie oferty w stosunku do tego co zaoferowano w Wilnie?


Na to pytanie też nie da się odpowiedzieć wprost. Po pierwsze groźba sanckcji powinna być jak najbardziej realna. W obliczu sygnałów buntu części oligarchów - Achmetowa i Firtasza, wprowadzenie sankcji dziś może być przedwczesne, ale ich automatyzm powinien być jasny. To znaczy, jeśli dojdzie do uderzenia sił policyjnych na Majdan i jego siłowej pacyfikacji, to ogłoszone teraz sankcje powinny w takiej sytuacji na pewno nastąpić. Innymi słowy, celem tej konstrukcji powinno być stworzenie instrumentów presji polityczno-psychologicznej na oligarchów, aby oni mieli świadomość, że jeśli poprą rozwiązanie siłowe, to z całą pewnością zapłacą za to cenę w postaci zakazu wizowego i zamrożenia funduszy w bankach zachodnich.

Powinna też zostać ogłoszona lista komendantów oddziałów siłowych wiernych Janukowiczowi, tych, których da się zidentyfikować przy pomocy ukraińskiej pozycji. Ci, którzy są odpowiedzialni za dotychczasowe akty przemocy powinni już dostać zakazy wizowe, a reszya powinna mieć to zawieszone jak miecz Damoklesa i 100-procentową pewność, że w razie uderzenia na Majdan natychmiast oni i ich rodziny otrzymują taki zakaz.

Drugą kwestią jest stworzenie programu pomocy dla Ukrainy po ewentualnym zwycięstwie opozycji i stworzeniu rządu, nazwijmy "majdanowego". To jednak jest plan marzeń, to nie jest plan w sytuacji, której się spodziewam. Ja sądzę, że tak nie będzie - Unia Europejska jest pogrążona w kryzysie  strefy euro i nie znajdą się pieniądze w UE ani wola polityczna na stworzenie programu finansowego, który miałby skalę umożliwiającą oczekiwania, że wpłynie na realia ukraińskie.

W związku z czym sądzę, że polska dyplomacja powinna podjąć w tym zakresie szersze działania, niż tylko unijne. Stawiałbym na dwie możliwości. Jedna wiąże się być może z konfliktem, na który należałoby się przygotować - Polska przeznaczyło 6 mld 270 mln euro na stabilizację strefy euro przy okazji podpisywania Paktu fiskalnego w zamian nie uzyskując nawet stałego miejsca obserwatora na szczytach Grupy Euro. A skoro cały fundusz stabilności miał mieć 700 mld euro, teraz pewnie ma jeszcze więcej, to ten polski wkład jest nieistotny - czy on będzie, czy nie, to stabilność euro od tego nie zależy. Natomiast 6 mld 270 mln euro jako początek składki na pomoc dla przyszłego, nie obecnego rządu Ukrainy to będzie znaczący wkład. Nie wystarczający - Polska sama nie jest tego zapewnić, ale po raz pierwszy możemy wystąpić w innej sytuacji niż dotąd, bo dotąd polska polityka na forum unijnym polegała na eksploatacji takiej konstrukcji myślowej: my Polacy mamy świetny pomysł, a wy, Unia Europejska zapłaćcie za jego realizację. A teraz po raz pierwszy mielibyśmy szansę wystąpić pod hasłem "dajemy istotną część wkładu, kto się do nas przyłączy?".

I trzeba oczywiście zgłosić się w tej sprawie do Kanady - która już wprowadziła sankcje wizowe przeciwko zapleczu Janukowicza. To jest kraj, o czym należy pamiętać, gdzie ukraińska mniejszość stanowi trzecią grupę etniczną, po anglosaskiej i francuskiej i dlatego Kanada od okresu międzywojennego zawsze się interesowała sprawami ukraińskimi, była drugim na świecie, po Polsce, państwem, które uznało niepodległość Ukrainy w 91 r. Trzeba też zwrócić się o raczej symboliczne sumy do krajów bałtyckich - ale tu chodzi o efekt polityczny czy do znacznie bogatszych Skandynawów.


not. ansa
[fot.  PAP/EPA]

Zainteresował Cię artykuł? Znajdź nas na facebook.com/stefczyk.info?fref=ts" target="_blank">Facebooku!
CS150MINIfot

Czas Stefczyka 150/2017

PDF (4,60 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook