Jedynie prawda jest ciekawa

Szewczak: Polacy na skraju nędzy

26.09.2012

Portal Stefczyk.info porozmawiał z Januszem Szewczakiem, głównym ekonomistą SKOK-ów o dochodach w Polsce. Szewczak uważa, że Polacy to europejscy żebracy.

Stefczyk.info: Przytoczę komentarz Henryka Lewandowskiego, naszego wnikliwego internauty: „Najniższe wynagrodzenia za pracę (czyli punkt odniesienia pozostałych wynagrodzeń) są w Polsce ustalane na poziomie znacznie niższym od kosztów utrzymania. Usilne starania Związków Zawodowych o podniesienie płacy minimalnej do połowy średniej, dowodzą absolutnego oderwania także przedstawicieli pracowników od rzeczywistości. Aktualnie w naszym kraju nawet cała płaca średnia NETTO nie wystarcza na utrzymanie czteroosobowej rodziny. Oto fakty: Weźmy rok 2011. Minimum socjalne (obliczone przez IPiSS) wynosiło 3221,50 złotych netto. Natomiast przeciętne wynagrodzenie w gospodarce narodowej w 2011 roku osiągnęło poziom 3399,52 zł brutto, czyli „na rękę” pracownik otrzymywał 2435,40 zł, a więc o 786,10 zł mniej od kosztów utrzymania rodziny na poziomie minimum socjalnego.” Czy pan potwierdza to wyliczenie?

Janusz Szewczak, główny ekonomista SKOK-ów: To wyliczenie jest prawdziwe. Sam wielokrotnie zwracałem uwagę na te proporcje. Co prawda to przeciętne wynagrodzenie jest gdzieś na poziomie 3680 złotych, ale różnica jest minimalna, a proporcje się zgadzają. Mamy więc poważny problem. Dziś ponad 60 procent Polaków żyje poniżej minimum socjalnego. To są oficjalne gusowskie statystyki. Dodajmy teraz do tego 3,5 miliona Polaków, którzy zatrudnieni są na umowach śmieciowych i dostaniemy dramatyczny obraz na rynku pracy. Mamy w tej chwili największą liczbę osób zatrudnionych na takich umowach od 20 lat. Daje nam to pierwsze miejsce w Europie. Mówienie dzisiaj o konieczności uelastycznienia zatrudnienia w Polsce jest aberrację umysłową, to czyste brednie. Przy takiej elastyczności, jak my mamy, ciężko sobie wyobrazić jeszcze jej zwiększenie. No chyba, że przyjmiemy założenie, że Polacy w ogóle powinni pracować bez wynagrodzenia. Mamy też debatę o płacy minimalnej. Pracodawcy uważają, że jest ona zbyt wysoka, a przecież tak naprawdę ta kwota nie daje szansy na przeżycie. Przypomnijmy, że płaca minimalna w Polsce od przyszłego roku będzie na poziomie 1600 złotych. Jednak płaca minimalna w Irlandii wynosi około 3000 złotych, w Niemczech, Francji około 5 tysięcy złotych, a w Norwegii wynosi ona około 9 tysięcy złotych. Z tego widać, że jesteśmy po prostu nędzarzami i żebrakami Europy. Gospodarczo nie dorastamy do pięt nawet krajom przeżywającym największy od lat kryzys, takim jak Hiszpania i Grecja. Średnia płaca w Grecji wynosi około tysiąca euro.

 

Pytanie tylko czy Grecja, która stoi na skraju bankructwa, m.in. z powodu rozbuchanego socjalu, to dobry przykład?

Grecja nie bankrutuje z powodu wysokich płac, tylko z powodu kredytów i wysokiego zadłużenia w zagranicznych bankach. Polska nie może być jedynym krajem w Europie, którego konkurencyjność i rozwój (który w tej chwili i tak zanika) są oparte na skandalicznie niskich wynagrodzeniach. Przecież w Polsce koszty utrzymania i życia są tak wysokie jak na Zachodzie, nawet ceny samej żywności doszusowały do cen w Europie Zachodniej. Koszty utrzymania mieszkania w dużych miastach w Polsce są wyższe niż w niektórych metropoliach strefy euro. Podobnie jest z usługami. Tymczasem płace mamy trzy, cztery razy niższe. Tego stanu powszechnej nędzy nie da się na dłuższą metę utrzymać.

 

Jednak nic nie wskazuje na to, żeby miało być lepiej. Siła nabywcza naszych wynagrodzeń słabnie, pracodawcy raczej pensje obniżają niż podnoszą.

Tak jest. Obserwujemy proces zamrażania płac, czyli realnego spadku płac, bo przy inflacji za tę samą pensję możemy kupić mniej czy rok czy dwa lata temu. Jeśli porównamy kwotę, którą podaje pan Lewandowski, kwotę przeciętnego wynagrodzenia i porównamy ją z europejskim progiem ubóstwa, który mieści się w UE między 4 a 7 tysięcy złotych, to pokazuje gdzie my jesteśmy. Nawet ci, co zarabiają te średnie 3 tysiące, są w porównaniu z pracownikami w Europy Zachodniej biedakami. A przecież pamiętajmy, że wszystkie średnie, to statystyczna lipa. Nie powinno być tak, że kasjerka w Lidlu po polskiej stronie zarabia 1500 złotych, a taka sama kasjerka, za taką samą pracę w takim samym Lidlu, tylko po drugiej stronie rzeki zarabia 1500 euro, a ceny się niczym nie różnią. Jednak właśnie tak jest. Wzrost wynagrodzeń w Polsce mógłby być jednym z czynników, które mogą się przyczynić do wyjścia przez Polskę z kryzysu, uruchomić koniunkturę.

 

Z Januszem Szewczakiem rozmawiała DLOS

[Fot. Janusz Szewczak]

 

CS147fotMINI

Czas Stefczyka 147/2017

PDF (5,87 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook