Jedynie prawda jest ciekawa

Wassermann: zmowa milczenia nie potrwa wiecznie

26.10.2012

Z Małgorzatą Wassermann, córką śp. Zbigniewa Wassermanna rozmawiamy o konferencji smoleńskiej zorganizowanej przez naukowców, karnej i historycznej ocenie odpowiedzialnych za „katastrofę posmoleńską” i możliwym ujawnianiu akt śledztwa.

Stefczyk.info: - Jakie znaczenie dla wyjaśnienia katastrofy smoleńskiej może mieć poniedziałkowa konferencja naukowców?

Małgorzata Wassermann: - Pierwszy raz od 30 miesięcy mówiono o pewnych rzeczach otwarcie i nie były to głosy anonimowe. To konkretni ludzie, z imieniem, nazwiskiem i tytułem naukowym. Podkreślali, że to dopiero początek ich pracy. Ale na dziś nie ma innego wytłumaczenia dla zniszczeń tego samolotu i innych znanych materiałów niż eksplozja. Konsekwentnie i jednoznacznie wskazywali też na manipulacje i kłamstwa raportu Millera. Celowo nie mówię o raporcie MAK, bo on nawet nie jest wart rozmowy o nim. Natomiast od Polaków powinno się wymagać dużo więcej. Mam nadzieję, ze członkowie komisji Millera słuchali konferencji na bieżąco w internecie i zdają sobie sprawę, że przed nimi długi proces ustalania, dlaczego publicznie podali nieprawdę.

 

- Środowisko naukowe wreszcie wykazało się odwagą. To przełom?

- I to duży. Prof. Piotr Witakowski (z krakowskiej AGH, główny organizator konferencji – przyp. red.) powiedział mi, że będą konieczne ich dalsze konferencje, podsumowujące kolejne etapy prac, ale również inne sesje naukowe – związane z aspektami stricte prawnymi i socjologicznymi i tym, jak manipulowano faktami i jak okłamywano społeczeństwo. Zgadzam się z tym w stu procentach. I bardzo boleję nad tym, że mamy w Polsce tak wielu utytułowanych karnistów, a przez te 30 miesięcy żadnemu z nich nie wystarczyło odwagi i ochoty, by uderzyć pięścią w stół i powiedzieć: dość tego. Tym bardziej, że błędy dotyczące procedur karnych popełniane na oczach całego świata są tak oczywiste, że nie trzeba żadnego tytułu naukowego, aby powiedzieć, że tak się nie prowadzi nawet sprawy kradzieży roweru z piwnicy.

 

- Jak zmusić „czynniki oficjalne”, by choć w części zajęły się tym, o czym profesorowie mówili w poniedziałek?

- Myślę, że się tym nie zajmą. I to jest dla mnie całkowicie zrozumiałe. Przecież blokowanie udziału Polaków w wyjaśnianiu tej katastrofy i powszechne odmowy na płynącą z całego świata pomoc, nie umknęły w zamieszaniu, ale są działaniami celowymi. Jest zmowa milczenia i jest w tym interes. Jeżeli jedna z osób zacznie mówić, to zmobilizuje całą resztę. Nie wierzę, by członkowie rządu sami z siebie przyznali się do błędów. Trzeba będzie ich z tego rozliczyć, ale to dopiero po ustąpieniu ze sprawowanych funkcji.

 

- Czy w takim razie komisja międzynarodowa jest jakimś rozwiązaniem?

- Wydaje się konieczna. Widać, że państwo polskie absolutnie nie stanie na wysokości zadania. Nie ma cienia wątpliwości, że tylko autorytety z całego świata, również z Polski, są w stanie jednoznacznie powiedzieć, co tam się wydarzyło.

 

- Ale nawet jeśli powstałaby taka komisja, jakie jej ustalenia mogą mieć konsekwencje prawne w Polsce. Jest pani prawnikiem, pilnie obserwuje to śledztwo, zna jego materiały, wie, ile już teraz można postawić zarzutów niedopełnienia obowiązków, kłamstw, fałszerstw w oficjalnych dokumentach. A nic takiego się nie dzieje.

- W zależności od poszczególnych osób ta odpowiedzialność kształtuje się inaczej. W przypadku osób pełniących najwyższe funkcje, możemy mówić o Trybunale Stanu. Od osób niższego szczebla powinna zostać wyciągnięta odpowiedzialność prawno-karna, przede wszystkim niedopełnienia obowiązków, przekroczenia uprawnień, ale również – już dziś są wskazujące na to sygnały – celowego fałszowania dokumentacji, czyli poświadczenia nieprawdy w dokumentach lub utrudniania postępowania. Będzie bardzo duże pole do popisu dla prowadzących w przyszłości te postępowania, bo – to może szczęście w nieszczęściu – wypowiedzi i zachowania wszystkich odpowiedzialnych były nieustannie rejestrowane. Mamy już dziś nieudolne próby tuszowania, jak w przypadku pani minister Kopacz wmawiającej nam w żywe oczy, że nie mówiła tego, co mówiła. Ale fakty są faktami. Kiedyś doczekają się oceny prawno-karnej. Już nie mówię o ocenie moralnej, politycznej czy historycznej, bo nie chciałabym być w skórze tych osób i jestem przekonana, że będą jednoznacznie opisywane przez historię. Jestem pewna, że ta katastrofa znajdzie swoje miejsce w podręcznikach historii. I będziemy w nich figurowali po dwóch różnych stronach.

 

- Czy wciąż nie wyklucza pani konieczności publikowania dokumentów ze śledztwa w celu wyświetlenia prawdy? Takie niestandardowe metody jednak ocierają się o łamanie prawa.

- To ostateczność, ale jeśli nie będzie innego wyjścia, zrobimy to. Dopóki możemy, staramy się pokazywać pewne rzeczy bez łamania prawa. Ta prawda jest bardzo nierówna. Wystarczy przypomnieć wypowiedź pana Prokuratora Generalnego, który wykluczył zamach. A zapomniał dodać, na podstawie gdzie i jak przeprowadzonych badań. W poniedziałek cały dzień przedstawiano dowody, jakich badań nie zrobiono i jak bardzo ich brakuje. My o tym wszystkim wiemy. Przecież jeżeli czegoś się nie bada, nie sposób to wykluczyć. Mogę tylko powiedzieć, że w tym zakresie nie ma żadnych ustaleń, bo nic nie zrobiono, aby były one możliwe.

 

- Ujawnienie jakich dokumentów byłoby taką oczyszczającą bombą pokazującą, jak było naprawdę z badaniem katastrofy smoleńskiej?

- Praktycznie kartka po kartce tego, co jest w aktach. Ale to wymagałoby też komentarza ze strony osoby znającej procedury prawne. Przeciętny człowiek, który nie jest prawnikiem nie będzie wiedział, co oznaczają pewne dokumenty i jak należy je czytać. Na przykład jeśli mamy zasadę bezpośredniości, a od razu 10 kwietnia zlecamy wykonanie wszystkich czynności stronie rosyjskiej w ramach pomocy prawnej, to z góry zakładamy, że nie będziemy wykonywać czynności samodzielnie. Tym bardziej, że w tym samym czasie zbierają się do wylotu prokuratorzy do wylotu na miejsce zdarzenia. Tam są kryminalistycy. Co prawda w liczbie kilku – porażającej jak na katastrofę o takiej skali – ale jednak gotowi zabezpieczać próbki do badań. Z tego co wiem, nie zabezpieczyli nic.

 

not. ruk

[Fot. PAP / Radek Pietruszka]

Słowa kluczowe:

katastrofa

,

rząd

,

MAK

,

Leszek Miller

,

Trybunał Stanu

CS147fotMINI

Czas Stefczyka 147/2017

PDF (5,87 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook