Jedynie prawda jest ciekawa

Ziemiec: w Wigilię narodziłem się na nowo

24.12.2011

Dziennikarz TVP Krzysztof Ziemiec dla Stefczyk.info i wPolityce.pl opowiada o Bożym Narodzeniu w dzieciństwie i wspomina szczególne Święta przed dwoma laty, kiedy po ciężkim wypadku wrócił do pracy.

Mam pewien kłopot z Bożym Narodzeniem, bo z jednej strony są to bardzo ważne Święta, bardzo polskie, rodzinne, ciepłe, czas, w którym wszyscy sobie wybaczają. Ale z drugiej strony są bardzo mocno zdesakralizowane, zrytualizowane. I mam wrażenie, że wszyscy sobie życzą, wszyscy się ze wszystkimi łamią, jest tona uśmiechu – często sztucznie przyklejonego, nawet w gronie własnej rodziny – a tak naprawdę wszystko jest tylko na chwilę, na ten jeden wieczór. Co roku zastanawiam się, czy to ma sens.

Wstąpiłem niedawno do kościoła na obrzeżach miasta, w środku dnia. Byłem w nim sam. Unosił się zapach świec, kadzideł. Myślałem o tym, że przecież to są dni radości z narodzin tego, który nas ostatecznie wyzwoli. Święta, które dają nadzieję, że te nasze codzienne troski, zmartwienia są właściwie niczym, bo przyjdzie ten, który nas ze wszystkiego uzdrowi. W sensie dosłownym i dalekosiężnym. Jeśli włoży się trochę wysiłku, to można cały ten rytuał, w który Boże Narodzenie obrosło i całą tę konsumpcyjną i marketingową otoczkę oddzielić od tego, co najważniejsze.

Ja jako facet, który – jak to się przyjęło – idzie do lasu i przynosi mięso, nie za bardzo mam czas na domowe obowiązki. Trochę mi z tym źle, ale niestety nie mam dwóch prawych rąk do kuchni. Do moich obowiązków należy kupno choinki – tym razem zrobiliśmy to tydzień przed Wigilią z dziećmi. Najbardziej cieszył się najmłodszy potomek, który zaraz zabrał się za obcinanie zbędnych gałęzi i ubieranie drzewka, co było jego największym marzeniem od wielu dni. Większość przygotowań jest w rękach żony i córek, bo są w tym dużo lepsze. Na dwa dni przed Wigilią gotowe były pierogi, kapustka, piernik i parę innych rzeczy.

Lubię też Wigilię z tego względu, że – od dziecka tak robiłem – od rana poszczę. W dzieciństwie mi to doskwierało, ale teraz z czystą rozkoszą odmawiam sobie wielu rzeczy. Ta kolacja smakuje wówczas zupełnie inaczej. Mam wrażenie, że w dzisiejszym świecie za mało sobie odmawiamy.

Kiedyś zapytano mnie, jak wspominam zapach Świąt z dzieciństwa. A ja nie pamiętam żadnego zapachu, bo gdy byłem dzieckiem, naprawdę bieda doskwierała. Pamiętam zapach szynki, której zwykle nie było, a na święta mama potrafiła jakoś ją zdobyć. Z zazdrością więc czasami wsłuchuję się we wspomnienia różnych gwiazd, które mówią o lepieniu pierogów, kapuście itd. Z dzieciństwa dobrze pamiętam Wigilię roku ‘81, kiedy musiałem stać cały dzień w kolejce, żeby zdobyć drzewko świąteczne. Były wówczas tylko trzy punkty w Warszawie, gdzie można było je kupić. Pojechałem z Mokotowa na ul. Bema na Wolę, wróciłem tramwajem z wielka choinką i byłem przeszczęśliwy, jakbym upolował dzika na Święta.

Zazdroszczę też trochę artystom muzycznym wspomnień wieczoru wigilijnego jako rozśpiewanego kolędami wykonywanymi całą rodziną. Żałuję, że w naszej rodzinie tej muzykalności nie było. Chyba w ogóle jesteśmy w sporej części narodem umuzykalnionym, a szkoda, bo to jest wyjątkowy, jedyny wieczór, kiedy aż chce się te wszystkie kolędy wyśpiewać, a jakoś nie potrafimy i nie chcemy. Mam nadzieję, że dzięki moim dzieciom, które stawiają pierwsze kroki przy pianinie, za parę lat będziemy mogli całą rodziną śpiewać.         

W te święta wyjątkowo nie pracuję. Jak pamiętam, wcześniej w radiu, a potem w telewizji zwykle choć jeden świąteczny dzień spędzałem w pracy. Cieszę się, że w tym roku jest inaczej, bo zyskają na tym moi bliscy. Do końca życia będę wspominał wyjątkową Wigilię w pracy, kiedy w 2009 roku wróciłem do „Wiadomości”. Czekałem na narodzenie Chrystusa, a przy okazji sam odradzałem się po długiej nieobecności zawodowej. Ten dzień był dla mnie tak ważny i miałem wówczas taką tremę, że nie byłem w stanie spokojnie wysiedzieć. Wypiliśmy koło południa po filiżance barszczu z dziećmi. Wyszedłem do redakcji, po drodze odwiedzając szpital, w którym dostałem bardzo dużo dobrego. Chciałem przyjść do sióstr, połamać się z nimi opłatkiem i tak się złożyło, że siostry tego dna też miały dyżur. Byłem bardzo rad, że mogłem je spotkać, popłynęły nawet łzy wzruszenia i pojechałem szybko do pracy. W redakcji byłem potwornie zestresowany tym, co może nastąpić.

Wiedziałem, że to będzie ważny dzień dla mnie i dla wielu ludzi, którzy włączą telewizor choćby po to, żeby zobaczyć czy ten facet jeszcze się coś potrafi, jak wygląda. Wiedziałem, że każda pomyłka z mojej strony może być odebrana jako dowód na to, że się już do niczego nie nadaję. Wyszło chyba całkiem dobrze, bo miałem później sygnały od osób, które nigdy tego dnia nie włączają telewizora, a wówczas włączyły tylko po to, żeby mnie zobaczyć i wiem, że przeżyły coś w rodzaju wzruszenia. Ten dzień był też dla nich w jakiś sposób szczególny.

Krzysztof Ziemiec

 

[Fot. Mik]
CS147fotMINI

Czas Stefczyka 147/2017

PDF (5,87 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook