Jedynie prawda jest ciekawa

Wiarygodność

15.12.2011

Nie zgadzam się z większością argumentów wysuwanych przeciwko marszowi niepodległości i suwerenności. Uważam, iż manifestowanie przywiązania do niepodległego państwa w rocznicę stanu wojennego, ani nie przykrywa pamięci o tym tragicznym wydarzeniu, ani nie przemilcza odpowiedzialności jego twórców. Wprost przeciwnie demonstrowanie niepodległościowych przekonań w tym dniu jest jak najbardziej właściwe i wymowne. Pokazuje bowiem ciągłość odpowiedzialności Polaków za to dobro, jakim jest wolność i suwerenne własne państwo.

Nie podzielałem też przekonania, że nazwanie tej manifestacji Marszem Niepodległości jest swoistym naruszeniem "praw autorskich" organizatorów Marszu z 11 listopada br. Jestem bowiem zwolennikiem średniowiecznej koncepcji praw autorskich wedle której, idee należą do tych, którzy je wyznają, oczywiście wyznają poważnie. Rozumiejąc te poglądy zdecydowanie ich nie podzielałem. Szczególnie niesmaczne były argumenty tych, którzy podważali prawo Jarosława Kaczyńskiego do organizowania manifestacji w rocznice stanu wojennego ze względu na fakt, iż Kaczyński nie został internowany. Nawet, gdyby w ogóle nie działał  w opozycji, a jest to przecież rażąca nieprawda, to także miałby prawo troszczyć się o nasze wspólne dobro, jakim jest państwo polskie. Nie ma złych momentów do zamanifestowania przywiązania do wolności, a 13 grudnia taka manifestacja jest nie tylko złożeniem hołdu ofiarom tego stanu ale także wypełnieniem  testamentu jego ofiar.

Nie znaczy to, że nie mam żadnych zastrzeżeń do Jarosława Kaczyńskiego i politycznego przesłania tego marszu. Marsz ten  zorganizowany prze z PiS pokazał zdolność organizacyjna tej partii, zasilanej, jak wszystkie partie parlamentarne budżetową dotacją, która w czasie ostatniej kadencji wyniosła 130mil. złotych. Bez względu, czy liczba uczestników była bliższa niższej szacowanej liczbie  uczestników - 3 tys. czy wyższej - 10 tys., marsz pokazał nie tylko zdolności organizacyjne PISu, ale także  stał się donośnym wydarzeniem politycznym nagłaśniającym przesłanie tej partii. Przesłanie to w sensie werbalnym było skierowane przeciwko polityce europejskiej premiera Tuska, przeciwko jego zgodzie na ograniczenie polskiej suwerenności budżetowej, a zwłaszcza przeciwko "federacyjnym" koncepcjom przemodelowania Unii Europejskiej. Ten niepodległościowy ton tego przesłania miał zabrzmieć głośno i zabrzmiał. PIS chciał pokazać, że będzie bronił suwerenności Polski i że jest spadkobiercą historycznego ruchu Solidarność.

Otóż to przesłanie adresowane do narodu miało na celu przekonanie, iż  partia ta jest jedynym rzecznikiem wolnościowych i niepodległościowych aspiracji polskiego narodu. W sposób znacznie jaśniejszy zaprezentował tą tezę wiceprezes PIS, Mariusz Kamiński w wypowiedzi dla Rzeczpospolitej z dnia 6 grudnia. Powiedział wprost: "Podczas marszu PIS będzie przekonywał opinie publiczną, że jest jedyną  w kraju formacją, stojącą na straży suwerenności Polski". A zatem cel polityczny został zupełnie inaczej sformatowany, niż przesłanie werbalne płynące z tej manifestacji. Celem tym jest, według Kamińskiego, przekonanie Polaków, że PIS jest "jedyną" formacja niepodległościową. Stąd w komitecie honorowym nie znaleźli się przedstawiciele innych istotnych sił politycznych, nawet tych znajdujących się w parlamencie. Skład tego komitetu jest bowiem polityczna odpowiedzią na apel przedstawicieli Polski Solidarnej o współpracę przy zablokowaniu przeprowadzenia przez Sejm planów premiera Tuska. A przecież skuteczne przeciwstawienie się tym szkodliwym koncepcjom wymaga nie tylko szerszej niż PiS,  współpracy parlamentarnej, ale także oddziaływanie i na PSL, i na samą PO w celu powstrzymania polityki ograniczania polskiej suwerenności.  W przeciwnym razie będzie to polityka  przeciw skuteczna.To odrzucenie współpracy pokazuje bardzo dobitnie, iż ten "niepodległościowy" ton werbalnego przesłania Jarosława Kaczyńskiego ma bardzo partyjny charakter. Nie chodzi tu o skuteczność działania, ale o manifestację i związanie niepodległościowych przekonań i emocji z jedną tylko partia polityczną. A zatem nie jest działaniem na rzecz niepodległości, ale na rzecz zmanipulowania tych emocji i przekonań dla interesu partyjnego PiS. To bardzo poważne oskarżenie.  Ale oskarżenie, które ma podstawy nie tylko w wypowiedzi wiceprezesa Kamińskiego i w charakterze komitetu honorowego, ale w całej polityce Prawa i Sprawiedliwości.

Otóż niejednokrotnie werbalny przekaz tej partii w całkowity sposób miał się z jej polityką. Tak było zwłaszcza w latach 2005-2007 w czasie rządów tej partii. Otóż polityka rządowa tej partii była radykalnym zaprzeczeniem programu  wyborczego z roku 2005.  W tym roku PiS ogłosił swój program. W opracowaniu "Silna Polska w Europie" przedstawił swój program polityki europejskiej. Był on totalną krytyką traktatu konstytucyjnego i proponowanych  w nim zmian w ustroju Unii Europejskiej. Natomiast wynegocjowany przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego traktat lizboński, będący tylko kosmetyczną zmianą traktatu konstytucyjnego i zaakceptowany przez rząd Jarosława Kaczyńskiego, był totalnym przekreśleniem własnego programu. Bracia Kaczyńscy, nie tylko zaakceptowali, wcześniej odrzucane rozwiązania, ale jeszcze ogłosili tę zdradę własnego programu wielkim "sukcesem". Na nic się zdały zapisy programowe i hasła obrony suwerenności i podmiotowości Polski. Uznali bowiem, ze w ich interesie politycznym leży zgoda na traktat, który ubezwłasnowolnia nasz kraj w strukturach unijnych, pozbawiając go nieomal połowy siły własnego głosu w porównaniu z siłą głosu niemieckiego i kładzie podwaliny prawne pod niemiecka hegemonie w Europie. Tak dziś krytykowana niemiecka hegemonia jest możliwa tylko dzięki wprowadzeniu w życie traktatu lizbońskiego.  Bez wymuszania przez Kaczyńskiego na posłach PiS głosowania za tym traktatem, nie byłoby dziś  niemieckiej  dominacji w Europie, bo PIS posiadał możliwość zablokowania tego traktatu. A bez zgody Polski "Lizbona" nie weszłaby w życie.

Ale traktat lizboński to nie jedyna zdrada Kaczyńskich polskiego interesu. Jeszcze w czasie ostatniej kampanii wyborczej, Beata Szydło, wiceprezes tej partii, mianowana ekspertem ekonomicznym, twierdziła, że euro zostanie zaakceptowane za kilka lat. Wcześniej Jarosław Kaczyński mając w Sejmie wystarczająca ilość głosów do zablokowania zmian konstytucyjnych, koniecznych do wprowadzenia euro, zrezygnował z tej władzy na rzecz referendum, które w ówczesnych warunkach miałoby jednoznacznie pozytywny rezultat dla wprowadzenia wspólnej waluty. Kaczyński oświadczył, że nie będzie blokował zmian konstytucyjnych, jeżeli w referendum Polacy opowiedzą się za euro. Dlatego w przygotowanym przez PiS projekcie konstytucji wykreślono zapis o Radzie Polityki Pieniężnej, jedynym zapisie, który blokuje konstytucyjnie likwidację złotego. W praktyce chodziło mu tylko o skonsolidowanie po przegranych wyborach własnego elektoratu wokół idei późniejszego wprowadzenia euro, a nie o jego zablokowanie. A zatem interes partyjny okazał się ważniejszy od interesu narodowego.

Program PISu z 2005 roku  miał charakter zdecydowanie prorodzinny i bronił wartości chrześcijańskich w życiu publicznym. Na przekór temu programowi, PIS w dyscyplinie głosował przeciwko poprawce o dużej uldze podatkowej. Zaś celowe działania kierownictwa PISu doprowadziły do utracenia konstytucyjnych poprawek o ochronie życia. Posłowie PISu pod wpływem "perswazji" przewodniczącego klubu, wycofali także swoje podpisy z pod projektu ustawy o zakazie pornografii. W polityce społeczno gospodarczej realizowany był program Polski liberalnej  wbrew własnym zapisom programowym. Zdrada tego programu wynikała z przekonania, iż programy partyjne nie są zobowiązaniem politycznym i moralnym, a jedynie instrumentem pozyskiwania wyborców. Dlatego wszelkie deklaracje Jarosława Kaczyńskiego, po  okresie jego rządów są zupełnie niewiarygodne. Słowa bowiem nie zapowiadają czynów, a wprost przeciwnie zapowiadają politykę sprzeczną z wygłaszanymi deklaracjami. Zgadzam się z Jarosławem Kaczyńskim, który mówi, iż ten kto dzieli prawicę, uderza w Polskie. To zdrada programu prawicowego dzieli prawicę i odpowiedzialny za ten podział jest ten, kto zdradził prawicowe idee.

Otóż w tym kontekście dochodzimy do kwestii  ograniczenia suwerenności państw członkowskich poprzez ograniczenie suwerenności budżetowej zaproponowanej na ostatnim posiedzeniu Rady Europejskiej i entuzjastycznie powitanych przez premiera i ministra spraw zagranicznych. Te propozycje, pomimo proponowanego charakteru   porozumienia międzyrządowego, zmierzają w kierunku budowy Unii, jako państwa federalnego. W tej koncepcji Unia dyrygowana przez Niemcy ma przejąć większość  prerogatyw państw narodowych, stając się tym samym "superpaństwem", a państwa narodowe, jak wyraził się minister Sikorski mają zostać sprowadzone do roli amerykańskich stanów. W rzeczywistości,  amerykańskie stany są zupełnie suwerenne w kwestiach własnego budżetu, w przeciwieństwie do proponowanej unijnej kontroli budżetowej. Przenoszenie suwerenności państwowej z państw członkowskich na Unię  jest procesem stopniowym, ale konsekwentnym. Wprowadzenie euro, jak przyznał Romano Prodi, szef Komisji Europejskiej nie miało, żadnego ekonomicznego uzasadnienia, a jedynie realizowało koncepcję federalizacji Unii.   W ramach federalizacji zakłada  się o przenoszeniu innych prerogatyw państwowych na poziom unijny. Jarosław Kaczyński w czasie swego pobytu w Brukseli w 2007 roku wystąpił z projektem wspólnej europejskiej armii. Ten sam koncept zgłasza także obecnie. W ostatnim Gościu Niedzielnym nr 49 stwierdził: "Jesteśmy za Europą, która będzie posiadała własne, silne i sprawne siły zbrojne podlegające prezydentowi Unii Europejskiej. Dawałoby to Unii rzeczywistą pozycję światowego mocarstwa". Otóż ten program, specjalnie nie nagłaśniany, jest programem, któremu Kaczyński hołduje przynajmniej od 2007 roku. Stworzenie europejskiej armii, to kolejny etap federalizacji  Unii .  To faktyczna likwidacja suwerenności państwowej w zakresie bezpieczeństwa narodowego i przeniesienie jej na poziom unijny. To dalszy krok ku jej federalizacji poprzez przyznawanie jej nowych państwowych prerogatyw. Kaczyński postuluje, aby armia ta była dowodzona przez prezydenta Unii. Oznacza to, że obecnemu przewodniczącemu Rady Europejskiej przyzna się rzeczywiste uprawnienia głowy państwa. A zatem stworzenie takiej instytucji zwieńczyłoby proces "upaństwowienia" Unii Europejskiej i tym samym redukcji państw członkowskich do rangi prowincji.  Pomysł stworzenia armii jest pomysłem znacznie dalej idącym w zakresie federalizacji Europy, niż nawet lansowany przez niemiecka hegemonię, i popierany przez obecny rząd projekt ograniczenia suwerenności budżetowej. Po za zmianami instytucjonalnymi, wspólna armia,  tworzy Unię, jako "światowe mocarstwo". W zasadniczy sposób podważałaby  to solidarność transatlantycką  i zdawała nasze bezpieczeństwo narodowe  na łaskę i niełaskę niemieckiej hegemonii. To nie Europa narodów, ani ojczyzn, to jedno mocarstwo rządzone z Berlina. To projekt nie tylko zupełnie nieodpowiedzialny, ale faktycznie likwidujący naszą niepodległość.

Romano Prodi  powiedział w wywiadzie dla Financial Times, w kwietniu 1999 roku: "Dwoma filarami państwa narodowego są miecz i waluta; właśnie obaliliśmy jeden z tych filarów".  Jarosław Kaczyński natomiast postuluje obalenie drugiego filaru państwa narodowego. W płaszczyźnie koncepcji, pomysły Jarosława Kaczyńskiego są jeszcze bardziej niebezpieczne dla naszej suwerenności, niż to co proponuje  rząd. A zatem, jako naród znajdujemy się w dramatycznej sytuacji. Bowiem nie tylko rząd, ale i opozycja szermująca hasłami niepodległościowymi zmierza w tym samym kierunku Europy federalnej. PIS nie jest obrońca polskiej podmiotowości we współczesnym świecie, za jakiego się podaje. To wielka manipulacja. Za patriotyczną retoryka Kaczyńskiego kryje się konkurencyjna wobec rządowej, droga wyzbywania się niepodległości. Ta retoryka PiS jest tak samo wiarygodna, jak krytyka zmian w ustroju Unii zawarta w traktacie konstytucyjnym, czy polityka prorodzinna.  To jest tylko pozorowanie obrony suwerenności, po to aby zachować monopol partyjny  wśród prawicowej opinii publicznej i wykorzystać go, w przypadku zdobycia władzy, do  realizacji własnej, odmiennej od rządowej, koncepcji pozbawiania Polaków niepodległości. To, co różni PiS i PO, to nie zasadnicze różnice celów  politycznych, ale emocje i interesy partyjne.

Jarosław Kaczyński posiada dużą zdolność do mobilizacji społecznych nastrojów niezadowolenia. Obecny kryzys europejski, który niewątpliwie będzie bardzo dotkliwy i dla polskiego społeczeństwa, już budzi nastrój zniecierpliwienia i oburzenia w wielu grupach społecznych. Czteroletnia polityka  zaniechań rządowych  i próba przerzucania kosztów kryzysu na społeczeństwo polskie  z pewnością spotka się z narastającym oporem. Ten opór Kaczyński chce wykorzystać do walki z rządem i do przejęcia władzy. Dla niego, ta manifestacja, w przeciwieństwie do zdecydowanej większości jej uczestników nie służyła zamanifestowaniu przywiązania do niepodległego państwa polskiego, ale do umocnienia, nadszarpniętego wyborami i wyrzuceniem środowiska Ziobry z PiS, przywództwa nad prawicowa opinia publiczną. Ale to przywództwo, gdyby przekształciło się we władzę państwową  byłoby podobnym zagrożeniem dla podmiotowości naszego narodu, jak rządy PO. Kaczyński bowiem nie jest politykiem  wiarygodnym, choć zręcznie maskującym swoje prawdziwe oblicze polityczne. Jest politykiem odpowiedzialnym za wprowadzenie traktatu lizbońskiego w życie, do walki ze skutkami którego mobilizuje dziś społeczeństwo w celu zdobycia władzy. Jest politykiem, dla którego nie istnieją zobowiązania społeczne, a tylko liczy się skuteczność w zdobyciu władzy. Jest politykiem który używa słów jedynie do maskowania czynów i zamiarów. Wiarygodność jest niezmiernie cenna wartością w życiu publicznym, choć dziś zupełnie niedocenianą zarówno przez polityków, jak i przez opinię publiczna. Ale pozwala ona bezbłędnie oceniać, nie słowa i deklarację, a czyny. I dlatego pozwala na unikniecie iluzji i rozczarowań.I dlatego patriotyczna opinia publiczna powinna strzec się przed  Kaczyńskim i jego  działaniami, bo one podobnie jak i on sam są zupełnie niewiarygodne.

Marian Piłka
[fot. PAP/Andrzej Herchorowicz]

CS147fotMINI

Czas Stefczyka 147/2017

PDF (5,87 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook