Jedynie prawda jest ciekawa

Staniszkis: To był sprzeciw wobec nihilizmu władzy

02.10.2012

Sobotni marsz to było coś więcej niż PiS, coś więcej niż "Solidarność", coś więcej niż Rodzina Radia Maryja i widzowie Telewizji Trwam. To byli ludzie, którzy chcieliby coś robić razem, którzy wiedzą, że wolność jest w Polsce zagrożona - mówi prof. Jadwiga Staniszkis.

Stefczyk.info: Co udowodnił sobotni marsz? Siłę Solidarności? Ojca Rydzyka? Jedność prawicy? Jeszcze coś innego?

Prof. Jadwiga Staniszkis: Muszę przyznać, że przed tym marszem byłam dość sceptycznie nastawiona, bo uważam że na ulicy trudno uniknąć czy to demagogii, czy to prowokacji. Sama poszłam na marsz, bo poraził mnie taki nihilizm Donalda Tuska i Ewy Kopacz podczas ostatniej debaty w Sejmie. To była decyzja spontaniczna. Zaproszono mnie potem do grona polityków, tak że w końcu szłam w tym samym szeregu co Ludwik Dorn i Zbigniew Ziobro. Dla mnie ten marsz przede wszystkim wzmocnił przekonanie, że konieczna jest jedność prawicy w wymiarze politycznym. Sytuacja jest tak poważna, że nie można gubić dziś żadnego wartościowego polityka – od PJN przez Solidarną Polskę, aż po ten główny nurt PiS-owski. Konieczny jest wysiłek w tym kierunku. Po drugie ten marsz pokazał, wbrew temu co się mówi w wielu komentarzach – j pewną autonomie poszczególnych nurtów. Bo ojciec Rydzyk mimo, że szedł potem z przodu marszu, to jednak występował tylko w Kościele, występował z przekazem dotyczącym pewnej formacji duchowej. Może tylko niepotrzebnie wstawił te zdania o swoje szkole.

W wątku politycznym byli widoczni przede wszystkim PiS i "Solidarność". Ale i tu każdy zachowywał swoją domenę i autonomię. Piotr Duda wyraźnie zaznaczył, że związek został wypchnięty na ulicę, ponieważ Tusk i Kopacz nie wpuścili ich do Sejmu na kluczową debatę o reformie emerytalnej, a negocjacje czy konsultacje były pozorowane. Nie przyjęto ich propozycji pod dyskusję, nie respektowano podpisów ws. referendum.

Trzeci element, który można był zauważyć z perspektywy uczestnika marszu, to fantastyczna organizacja. Ludzie dawnego CBA, którzy zaangażowali się w to przedsięwzięcie bardzo dobrze się sprawdzili. Widać było też drugie tyle ludzi stojących na chodnikach, czy w oknach.

Nie było chyba agresji, której spodziewało się wielu komentatorów...

Absolutnie nie było agresji. Czuło się natomiast przekonanie ludzi, że zmiana jest konieczna i powaga wielu ludzi, którzy czują, że państwo jest używane przez klasę polityczną, powstałą poprzez upartyjnienie państwa, którzy rozumieją, że ta klasa polityczna przerzuca koszta kryzysu na społeczeństwo. Nie ma wizji rozwoju. Była też reakcja podobna do mojej – taka wściekłość i poczucie bezsilności na zademonstrowany nihilizm władzy. I to było bardzo poważne. Szkoda byłoby, żeby PiS to zmarnował.

A więc czym był marsz?

To było coś więcej niż PiS, coś więcej niż "Solidarność", coś więcej niż Rodzina Radia Maryja i widzowie Telewizji Trwam. To byli ludzie, którzy chcieliby coś robić razem, którzy wiedzą, że wolność jest w Polsce zagrożona. Bo przecież wolność to jest miejsce dla ludzi, z którymi się nie zgadzamy, również wpuszczanie tych nurtów, które artykułują odmienne poglądy. Uczestniczy marszu mieli poczucie, że wolność jest zagrożona, że za byle krytykę rządu można mieć kłopoty. Podczas marszu rozmawiałam z nauczycielami, którzy opowiadali mi jakie czystki odbywają się w szkole, przy okazji ich likwidacji, gdzie głównym kryterium są poglądy. Dyrektorzy szkół są podporządkowani samorządom. Widać, że znów zaczyna rządzić strach. I to było coś więcej niż program PiS, który ma bardzo dużo mankamentów. Boję się tylko, że w grze politycznej, gdzie sami posłowie boją się otwarcia na innych, bo tu zawsze wchodzi w grę kwestia miejsc na listach, zacznie się coś poniżej tego, co było na marszu. A ważne jest, żeby powaga sytuacji nie została zmarnowana przez małe gierki polityczne.

not. ansa

[fot. ansa]

CS147fotMINI

Czas Stefczyka 147/2017

PDF (5,87 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook