Jedynie prawda jest ciekawa

Gorące tematy:

Tusk boi się polskiego parlamentu?

14.12.2011

Rozmowa z posłem dr hab. Krzysztofem Szczerskim o europejskiej dyplomacji w wykonaniu polskiego premiera, roli Niemców w Europie oraz przyszłości euro.

W interesie Polski nie leży jednolite zarządzanie polityką gospodarczą, bo to oznacza ujednolicenie podatków. Polska, póki nie przyjmie euro, nie będzie też mogła brać udziału w glosowaniu nad sankcjami dla państw strefy euro. Zatem po co ministrowie  Rostowski i Sikorski i premier Tusk na siłę sadzali Polskę przy tym stole? Zwłaszcza, że – co zapowiedział Krzysztof Rybiński – wiadomo było, że w ruch pójdzie kapelusz na zrzutkę…

- Trzeba zacząć od tego, że  każdego kolejnego dnia dochodzą do nas informacje na temat tego co ustalono na tym szczycie, a właściwie  czego  tam nie ustalono.. W poniedziałek po Radzie,  minister Dowgielewicz ogłosił, że nie bardzo jeszcze wiadomo, jak ma wyglądać owa zrzutka na strefę euro, bo te decyzje dopiero teraz będą dopracowywane. Nawet nie ma zapowiedzianego wcześniej podziału koniecznej sumy na kraje strefy euro - w większości, i mniejszego udziału państw spoza strefy euro. Teraz się okazuje, że to będzie ogólna zrzutka i nie wiadomo ile to naprawdę będzie nas kosztowało. Nie wiadomo też, jak ma wyglądać  „unia fiskalna”, ów  pakt, który rzekomo został wynegocjowany…

Prym w UE wiedzie euro grupa. A w ramach euro grupy Niemcy. Może rząd wychodzi z założenia, że Polska nie ma wyboru. Lepiej być w euro grupie – jako członek drugiej kategorii, niż nie być…

- Dwa elementy są ważne. Uważam, że jest to pewna pułapka myślowa – w sensie koncepcji polityki zagranicznej – w którą dał się złapać premier Tusk. Pułapka mówiąca o tym, że jest tylko jedno centrum, a kto w centrum nie jest, ten jest na peryferiach. Myślenie, że jest tylko jedno trwałe centrum, a kto nawet nie jest do centrum podłączony – jak do kroplówki, ten jest na peryferiach, jest dość anachroniczne. Jest to również błąd metodologiczny i koncepcyjny, dlatego że UE od zawsze była policentryczna.
Jest jeszcze druga rzecz. Jeśli brać na poważnie, to co mówi premier Tusk o stanie polskiej gospodarki i polskiego budżetu, to jaki jest sens podłączać polską konkurencyjną gospodarkę, polską zieloną wyspę do stagnacyjnej strefy euro? Myśląc logicznie, tak nie ma to sensu. Zatem, po co wrzucać polską zieloną wyspę do bagna recesyjnego strefy euro? Jaki jest sens podłączać Polskę do centrum stagnacyjnego, kiedy to my jesteśmy  konkurencyjni będąc poza nim.

Premier Cameron zapowiedział, że przystanie na pakt, jeśli będzie on leżał w interesie Wielkiej Brytanii. A że nie leżał, to nie podpisał – proste i logiczne. Czy była szansa na stworzenie koalicji polsko-brytyjskiej na rzecz nie tworzenia UE dwóch prędkości?

- Nie wiemy, co powiedział Cameron Tuskowi przed szczytem i czy była taka szansa w trakcie rozmów, bo trzeba by znać ich dokładny przebieg. Natomiast można powiedzieć kilka rzeczy z perspektywy obserwatora zewnętrznego. Po pierwsze, nigdy nie jedzie się na negocjacje ogłaszając wcześniej, jakie się zamierza przyjąć ostateczne stanowisko. Premier Tusk zadecydował, ustami ministra Sikorskiego, przed szczytem Rady Europejskiej, że godzi się i apeluje wręcz o przywództwo niemieckie. W tym sensie, na wejściu zawęziliśmy sobie pole negocjacyjne. Po drugie, w trakcie tego posiedzenia zrodziła się sytuacja, w której oto pojawiła się grupa państw, które nie odniosły się entuzjastycznie do pomysłu francusko-niemieckiego i były to konkurencyjne państwa spoza strefy euro: Szwecja, Czechy, Wielka Brytania, Węgrzy.  A jeśli pojawia się jakaś nowa dynamika w negocjacjach, nowa sytuacja, to trzeba ją wykorzystać. Grając sytuacją, że mamy wybór, że nie jest tak, że mamy tylko jedno centrum, ale że jest oto druga konkurencyjna grupa, która wyraża się sceptycznie. Wtedy Polska mogła tą sytuację rozegrać tak, by uzyskać jakieś prawa, jeśli nawet miała zgodzić się na te nowe obowiązki, to uzyskać za nie jakieś prawa.

Polska mogła zgłosić jakieś uwagi do tego projektu lub zażądać opt-out w jakiejś sprawie, tak? Szwecja zagwarantowała sobie prawo wniesienia parlamentarnych zastrzeżeń.

- Problem jest taki, że widać wyraźnie, iż premier Tusk boi się przyjść w ramach formalnej procedury ratyfikacyjnej do polskiego parlamentu. I cały wysiłek, który się dzisiaj gdzieś w zakamarkach obozu rządzącego odbywa, jest skierowany na to, by zamienić debatę o szczycie w show polityczny ale jednocześnie  obrać formalnie taką ścieżkę, żeby parlament nie musiał tego ratyfikować, żeby do parlamentu z tym nie przyjść. Będzie zatem bardzo upolityczniona, PR-owska debata w tym tygodniu będzie gra na podział: „szaleńcy” i „prawdziwi europejczycy”. Ale, z drugiej strony premierowi zależy by nie mieć formalnych konsultacji z parlamentem, który miałby wyrazić formalną opinię na temat tych ustaleń. Polska jest jednym z nielicznych krajów, gdzie nie było konsultacji z parlamentem przed Radą Europejską, mimo że prosiliśmy o to dwukrotnie, żeby tego typu rozmowy się odbyły.

Umowa międzyrządowa zakłada, że automatyczna akcja naprawcza będzie podjęta w przypadku przekroczenia deficytu i długu, ale: można ją przegłosować. Jest to powtórka z Paktu stabilizacyjnego, gdzie silni nie płacą… Przedstawione propozycje nie gwarantują także rozwiązania obecnych problemów związanych z gwałtownie rosnącymi kosztami zadłużenia, a koncentrują się na nadmiernym zadłużaniu się państw.

- Istnieje teza, że cała ta dynamika dzisiaj, to jest pewna gra między rządami, a inwestorami, rynkami i agencjami ratingowymi. Po wielkiej bańce spekulacyjnej, po upadku Lehman Brothers, po pierwszej fali kryzysu, rządy próbowały pokazać swoją siłę i trochę przykręciły, ściślej uregulowały kwestię dostępnych instrumentów finansowych, by uchronić się przed kolejną bańką spekulacyjną. I ukróciły tym samym swobodę działania inwestorów. Ci się zemścili na państwach robiąc akcje odwrotną: nie wykupując obligacji i walcząc z państwami poprzez agencje ratingowe. To jest takie przeciąganie liny i decyzje, które zapadły w Brukseli są pochodną  tego głównego dzisiaj pola sporu. To jest spór między państwami a światem finansowym.

Minister Rostowski straszy wojną, jeśli upadnie euro. Robert Gwiazdowski z Centrum im. Adama Smitha dowodzi, że ZSRR upadł, rubel  transferowy upadł, a wojny nie było…

-  Oczywiście rozejście się strefy euro jest możliwe. Są przykłady dinara jugosłowiańskiego, ale przede wszystkim  korony czechosłowackiej, gdzie doszło do rozejścia się na dwa państwa i dwie waluty, i okazało się  to możliwe i spokojne. Wewnętrzna nierównowaga strefy euro, która może spowodować jej rozpad po pierwsze była wpisana w jej naturę, z powodu połączenia jedną walutą różnych gospodarek. Ale także jest ona  efektem funkcjonowania strefy związanym z tym, że te państwa są nie tylko powiązane gospodarczo,  łączy je nie tylko rynek, ale także wierzyciele i dłużnicy są wymieszani w tej strefie. To  decyzją polityczną Niemcy zaczęły wykupywać obligacje greckie, by Grecy za pożyczone pieniądze kupowali niemieckie towary, i tym samym - w momencie recesji - Niemcy nie straciły swoich rynków eksportowych w ramach strefy euro.

Kryzys gospodarczy bardzo szybko pokazał nieaktualność traktatu lizbońskiego – próbuje się to zaleczyć kolejnym traktatem. Kraje wzajem się oszukują co do danych makroekonomicznych – wiec wprowadza się regulacje. Mamy deficyt demokracji więc naciska się na dalszą integrację, która ma zwalczać tenże deficyt demokracji? Podobnie propozycja jednej listy do PE, wspólny szef Komisji i Rady, ograniczenie składu Komisji itd. Wydaje się, że UE zabrnęła w ślepą uliczkę i próbuje przebić głową muru…

- Ja głoszę tezę o konieczności wielkiej europejskiej deregulacji. Rzeczywiście UE jest przeregulowana i to powoduje, że  traktat lizboński właśnie zamiast stać się kołem zamachowym deregulacji i rekompozycji, bo tam można było stworzyć - jak mówiła prof. Staniszkis – logikę lokalnej integracji,  został wykorzystany jako trampolina do kolejnych ponadnarodowych regulacji. Europa jest przeregulowana a powinna stać się demokracją międzyrządową.
Dzisiaj jest tak, że demokracja jest wyłącznie w państwach, więc relacje między państwami powinny mieć charakter demokratyczny, a nie w ramach  rzekomego ludu europejskiego. - Głównym decydentem są Niemcy. Mają silną gospodarkę, przewartościowali swoją historię i chcą Unii zcentralizowanej i regulowanej. A UE pójdzie w kierunku, który narzuci jej najsilniejszy członek, zwłaszcza w czasie kryzysu.
Dlatego trzeba wołać o przywództwo polityczne w Europie. Dopóki nie będzie przywódców politycznych z prawdziwego zdarzenia dopóty to wszystko będzie szło w takim - według mnie degenerującym – kierunku.  W kierunku Unii  opartej na władzy dyscyplinującej, sile gospodarczej i coraz ściślejszych regulacjach. Nie chciałbym też, by w wyniku tego,  okazało się, że nowa Unia wyklaruje się w buncie społecznym – bo też jest taka możliwość. Albo pojawi się polityczne przywództwo, które skanalizuje i stanie na czele społecznego buntu, albo społeczeństwo samo znajdzie sobie przywódców.

Jest jeszcze trzecie wyjście… Czwartkowy szczyt Rady Europejskiej wykazał, że unia monetarna w ramach jednych i tych samych ram prawnych nie może współżyć z grupą państw nie będących jej stałymi członkami. Byliśmy świadkami dużego konfliktu na styku UE-strefa euro. I narodzin kolejnego kryzysu, przy czym nie rozwiązano poprzedniego. Trzecie wyjście tu upadek UE, a raczej jej powolne przechodzenie w niebyt jak Ligi Narodów.

- Może i upaść, albo się zdezintegrować – powiedzmy elegancko. Gdy  jeszcze kilka lat temu przewidywałem scenariusze rozpadu UE, to byłem uważany za szaleńca i za kogoś, kto jest fantastą i nie lubi Europy. Ja to głosiłem lat temu kilka. A teraz uważam, że weszliśmy na taką ścieżkę przyszłości Unii, że jednym z jej końcowych etapów  jest też rozpad UE. I trzeba poważnie zacząć mówić o tym już teraz.

Z ciekawości, kto będzie pisał nowo przyjęte porozumienie? Przecież nie Służba Prawna Rady UE, bo to nie traktat unijny ale międzyrządowy? I kto będzie go wykonywać? – Cameron już wspominał, że trudno by wykorzystywać do tego organa unijne.

- Myślę, że będzie tak jak zawsze, tak jak Konstytucji nie pisali członkowie Konwentu Europejskiego, tylko jacyś panowie na zapleczu i Giscard d'Estaing przyniósł na koniec projekt konstytucji i wszyscy się zachwycili, że to jest wynik właśnie ich pracy. I teraz też są odpowiedni ludzie, którzy to napiszą. Natomiast  bardzo ważne, także w kontekście Polski, jest ot, że przypuszczalnie efektem tego paktu będzie przekazanie pewnych kompetencji któremuś z organów ponadnarodowych. Bo ktoś musi wykonywać działania wynikające z paktu fiskalnego. Pewnie będzie to Komisja i ETS. A to oznacza przekazywanie kompetencji suwerennych instytucjom ponadnarodowym, co wyczerpuje zapis artykułu dziewięćdziesiątego w Polskiej Konstytucji, co oznacza, że powinno to być przyjęte większością 2/3 głosów. Nie da się tego, według mnie, ominąć. Poza jakimś super trikiem prawnym, czyli na przykład  pakt w ramach strefy euro plus, ale tak dalece igrać z rzeczywistością już nie można.

Rozmawiał
Grzegorz Makuch

Krzysztof Szczerski
dr hab. nauk o polityce, pracownik naukowy UJ, poseł na Sejm RP VII kadencji (klub parlamentarny Prawo i Sprawiedliwość), wcześniej m.in.: wiceminister spraw zagranicznych, członek Rady Służby Cywilnej, doradca strategiczny PiS w Parlamencie Europejskim; specjalizuje się w kwestiach polityki europejskiej i administracji publicznej; wyróżniony Nagrodą Prezesa Rady Ministrów RP za pracę habilitacyjną "Dynamika systemu europejskiego"

CS141fotMINI

Czas Stefczyka 141/2017

PDF (4,89 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook