Jedynie prawda jest ciekawa

Teraz będą straszyć "pisowską Grecją"

26.06.2015

Po przegranych wyborach prezydenckich przez kandydata Platformy Bronisława Komorowskiego, do świadomości czołowych polityków tej partii chyba już doszło, że straszenie PiS-em i jego czołowymi politykami, nie jest już ani trochę skuteczne.

Notowania Prawa i Sprawiedliwości w kolejnych badaniach opinii publicznej i to wszystkich ośrodków badawczych zdecydowanie przekraczają 30% podczas gdy Platformy oscylują w granicach 20%.

Stąd jak się wydaje, główni PR-owcy Platformy doszli do wniosku, że straszenie samym PiS-em już nie działa więc trzeba to połączyć z jakąś dziejąca się na naszych oczach tragedią i tak padło na Grecję.

Rzeczywiście niezależnie od rozstrzygnięć dzisiejszego szczytu w Brukseli, Grecja tak naprawdę jest krajem zbankrutowanym ponieważ trudno sobie wyobrazić, żeby po 6 latach recesji i zwijania się gospodarki, kraj ten był w stanie obsługiwać dług publiczny, który obecnie sięga 170% PKB (kłopoty Grecji zaczęły się w 2009 roku przy długu publicznym wynoszącym 120% PKB).

Nie jest to czas i miejsce, żeby analizować przyczyny, które doprowadziły ten kraj do bankructwa ale nie ulega wątpliwości, że jedną z głównych, było jego wejście do strefy euro, bez spełnienia warunków wynikających z Paktu Stabilności i Wzrostu i mało konkurencyjnej gospodarce.

W tym miejscu należy przypomnieć, że to nikt inny jak ówczesny premier Donald Tusk na jesieni 2008 na Forum Ekonomicznym w Krynicy zapewniał zdumionych uczestników, że Polska wejdzie do strefy euro już w 2011 roku (dopiero na drugi dzień, po zorientowaniu się przez jego otoczenie, że nawet ze względów technicznych nie będzie to możliwe, poprawiono tę datę na rok 2012).

Gdyby tę polityczną zapowiedź zrealizował, to Polska do tej pory, byłaby już na greckiej ścieżce, ponieważ podobnie jak Grecja nie spełniałaby wtedy ani kryteriów monetarno - fiskalnych ani warunku konkurencyjności gospodarczej.

Zdaniem czołowych polityków Platformy straszenie „pisowską Grecją” jest jak najbardziej uprawnione, ponieważ zarówno prezydent-elekt Andrzej Duda jak Prawo i Sprawiedliwość, w swoich programach, mają jakoby zapisane ogromne dodatkowe wydatki budżetowe (posługują się nie bardzo wiadomo przez kogo policzoną kwotą ponad 300 mld zł związanych z realizacją obietnic wyborczych).

Jak te dodatkowe wydatki będą wyglądały w praktyce objaśnię na przykładzie dwóch prezydenckich projektów ustaw, jednego dotyczącego powrotu do poprzedniego wieku emerytalnego, drugiego dotyczącego zwiększenia do 8 tys. zł kwoty wolnej od podatku dochodowego.

Ponieważ nieznany jest jeszcze ich ostateczny kształt, to trudno szacować jakie będą ich wszystkie skutki finansowe i jaka ich część będzie musiała być sfinansowana w ramach budżetu państwa na rok 2016.

Z rozmów jakie kandydat na prezydenta Andrzej Duda prowadził z dwoma największymi centralami związkowymi Solidarnością i OPZZ wynika, że związkowcy oczekiwali powrotu do poprzedniego wieku emerytalnego (60 lat- kobiety, 65 lat- mężczyźni) jednak w powiązaniu z ilością lat pracy, a mówiąc precyzyjniej z ilością lat składkowych więc jeżeli w konsultacjach tego rodzaju rozwiązania zostaną przyjęte, to ich ostateczne koszty będą wyraźnie mniejsze niż się powszechnie sądzi.

Drugi sztandarowy projekt, zwiększenie kwoty wolnej od podatku do 8 tysięcy złotych, został oszacowany jeżeli chodzi o skutki dla finansów publicznych przez Centrum Analiz Ekonomicznych (CenAZ) na kwotę 21,5 mld zł.

Zdaniem ekspertów CenAZ wprowadzenie takiej kwoty wolnej od podatku uszczupliłoby wpływy z PIT o 18,4 mld zł i wpływy ze składek NFZ o kolejne 3,5 mld zł ale jednocześnie zmalałyby wydatki budżetowe na świadczenia rodzinne o około 0,4 mld zł.

Zmniejszenie wpływów jednak to tylko jedna strona medalu, przecież te pieniądze pozostałyby w kieszeniach podatników i w dużej mierze zamieniłyby się w dodatkowy popyt prawdopodobnie w podobnej wysokości, co oznacza, że wyraźnie wzrosną wpływy z VAT, a także z podatku CIT.

Co więcej kwota wolna od podatku może być ustanowiona jako kwota degresywna czyli zmniejszająca wraz ze wysokością rocznego dochodu, co oznaczałoby że pełną kwotę 8 tys. zł odliczenia mieliby podatnicy o najniższym poziomie dochodów rocznych, więc skutki finansowe takiego rozwiązania, byłyby wyraźnie niższe niż oszacowane przez CenAZ.

„Pisowska Grecja” naprawdę Polsce nie grozi, daremne żale, próżny trud, Państwo politycy Platformy.

Zbigniew Kuźmiuk

[FOTO: PAP/ EPA]

CS148fotMINI

Czas Stefczyka 148/2017

PDF (10,17 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook