Jedynie prawda jest ciekawa

Zabójcze euro

14.12.2012

Obecnie euro jest bardziej kijem aniżeli marchewką integracji, waluta ma być kagańcem narzuconym na słabsze państwa przez państwa silniejsze. Euro stało się więc zaprzeczeniem tej idei, która stała za jego powołaniem – zauważa Arkady Saulski.

Nie dalej jak wczoraj pisałem o tragicznych skutkach ewentualnego przystąpienia Polski do jednolitego nadzoru bankowego (unii bankowej). Nie minęły godziny, gdy premier Donald Tusk ogłosił potrzebę przystąpienia Polski do strefy euro. Jeśli plan premiera by się powiódł, byłoby to morderstwo dla Polskiej gospodarki i to morderstwo z premedytacją.

Wczorajsze wystąpienie Donalda Tuska było ogromnym zaskoczeniem dla komentatorów, analityków i ekonomistów. Jak zareagują na nie rynki przekonamy się dopiero w ciągu dnia. Jednak wieczorna informacja wzbudziła niemałą konsternację, także medialną.  Nie można odmówić racji Zbigniewowi Kuźmiukowi kiedy mówi on, że Tusk wciąga Polskę do strefy euro „za uszy”. „Czeka nas dramatyczna walka, aby zablokować tę nieodpowiedzialną decyzję” – uważa Kuźmiuk.

Decyzja jest istotnie nieodpowiedzialna (to według mnie i tak łagodne określenie). Ciężko się tłumaczy rzeczy oczywiste, jednak pewne fakty wymagają przypomnienia, proszę więc szanownych państwa o chwilę cierpliwości – będę bowiem kierował kilka dalszych akapitów tekstu do zwolenników rychłej eurointegracji.

Po pierwsze – zasadniczo nie uważam tak jak część komentatorów, że projekt euro jest skazany na porażkę i rozpad strefy jest nieunikniony – euro było, owszem, projektem być może w pewnym stopniu nie do końca przemyślanym (zwłaszcza jeśli chodzi o zintegrowanie w strefie państw o różnym stopniu „kultury gospodarczej” – banalny casus Niemiec i Grecji), jednak na efekty dopiero należało poczekać. Bez wątpienia waluty „sztuczne” nigdy dotychczas nie miały szansy integracji kilku podmiotów państwowych. Jednak początkowe lata istnienia euro pokazywały, iż europejska wspólna waluta ma szansę powodzenia. Problem w tym, że z czasem euro zamieniło się w sztandar polityczny, aniżeli racjonalny projekt gospodarczy.

Obecnie euro jest bardziej kijem aniżeli marchewką integracji, waluta ma być kagańcem narzuconym na słabsze państwa przez państwa silniejsze. Euro stało się więc zaprzeczeniem tej idei, która stała za jego powołaniem. Leczenie choroby strefy euro jeszcze bardziej ścisłą integracją jest leczeniem kaca aplikowaniem „klina”. Drogą do uzdrowienia i istnienia euro leży gdzie indziej.

Po drugie – nikt racjonalnie myślący nie kupi samochodu o którym wie, że jest popsuty i jazda nim zagraża zdrowiu i życiu pasażerów i kierowcy. Obecnie strefa euro jest właśnie takim popsutym samochodem. Co więcej – Polska gospodarka jest także pogrążona w coraz głębszym kryzysie. To nie jest stan przedzawałowy – to wręcz agonia. A mówiąc dosadniej – gospodarka Polski się sypie. Dobre wyniki na giełdach nie przekładają się na faktyczny, realny stan gospodarki, już nie mówię o pojęciach dla rządu chyba abstrakcyjnych jak dobrobyt gospodarstw domowych czy coraz większym społecznym rozwarstwieniu. Jednak wystarczy się rozejrzeć wokół, by dostrzec symptomy: katastrofę (tak – katastrofę!) na kolei, de facto paraliżującą społecznie i gospodarczo cały, duży obszar kraju. Przewoźnika lotniczego, który dopiero co świętował w żenującym spektaklu „witanie” nowego samolotu w swojej flocie, aby teraz błagać o miliard złotych pomocy od rządu. Służbę zdrowia, pogrążoną w stanie tak dalekiego rozkładu, że dla wielu pacjentów pobyt w szpitalu równa się z wyrokiem śmierci. Rekordowe poziomy bezrobocia, we wszystkich grupach wiekowych. Postępujący rozkład infrastruktury energetycznej, której „data ważności” kończy się, zdaniem ekspertów, w okolicach roku 2020, a planów rewitalizacji nie ma… to dosłownie garstka przykładów – wymieniać mógłbym w nieskończoność. Ergo – wejście polskie chorej gospodarki do równie cierpiącej strefy euro to jak prowadzenie ślepca przez kulawego.

Po trzecie – irracjonalny i dalece nierealistyczny budżet na 2013 rok, dopiero co przegłosowany przez Sejm tylko sytuację pogorszy. W państwowej kasie ma zabraknąć ok. 16 miliardów złotych. Polskę czeka więc jeszcze większe spowolnienie.

Tak więc przystąpienie Polski do strefy euro będzie więc dobrowolnym zepchnięciem się do grona państw peryferyjnych. Z kraju zaczną odpływać obywatele do „centrum” jeszcze mocniej niż obecnie, a Polska stanie się gospodarczym i społecznym pariasem Europy. Fakt, że jednym z wielu to marne pocieszenie. Euro w Polsce będzie się równało biedzie i społecznej degeneracji w stopniu nawet większym niż miało to miejsce po Powstaniu Styczniowym. Premier zapowiadając przystąpienie do eurolandu jest więc albo całkowicie oderwany od rzeczywistości, albo zwyczajnie przestał traktować kraj, którym rządzi podmiotowo, dbając jedynie o to by euroentuzjastycznymi decyzjami zasłużyć sobie na tłustą, unijną synekurę.

Mam nadzieję, że te fatalne decyzje uda się mimo wszystko powstrzymać. Jeśli nie – cóż, proszę pakować walizki, bo już wkrótce wszyscy pójdziemy „na dziady”.

Arkady Saulski, wGospodarce.pl   

[fot. PAP/EPA]

CS150MINIfot

Czas Stefczyka 150/2017

PDF (4,60 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook