Jedynie prawda jest ciekawa

Szumilas - kompletny brak strategii edukacji

15.10.2012

W ramach nowej ofensywy propagandowej premiera Donalda Tuska, dziś na front została rzucona minister edukacji Krystyna Szumilas. Podczas niezwykle długiej konferencji, razem z ministrem pracy Władysławem Kosiniakiem-Kamyszem przedstawiła kilkadziesiąt liczb i dat, które miały być potwierdzeniem zamierzeń rządu zapewnienia wszystkim dzieciom wychowania przedszkolnego oraz dotyczących planów cyfryzacji nauczania. O komentarz do tej konferencji i planów edukacyjnych rządu poprosiliśmy Piotra Zarembę, publicystę Uważam Rze i wPolityce.pl.

Mizeria tych zapowiedzi minister edukacji jest pochodną faktu, że w zasadzie edukacja jako temat nie pojawiła się w ogóle w samym expose Donalda Tuska. Jedynym właściwie wątkiem, który Tusk z szeroko rozumianego resortu edukacji przywołał to był temat przedszkoli i ten wątek minister Szumilas rozwija. Obiecuje za premierem, że wszystkie dzieci będą objęte opieką przedszkolną, ale ja to traktuję jako deklarację intencji.

Skądinąd nie chciałbym z kolei, żeby edukacja przedszkolna od trzeciego roku życia była elementem przymusu państwowego, tak, jak nie uważam, żeby edukacja szkolna sześciolatków była czymś szczęśliwym, ale jeśli założyć, że każde dziecko ma prawo bycia w przedszkolu - to jest to słuszna zasada, ale ja się pytam, skąd będą na to brane pieniądze?

Natomiast wszystkie pozostałe zapowiedzi są niesłychanie mizerne - obietnica cyfryzacji szkoły - tu można zadać pytanie: co jest ważniejsze - czego uczymy w szkole, czy przy pomocy jakich narzędzi uczymy? Minister zapowiada bez żadnych konkretów techniczne ułatwienia w dostępie dzieci i młodzieży do komputerów, internetu i e-podręczników, ale to jest tylko zapowiedź jakiejś zmiany w metodzie, a nie czego mamy uczyć - w jakich proporcjach. To już zostało przesądzone w zmianach przeprowadzonych przez poprzednią minister Katarzynę Hall i to były złe zmiany. To, że teraz na te złe zmiany zostanie nałożona taka błyskotka w postaci rozdawanych laptopów czy lekcji przy pomocy Internetu, mnie nie satysfakcjonuje. Uważam, że w przypadku takich rozwiązań jest tyle samo zalet co niebezpieczeństw.

I wreszcie trzeci punkt jej priorytetów - dotyczący bezpiecznej szkoły - jest już czystą magią. Jej przypomnienie, że obecny rok szkolny jest ogłoszony rokiem bezpiecznej szkoły jest rodzajem magicznego zaklęcia. Nawet jeśli coś nazwiemy rokiem bezpiecznej szkoły, nie oznacza, że takim rokiem będzie, bo w ostatnich latach nastąpiło bardzo duże pogorszenie stanu bezpieczeństwa w polskich szkołach. Mnożą się na rozmaitych poziomach przypadki przemocy na terenie szkoły i mam wrażenie, że tutaj należałoby raczej iść drogą, którą proponowała poprzednia koalicja, tzn. ostrożnie stosowanych, ale jednak restrykcji. Przypomnę tylko pomysł ministra Giertycha, że takie najbardziej patologiczne, czy najmniej rokujące jednostki, będą mogły być przenoszone do specjalnych placówek opiekuńczo-wychowawczych. Z tej drogi obecny rząd zszedł, dobrze, ale oczekuję, że poza zapowiedzią, że dyrektorzy będą dysponowali jakimiś materiałami, informacjami, będą wiedzieli jak docierać do policji - to są rzeczy uboczne i techniczne - zostaną im zaproponowane jakieś rozwiązania bardziej konkretne i twardsze.

Ja bym jednak oczekiwał jeszcze jednego, czego w ogóle nie było w wystąpieniu pani minister - każdy rząd powinien mieć własną strategię edukacyjną, tzn. każdy rząd powinien mieć jakąś politykę w stosunku do szkół, a nie tylko w stosunku do przedszkoli - tego w ogóle u Tuska nie ma. Dam jeden przykład - mamy wielki problem likwidacji szkół w całym kraju, który tłumaczy się niżem demograficznym. Jakąś receptą na to byłoby, gdyby MEN próbował określić liczebność klas i być może obniżyć tę liczebność, w taki sposób, żeby ten niż nie odbijał się od razu na szkole, którą trzeba od razu zlikwidować. Taka likwidacja oznacza przecież dla wielu dzieci i młodzieży wydłużenie drogi do szkoły, oddalenie od nich szkoły -  to nie jest operacja bezbolesna. W tej sytuacji, być może należałoby ograniczyć liczebność klas i ratować co się da z tych szkół, które istnieją - ja wiem, że to jest kosztowniejsze, a samorządy w wielu przypadkach chcą oszczędzać na szkolnictwie. Bo to nie jest dobra wiadomość, że tysiące nauczycieli odchodzą ze szkół, często ludzie z dużym doświadczeniem, z dokonaniami, których wiedza i talenty nie powinny się marnować, i w takich sytuacjach, takie sterowane obniżenie liczebności klas byłoby czymś pożądanym. Przypomnę, że na początku III RP, padały takie obietnice, że klasy będą mniej liczne. To by pozwoliło wykorzystać niż do stworzenia bardziej komfortowych warunków nauczania, nie tylko dla uczniów - bo jest różnicą nauka w klasach 20-osobowych i 25-osobowych, ale i dla nauczycieli. Wówczas być może, można by pomyśleć, o jakimś bardzo ostrożnym zwiększeniu pensum, czyli obowiązkowej liczby godzin nauczania.

Takiej strategii polska minister nie ma bo nie ma jej też i polski premier - to jest kwestia polityki całego rządu. To nie jest kwestia decyzji biurokracji, ale to jest kwestia decyzji politycznych, podobnie jak kwestia ochrony tych tradycyjnych wartości, które kiedyś polska szkoła ze sobą niosła, tzn. wychowania patriotycznego, ochrona pewnych przedmiotów, takich jak np. język polski czy historia, ochrona lektur szkolnych, jako kanonu, który jest potrzebny do wychowania każdego Polaka. Tego wszystkiego nie ma w ogóle w refleksji, myśli czy rozumowaniu premiera Tuska - on tego nigdy nie formułował, nawet w swoich artykułach programowych, a w związku z tym, nie powtarza tych treści także minister Szumilas, która jest taką właściwie wyłącznie urzędniczką, w gruncie rzeczy taką notariuszką czysto technicznych decyzji. Ale szkolnictwo nie składa się wyłącznie z takich technicznych decyzji, ono jest kwestią jakiejś strategii edukacji i strategii wychowania, a tego kompletnie nie ma.

Tak naprawdę, gdyby premier chciał rzeczywiście wytworzyć wrażenie nowego otwarcia to byłaby ona jedną z tych kandydatek do odejścia - ona była krytykowana, bardziej za błędy niż za ogólny kierunek polityki, także przez media liberalne, gdzie również nie miała entuzjastów ani obrońców. W przypadku minister Szumilas, prawda jest taka, że w zasadzie wszyscy oczekiwali, że ona zostanie odwołana. To, że ona została jest już samo w sobie oczywiście pomyłką, ale następstwem tego jest całkowicie nieprzygotowanie do wytworzenia wrażenia, że coś w szkolnictwie nowego się dzieje. Ale powtarzam, to jest pochodną kompletnej pustki w dziedzinie edukacji całego rządu. To jest ekipa, która nie ma na ten temat żadnej refleksji, nie ma do tego żadnego podejścia i traktuje edukację wyłącznie z perspektywy zagospodarowania siły roboczej - tak naprawdę głównym celem obecnej polityki edukacyjnej jest przesunięcie wieku rozpoczęcia edukacji, a co za tym idzie jej wcześniejszego zakończenia - obowiązek edukacji 6-latków nie jest wydłużeniem nauczania, ale doprowadzenie do sytuacji, że maturę będą zdawały 18-latki, a nie 19-latki. I to ma charakter wyłącznie oszczędnościowy - edukacja jest traktowana jako potencjalne źródło oszczędności.

Problem Szumilas, jako oczywiście słabej minister, minister bez charyzmy, bez talentów, nawet takich w prezentowaniu swojej polityki - to jest świadoma i całkowicie niezrozumiała decyzja premiera, że kogoś takiego uważa za właściwego na stanowisko ministra. Na jego miejscu, choćby dla czysto marketingowego względu ją wymienił, bo taką decyzję wszyscy by powitali entuzjastycznie, a konserwowanie tego projektu edukacji robi przygnębiające wrażenie.

not. zrk
[fot. PAP/Radek Pietruszka]
CS147fotMINI

Czas Stefczyka 147/2017

PDF (5,87 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook