Jedynie prawda jest ciekawa

Wywiad Stefczyka: Małgorzata Kożuchowska

23.12.2011

Stefczyk.info: Co dla Pani jest najważniejsze w tym szczególnym czasie Świąt Bożego Narodzenia? Jak znajduje pani balans między tym prezentowo-komercyjnym wymiarem świąt, dotykającym nas wszystkich, a stroną duchową?

Małgorzata Kożuchowska: Jestem tak bardzo przyzwyczajona do tradycyjnego podejścia do Świąt, że w momencie gdy po 1989 roku tak wiele się w naszym kraju zmieniło, to był taki moment, że mnie to strasznie drażniło. Miałam poczucie, że Święta Bożego Narodzenia niesłychanie się skomercjalizowały, że to wszystko polega na handlu. Bo przecież rzeczywiście, wszyscy widzimy, że już po 1 listopada sklepy zmieniają dekoracje na świąteczne, starają się jak najwięcej zarobić. To zrozumiałe, ale mnie to denerwowało, irytowało.

To doświadczenie wielu ludzi z czasu przełomu, w pewnym sensie szok.

Tak. Byłam bardzo mocno przyzwyczajona do tego tradycyjnego rytmu: że jest czas oczekiwania, że jest adwent, że się chodzi na roraty, że się czeka na te święta. Ale dziś już umiem sobie z tym poradzić, umiem się wyizolować w pewien sposób, odciąć do tego zewnętrznego szumu. Pomaga mi, że ograniczam oglądanie telewizji, teraz nawet nie mam telewizora, a więc nie pozwalam, by bez przerwy atakowały mnie reklamy. To naprawdę pomaga.

To okazja, by zajrzeć w siebie.

Tak, okres przedświąteczny to jest taki czas, który daję sobie na przygotowanie się do samych świąt. To bardzo ważne, by w tym czasie zrobić rachunek sumienia, swego rodzaju podsumowanie - czego generalnie w życiu nie lubię, i robię to dość rzadko, ale od czasu do czasu warto to zrobić. Chodzi o to, by wiedzieć, czego w moim życiu jest za dużo, czego za mało, co chciałabym zmienić. Ten czas jest po to nam dany, byśmy tego typu rozpoznanie zrobili. I dzięki temu, gdy już same święta nadchodzą, człowiek jest już oczyszczony. Nie chodzi o to, by używać górnolotnych słów, ale o coś takiego chodzi.

Wiemy jednak, że dla Ciebie okres przedświąteczny to także czas dużej aktywności charytatywnej.

Co ważne, to jest ten czas, w którym obok pracy nad sobą, nad swoją duchowością, pracy dla siebie, dużo robimy dla innych, jak sądzę - także dzięki wpływowi sił nadprzyrodzonych. Mnie oczywiście motywuje wiara. Ludzie w tym okresie przedświątecznym stają się uwrażliwieni na siebie. Rzeczywiście, staram się być bardzo aktywna na polu charytatywnym, i teraz właśnie mamy okres swego rodzaju "żniw", oczywiście żniw w dobrym sensie, bo przecież to są działania mające służyć innym. Czasem zastanawiam się nad mechanizmem, który powoduje, że ludzie tak chętnie pomagają przed świętami, choć przecież są bardzo zagonieni. Ale jakoś jesteśmy czuli w tym czasie na rodzinę, na innych. Włącza się w nas ten rodzaj wrażliwości, który karze pomagać bliźnim.

Pytając już konkretnie o Święta Bożego Narodzenia: do której tradycji wigilijnej pani się przyznaje? Do tej wschodniej, z kutią, czy może jakiejś eklektycznej, łączącej różne wątki?

Moja tradycja wigilijna jest wybitnie eklektyczna. Mój tata pochodzi z Wielkopolski, moja mama ze Śląska, a mieszkaliśmy w Toruniu, a więc mamy wiele wątków. Z zastrzeżeniem, że dominowała kuchnia i tradycja śląska, a więc mojej mamy. Mój mąż Bartek pochodzi z Warszawy, ale jego rodzina ma korzenie w ziemii łódzkiej. Mamy więc ciekawe zderzenie, bo u niego są zupełnie inne potrawy niż te, do których ja jestem przyzwyczajona. Teraz robimy tak, że jeśli wigilię przygotowuje jego mama i do niej jedziemy, to ja przyrządzam swoje potrawy, żeby mieć namiastkę tej swojej tradycji, z czasów dzieciństwa.

Która potrawa ma dla pani taki najbardziej wigilijny charakter?

To są makówki, tradycyjna śląska potrawa. Zrobiona z masy makowej, miodu, mleka,  co przekłada się warstwami bardzo cienkiej bułki pszennej, i te warstwy się ze sobą miesza. Z kolei u męża nie ma nawet śladu takiej tradycji. Kolejny ciekawy wątek: u mnie jest kompot z suszu, a u Bartka zupa śliwkowa.

Brzmi egzotycznie ta zupa śliwkowa...

Dla mnie też na początku tak to brzmiało. Te różnice są zresztą bardzo ciekawe: u mnie groch z kapustą, u męża kapusta kiszona z grzybami na ciepło.

Dla pani ten rok był szczególny. Zrezygnowała pani z grania najważniejszej roli w niezwykle popularnym serialu "M jak miłość", co wielu ludziom zaimponowało. Bo to jednak było pokazanie światu: sama kieruję swoim losem, sama decyduję, którą drogę wybrać, nie jest tak, że to mnie "wiozą" wydarzenia. To Boże Narodzenie będzie więc pewnie okresem podsumowania na tym polu, bo weszła pani w zupełnie nową rzeczywistość zawodową.

Tak, to jest - jak mówiłam - okres podsumowań zarówno w tej sferze rozwoju duchowego, jak i życia zawodowego.  Nie można też pod koniec roku uciec od tych podsumowań, które robią inni - za nas albo przynajmniej na nasz temat. I w tym roku rzeczywiście mam wrażenie, że sporo się mówi na temat mojego życia zawodowego, jest wiele komentarzy na ten temat.

Trudno się dziwić: tak bywa w życiu aktora, że jego decyzję przeżywają też inni.

To prawda. Ja sama wyraźnie czuję, że to był przełom, że mam nowe otwarcie, coś się skończyło, żeby mogło otworzyć się coś nowego. I ja jestem z tego absolutnie zadowolona, a nawet zaryzykowałabym twierdzenie, że szczęśliwa. Czuję się wolnym człowiekiem, dostałam wiatru w skrzydła, wyszłam ze złotej klatki i jest mi z tym bardzo dobrze. Nawet powiem, że jeszcze dziś, gdy rozmawiamy, prowadziłam bardzo ważne rozmowy zawodowe, negocjacje dotyczące mojej przyszłości. Bo tych propozycji jest naprawdę wiele, cała masa, i są często bardzo obiecujące. Wiem, że podjęcie właściwej decyzji wymaga ode mnie dużej mądrości i rozwagi. Bo chodzi o to, żeby nie dać się ponieść emocjom. Muszę być rozsądna z jednej strony, a z drugiej pokorna. I to nie jest łatwe.

A czy Małgorzata Kożuchowska wierzy w świętego Mikołaja?

Był święty Mikołaj, był biskupem w Azji, więc nie potrzeba jakiejś szczególnej wiary, żeby w niego wierzyć. Był, żył, to postać historyczna, i co ważne, biskup Mikołaj naprawdę rozdawał prezenty. Ale jeżeli chodzi o tradycję podarków na Boże Narodzenie, to u mnie w domu nie bywał święty Mikołaj. Moja mama rozwiązywała to w ten sposób, że wołała nas pod jakimś pretekstem do ostatniego pokoju, i chwilę potem mówiła: no dziewczyny, przegapiłyście, przed chwilą był święty Mikołaj, ale się bardzo, ale to bardzo śpieszył. A co ważne, mieszkaliśmy tam, gdzie do tej pory mieszkają nasi rodzicie, w Toruniu na takim miejscowym odpowiedniku Ursynowa, w wieżowcu. I to wyglądało wiarygodnie, bo wokół tyle świateł, i było oczywiste, że ten święty Mikołaj musi odwiedzić bardzo, bardzo wiele mieszkań. Więc my wówczas mówiłyśmy: o jeju! dlaczego nas nie zawołałaś? Ale tak, rozumiemy, trudno go było zatrzymywać, przecież każde dziecko chce dostać jakiś prezent. W każdym razie nikt się u nas nie przebierał.

Jak
[www.stopklatka.pl]

CS145fotMINI

Czas Stefczyka 145/2017

PDF (8,85 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook