Jedynie prawda jest ciekawa

Gorące tematy:

Kawlewska: Zamach na polską tradycję

06.05.2014

Głównym skutkiem ratyfikacji Konwencji ws. zwalczania przemocy domowej jest uderzenie w rodzinę, która - jak głoszą feministki - jest siedliskiem wszelkich patologii.

18 grudnia 2012 roku pełnomocnik rządu ds. spraw równego traktowania Agnieszka Kozłowska-Rajewicz  w imieniu rządu podpisała Konwencję Rady Europy o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej. Obecnie Rada Ministrów zgodziła się na jej ratyfikację, a wniosek w formie ustawy zostanie skierowany do Sejmu. Konwencja, wydawać by się mogło, chlubna i potrzebna. Ważnym jest, żeby zwalczać przemoc domową w każdej postaci. Tyle tylko, że to geszefciarstwo, bo jak zwykle bywa z ustawami popartymi przez aktywistki walczące o równouprawnienie oraz fanatyczki feminizmu, konstrukcja konwencji ma drugie, głębokie dno, które w żaden sposób nie wpłynie na zwalczanie przemocy.

Wielką manipulacją jest już sama nazwa konwencji, która powoduje, że każdy kto jest przeciw, uważany będzie za zwolennika maltretowania kobiet. Tymczasem to tylko szumnie brzmiące hasło, sugerujące zasadność wprowadzenia owej konwencji . W rzeczywistości jej zapisy wcale nie posłużą kobietom, a wąskiemu gronu głośnych genderystów, którzy próbują narzucić społeczeństwu własny światopogląd o podłożu ideologicznym. I niestety, krok po kroku, dzięki przychylności władzy, wdrażają w nasze życie swoje chore pomysły na zniszczenie rodziny, wartości, którymi żyjemy, tudzież próbują wyeliminować pojęcie płci biologicznej, zamieniając ją na płeć kulturowo-społeczną. A największym zagrożeniem jest to, że dzięki tej konwencji owi reformatorzy normalności dostaną zielone światło na indoktrynację dzieci na wszystkich szczeblach edukacji.

Już w październiku ubiegłego roku czołowe bojowniczki o gender upominały się w liście do Krystyny Szumilas, ówczesnej minister edukacji, o ratyfikację konwencji i zdecydowane działanie na rzecz wdrożenia gender do placówek edukacyjnych. Wówczas powoływały się na art. 14 z konwencji, w którym znajduje się zapis: "W uzasadnionych przypadkach Strony podejmują działania konieczne do wprowadzenia do oficjalnych programów nauczania na wszystkich poziomach edukacji materiałów szkoleniowych dostosowanych do zmieniających się możliwości osób uczących się, dotyczących równouprawnienia kobiet i mężczyzn, niestereotypowych ról przypisanych płciom."

Zapis ten pozwala, w przypadku ratyfikacji, na swobodne szerzenie wśród uczniów chorych projekcji samozwańczych edukatorów. Mając w pamięci krytyczną opinię poradnika do wychowania równościowego przedszkolaków, opracowaną przez ekspertów zadaniowego Zespołu Edukacji Elementarnej przy Komitecie Nauk Pedagogicznych PAN, trudno oprzeć się wrażeniu, że ratyfikacja jest ostatnią prostą dla feministek przed możliwością masowego urabiania dzieci i młodzieży w celu apłciowego wychowania ich w duchu gender. Do takiego wniosku skłania również reakcja minister edukacji Joanny Kluzik-Rostkowskiej na akcję Fundacji Centrum Wspierania Inicjatyw dla Życia i Rodziny , która przyznaje placówkom bez gender certyfikaty "Szkoły Przyjaznej Rodzinie". Minister rozpoczęła bezprawną nagonkę na przystępujące do programu szkoły, które chcą zagwarantować dzieciom wychowanie do wartości, w duchu patriotyzmu, z poszanowaniem godności i ich praw konstytucyjnych.

Szybkość działań podjętych przez resort sugeruje niemal paniczne oczyszczanie przedpola dla propagatorów gender i przygotowywanie szkół na nową erę. Erę promocji grupy faworyzowanej przez bojowniczki o równość, którą to stanowią wszelkiej maści mniejszości seksualne. Bo to o prawa dla tej właśnie grupy usilnie zabiegają czołowe feministki, wmawiając społeczeństwu, że konwencja ma pomóc maltretowanym kobietom. A dokładniej, starają się przykryć konwencją prawdziwy cel nawoływania do jej ratyfikacji. Śledząc ruchy aktywistek, upór z jakim dążą do zawładnięcia placówkami edukacyjnymi,  można zauważyć, co za sobą niesie ratyfikacja. Jej głównym motorem jest uderzenie w rodzinę, która - jak głoszą feministki - jest siedliskiem przemocy domowej. Pod pozorem walki z tą przemocą będą wszczepiać dzieciom wzorce, które dla nich są receptą na szczęście. Genderyści łatwo poradzą sobie z "plagą" rodzin, tradycji, wartości, jeśli dostaną zgodę rządu na indoktrynację od przedszkola i sposobność utrwalania jej w dzieciach przez kolejne etapy edukacji. Same współautorki poradnika równościowego, według którego pracują niektóre "Małe Przedszkola", Anna Dzierzgowska i Ewa Rutkowska, zdradziły z rozbrajającą szczerością w wywiadzie dla "Gazety Wyborczej" przewidywane skutki indoktrynacji  kilkulatków. A mianowicie, że nie mogą wykluczyć tego, że gender niszczy rodzinę.

Innym znamiennym dla prawdziwej celowości zapisem z konwencji jest art. 12, który ma przymusić   społeczeństwo do zmian będących nie do zaakceptowania dla wielu Polaków: "Strony podejmą działania niezbędne do promowania zmian wzorców społecznych i kulturowych dotyczących zachowania kobiet i mężczyzn w celu wykorzenienia uprzedzeń, zwyczajów, tradycji oraz innych praktyk opartych na idei niższości kobiet lub na stereotypowym modelu roli kobiet i mężczyzn." Zapis ten sugeruje, że za zjawiskiem przemocy domowej stoi tradycja i model życia przyjęty przez społeczeństwo. W rzeczywistości wymusza wyeliminowanie naszych zwyczajów, przyzwyczajeń, sposobu  wychowywania dzieci, a równocześnie piętnuje tradycjonalizm i wartości płynące z komplementarności między płciami, które są wpasowane w rodzinę. Poprzez ratyfikację rząd narzuci nam nowe role społeczne, nowoczesny model rodziny, być może również homomałżeństwa, czyli wszystko to, o co tak zajadle walczą zwolennicy równości płci. Propagatorzy nowomodnej ideologii zmyślnie próbują dopiąć swego przy okazji konwencji o przemocy domowej. Udając troskę o ofiary przemocy mają nadzieję upiec własną pieczeń i na stałe zagościć w placówkach edukacyjnych. Dzięki temu będą mogli szybko  wykorzenić wartości, do których rodzice wychowują swoje dzieci. Wydawać by się mogło, że rodziców chroni konstytucja i że rządowi nie wolno przyjąć ustawy uderzającej w prawo do wychowywania dzieci według własnych przekonań. Widać jednak, że rządzący niezbyt poważnie traktują zapisy Konstytucji RP. Przyzwyczaili już społeczeństwo do nowej definicji demokracji, a teraz tylko poszerzają jej granice na korzyść kolejnych ideologicznych uzurpatorów, którzy lepiej od większości wiedzą, jak ta większość powinna żyć.

Sytuacja żywcem wyjęta ze scenariusza filmu Stanisława Barei "Miś", który prześmiewał absurdy ówczesnego systemu, ale z jakże aktualnym przesłaniem. Cytat z tego filmu dedykuję reformatorom równościowym, którzy modą na gender zamierzają podciąć korzenie polskiemu społeczeństwu. "Tradycja to dąb który tysiąc lat rósł w górę. Niech nikt kiełka małego z dębem nie przymierza. Tradycja naszych dziejów jest warownym murem. To jest właśnie kolęda, świąteczna wieczerza, to jest ludów śpiewanie, to jest ojców mowa. TO JEST NASZA HISTORIA, KTÓREJ SIĘ NIE ZMIENI! A to co dookoła powstaje od nowa, to jest nasza codzienność, w której żyjemy."
Warto, by wszyscy edukatorzy nowomodnych ideologii, zapożyczonych od narodów bez korzeni i ich poplecznicy, pomyśleli, czym jest ów dąb, a czym kiełek... i zrozumieli, że Polacy nie pozwolą zbyt łatwo zmienić swojej codzienności, a tym bardziej odebrać sobie historii i tradycji.


Katarzyna Kawlewska

[Fot. freeimages.com]

CS141fotMINI

Czas Stefczyka 141/2017

PDF (4,89 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook