Jedynie prawda jest ciekawa

System ochrony zdrowia to "wolnoamerykanka"

04.10.2012

Rozmawialiśmy z premierem w marcu, skierował nas do ministerstwa zdrowia i ministerstwa pracy. Od marca nie mamy żadnego sygnału, co dzieje się z naszymi postulatami - mówi Iwona Borchulska, szefowa OZZPiP w rozmowie ze Stefczyk.info.

Ogólnopolski Związek Zawodowy Pielęgniarek i Położnych w marcu spotkał się premierem. Wtedy doszło do porozumienia. Skąd zatem pomysł demonstracji teraz? Co się od tego czasu zmieniło?

Właśnie chodzi o to, że niewiele się zmieniło. Wtedy środowisko pielęgniarek rozmawiało z premierem o wydłużeniu wieku emerytalnego. Ustaliliśmy, że są problemy z przepisami prawnymi, kontraktami, czasem pracy, brakiem norm. Z tym wszystkim, o czym mówimy od lat. Pan premier zadeklarował wtedy, że sceduje te nasze sprawy na kompetentnych ministrów - ministra pracy i ministra zdrowia. Od marca z ministerstwa pracy nie dostaliśmy żadnego sygnału, z ministerstwa zdrowia płynęły zapewnienia i deklaracje rozwiązania problemów, nawet padały konkretne daty. Tylko, że kiedy nadchodził termin to zawsze słyszeliśmy o obiektywnych powodach przez które tego czy tamtego nie dało się zrealizować i padały kolejne zapewnienia i kolejne daty. I tak to trwa do dziś.

Czy czujecie się państwo lekceważeni przez premiera?

Fakty są takie, że mieliśmy jakieś umowy i one nie są dotrzymywane. To były umowy, za które miały być odpowiedzialne dwa ministerstwa, zdrowia i pracy. Teraz chcemy o tym poinformować premiera, bo ciągle mamy nadzieje, że może premier o tym nie wie. Chociaż kierowaliśmy już do niego pisma w tej sprawie, ja sama takie pisma przygotowywałam, ale może do niego nie dotarły. Stąd pomysł manifestacji, która ma zwrócić uwagę na problem, który w dużej mierze jest też problemem gospodarki i przede wszystkim problemem personelu, który jest odpowiedzialny za zdrowie społeczeństwa.

Czyli system ochrony zdrowia sam potrzebuje ochrony?

Tak, chodzi o to, żeby przeznaczane na to publiczne pieniądze były wydawane zgodnie z jakimś biznes planem. Jeśli ktoś ma określona kwotę, to musi ustalić najpierw zasady, w jaki sposób będzie nimi dysponował. Musi być system ochrony zdrowia za publiczne pieniądze. Takiego systemu nie ma. Niektórzy słusznie mówią, że rynek ochrony zdrowia w Polsce nie jest "wolnym rynkiem", tylko "wolnoamerykanką". Nie ma jasno określonych zasad, ile ośrodków zdrowia jest potrzebnych w danej gminie, czy powiecie. Na zachodzie to się przelicza na liczbę mieszkańców. Dziś takiej normy w Polsce nie ma. Każdy, kto ma pieniądze, może mieć ośrodek zdrowia i startować w przetargu na wykonywanie określonych procedur. Da deklaracje najniższej ceny i dostaje kontrakt. Ten tort, jakim jest budżet Narodowego Funduszu Zdrowia jest dzielony na coraz więcej, coraz mniejszych części. Małe, prywatne placówki mogą z tego wyżyć, ale duże specjalistyczne szpitale maja coraz mniej szans na zarabianie na tych tzw. intratnych procedurach, a mają obowiązek leczyć najcięższe, najdroższe przypadki.

Czy dobrze rozumiem, że nie ma przepisów, które preferencyjnie traktowałyby publiczne szpitale przy rozdziale tych intratnych procedur?

Właśnie nie ma. Są przetargi, w których każdy może wziąć udział. To sprawiło, że te opłacalne procedury w szpitalach publicznych są już w szczątkowych ilościach. One są wyprowadzone. Tworzą się już nawet takie potęgi finansowe. Na tym to polega. Prywatny podchodzi do konkursu jednego, czy drugiego. Obniża cenę i wygrywa je. W końcu staje się monopolistą na danym rynku w pewnej dziedzinie i wtedy - już jako jedyny wykonawca - winduje ceny. Tak się dzieje w kardiologii inwazyjnej, chirurgii jednego dnia, czy nawet w okulistyce. Prawie cała radioterapia jest w prywatnych rękach. Laboratoria to tez już jest sektor prywatny, wyprowadzony z systemu publicznego. Ponadto prywatne placówki mogą wspomagać się opłatami od pacjentów, państwowe placówki tego robić nie mogą. Rozstrzał się zwiększa, konkurencyjność nie istnieje, koło się zamyka. Co więcej - publiczne szpitale mają obowiązek 24-godzinnego dyżurowania i zbierają powikłania po prywatnych placówkach. Badania studentów Uniwersytetu Gdańskiego pokazują też dobitnie, że do prywatnych placówek trafiają pacjenci młodsi, do publicznych - starsi. To są powikłania, to jest często wiele chorób naraz. Dlatego zależy nam na konkretnym planie pracy i stabilizacji publicznej służby zdrowia

W jaki sposób ta sytuacja odbija się na personelu w placówkach publicznych.?

Jeśli jest mniej pieniędzy w placówkach publicznych, to najpierw cięcia dotykają personelu. Pielęgniarki, choć to niezgodne z prawem, dostają propozycje "nie do odrzucenia". Muszą się godzić na pracę bez należnych dodatków, albo nawet na obniżanie pensji. Pensje można by utrzymać, ale trzeba wtedy zwolnić część personelu, żeby dla pozostałych wystarczyło. Dlatego pracujemy więcej, na dwóch, trzech etatach, jesteśmy wykończeni… Taki jest ten publiczny system ochrony zdrowia. Właśnie o tym chcemy powiadomić premiera.

Rozmawiał Marcin Wikło

fot. M. Czutko

CS150MINIfot

Czas Stefczyka 150/2017

PDF (4,60 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook