Jedynie prawda jest ciekawa

"wSieci Historii": Jak się biliśmy w Powstaniu Styczniowym?

19.01.2017

Tematem miesiąca nowego wydania miesięcznika „wSieci Historii” są nieznane epizody powstańców walczących o niepodległość w 1863 roku.

Opanowanie na kilkanaście dni tzw. trójkąta granicznego – opartego o granicę z Prusami i Austrią – spowodowało powstanie skrawka wolnej Polski oczyszczonego z wojska rosyjskiego – pisze w swoim artykule Piotr Świątecki.

O tym epizodzie Powstania Styczniowego wie niewielu, a jak udowadnia autor „wSieci Historii”, to właśnie tam przez kilka dni Polacy cieszyli się tak długo wyczekiwaną niepodległością. Wszystko dzięki niezłomnej postawie walczących żołnierzy i… kolejarzy.

W 1863 r. wśród polskich kolejarzy było wielu konspiratorów. Szmuglowali do powstania broń, przewozili tajną pocztę Rządu Narodowego, emisariuszy i oddziały powstańcze, wreszcie – sami brali udział w walkach. W kolejowych warsztatach w Warszawie, Skierniewicach, Piotrkowie, Sosnowcu, Aleksandrowie, Łapach, Porzeczu, Wilnie i Kownie produkowano białą broń. Za plecami Rosjan spiskowcy przekazywali kolejowym telegrafem szyfrowane rozkazy i informacje o położeniu rosyjskich wojsk, o planowanych akcjach militarnych oraz o tajnych zarządzeniach władz carskich - przekonuje autor.

Być może także dzięki postawie kolejarzy polscy żołnierze dowiedzieli się, że część rosyjskich posterunków jest opuszczana przez „sołdatów”.

W nowym numerze miesięcznika czytamy także o znaczeniu Ligi Narodowej dla odrodzenia polskiej państwowości po I wojnie świtowej. Mateusz Werner w swoim artykule przybliża znaczenie Ligi Narodowej dla myśli niepodległościowej Polaków nie tylko okresu przełomu XIX i XX wieku. Zauważa niemałe jej znaczenie dla powstania Narodowej Demokracji, która walnie przyczyniła się do restytucji państwa, a następnie kreowała oblicze II RP.

Sama Liga Narodowa powstała w 1893 r. w wyniku reorganizacji Ligi Polskiej (1887), której dokonał Roman Dmowski. Była tajną, elitarną organizacją, która stawiała sobie za cel zogniskowanie, prowadzenie i kierowanie działalnością społeczno-polityczną w duchu demokratycznym, narodowym, a co najważniejsze niepodległościowym – pisze Mateusz Werner o początkach i charakterze organizacji. – By pobudzić ciągle przygnębione i politycznie nieruchome po insurekcji styczniowej społeczeństwo, Liga Narodowa wydawała wiele odezw, które następnie wskazywały kierunek działania zaktywizowany Polakom. By natomiast pozyskać środki na sfinansowanie swoich coraz szerszych działań, sięgnięto po pieniądze (właściwie odsetki) ze Skarbu Narodowego. Była to założona i prowadzona w Szwajcarii przez Zygmunta Miłkowskiego instytucja, której celem było gromadzenie w kraju i na emigracji środków finansowych na rzecz obrony czynnej i dążeń niepodległościowych. Liga Narodowa, pozyskując fundusze ze Skarbu, składała jego Radzie Nadzorczej roczne sprawozdania ze swoich prac.

Autor zauważa, że owe sprawozdania dają możliwość przyjrzenia się samej Lidze Narodowej, ale także jej rozwojowi.

Najnowsze wydanie „wSieci Historii” to także wspomnienie jednego z wybitnych literatów XX wieku. Artykuł Mateusza Kosińskiego to zwięzłe przedstawienie jednej z najważniejszych, a obecnie trochę pomijanych postaci polskiej kultury – Stefana Wiecheckiego „Wiecha”. Autor pokazuje pisarza różnych okresach jego życia, ale także kreśli obraz Warszawiaków, środowiska, w którym się obracał i które opisywał. Stateczne życie urzędnicze nie służyło Stefanowi, który dzięki wsparciu ojca otworzył na rogu Wolskiej i Młynarskiej teatr o nazwie Popularny. Nowy przybytek Melpomeny cieszył się dobrą sławą, zwłaszcza wśród mieszkańców Woli. Duża w tym zasługa współpracy ze znajdującym się po sąsiedzku Barem pod Cyckami, prowadzonym przez „Ciocię Florcię”, pulchną, nie pierwszej młodości blondynkę. Jako że w tym czasie w teatrach nie sprzedawano alkoholu, widownia po spektaklu tłumnie zajmowała sąsiedni lokal, gdzie często dopraszano się o przybycie dyrektora Wiecheckiego i co lepszych aktorów. Sąsiedztwo „Karcelaka” oddziaływało na skład widowni, na spektakle często wraz ze swoją gwardią uczęszczał król warszawskiej przestępczości – słynny „Tata Tasiemka”. Postawni mężczyźni z rewolwerami za paskiem nie mieli zwyczaju płacić za bilet, jednak zapewniali specyficzną ochronę, dzięki której na widowni Popularnego rzadko zdarzały się niechciane ekscesy.

W lutowym numerze miesięcznika znajdujemy również rozmowę Tomasza Karpowicza z Przemysławem Babiarzem na temat pamiętnych igrzysk olimpijskich z Melbourne w 1956 roku. W wywiadzie komentator sportowy opowiada m. in. o finałowym meczu piłki wodnej, w którym zmierzyły się drużyny Węgier i ZSRS. Było to o tyle ciekawe spotkanie, że miało miejsce w czasie kiedy wojska sowieckie interweniowały na Węgrzech.

Z jednej strony zawodnicy reprezentacji Węgier, z drugiej przedstawiciele państwa agresora, czyli Związku Radzieckiego. Dziś ten mecz nazywany jest wręcz bitwą w wodzie. [...] Doszło do regularnych awantur, bójek w wodzie. Ostatecznie Węgrzy wygrali to spotkanie. Większość zawodników węgierskich nie wróciła do kraju. Mówi się, że sport jest bezkrwawym substytutem wojny. Tamten mecz bez wątpienia nie był potwierdzeniem tej tezy – wspomina Przemysław Babiarz.

Z kolei profesor Krzysztof Tarka przytacza w swoim artykule informację niezwykłą i często pomijaną – zauważa on, że jedynym państwem na zachodniej półkuli, które po II wojnie światowej nie wycofało uznania rządowi RP, była Kuba.

Co ciekawe, Kubańczycy przeciwstawili się w ten sposób Francji, która zobowiązała się do reprezentowania polskich interesów, a de facto robiło wszystko, by umniejszyć znaczenie rządu londyńskiego”. Stanowisko Francji było efektem uznania działającego w kraju Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej.

Próba przejęcia poselstwa w Hawanie przez Francję zakończyła się niepowodzeniem.(…) Działalność hawańskiej placówki ogromnie utrudniała kondycja finansowa. Już w lipcu 1945 r. Ambasador Dębicki obawiał się, że z tego powodu będzie musiał opuścić Kubę. Według jego oceny sytuacja była „zupełnie beznadziejna”. W liście do byłego ambasadora w Argentynie Dębicki się żalił: „Mimo najlepszych chęci i wysiłków, mimo poczucia obowiązku, mimo wreszcie świadomości, że zakończenie bytu poselstwa na Kubie przyspieszy prawdopodobnie likwidację naszych placówek w Ameryce Łacińskiej, nie widzę, niestety, żadnej możności kontynuowania tu mej pracy bez pieniędzy, nie mówiąc już o tym, że mam również obowiązek zapewnienia bytu moim dzieciom. Z braku więc otrzymania kredytów zmuszony będę wyjechać stąd w poszukiwaniu chleba, prawdopodobnie do Stanów Zjednoczonych”. Pieniądze na poselstwo jeszcze się znalazły, jednak nieregularne dotacje z MSZ wystarczały tylko na wydatki urzędowe – wyjaśnia prof. Tarka.

Nowy numer „wSieci Historii” w sprzedaży już od 19 stycznia. Dostępny także w formie e-wydania na http://www.wsieci.pl/e-wydanie-sieci-historii.html.

CS147fotMINI

Czas Stefczyka 147/2017

PDF (5,87 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook