Jedynie prawda jest ciekawa

„Syndrom Katarzyny” czyli strzał Merkel w plecy Tuska

18.05.2014

Nie wszystko złoto, co się świeci. To stare polskie porzekadło jak ulał pasuje do relacji polsko-niemieckich. W oficjalnej, rządowej propagandzie słyszymy o idylli i osobistej długoletniej przyjaźni łączącej Frau Merkel i pana Tuska – pisze europoseł Ryszard Czarnecki.

W praktyce okazuje się, że relacje III RP i RFN przypominają ulicę jednokierunkową: korzyści dla Berlina, koszty dla Warszawy.

Ostatnio w tym obszarze szefa PO i szefa rządu spotkały dwa zimne prysznice. Co charakterystyczne, spotkały go ze strony politycznych przyjaciół z tej samej frakcji w Parlamencie Europejskim i tej samej partii na poziomie europejskim: Europejskiej Partii Ludowej. Chodzi oczywiście o ugrupowanie kanclerz Angeli Merkel i niemieckiego komisarza do spraw energetyki Güntera Oettingera. Choć politycy PO już parę tygodni temu rytualnie odtrąbili kolejny „wielki”, „przełomowy” i „historyczny” sukces premiera Tuska, którego pielgrzymka (rajd jałmużny?) po Europie miał przynieść „wiekopomny efekt” w postaci powstania Wspólnej Polityki Energetycznej – to te bezprecedensowe „gesty Kozakiewicza” ze strony szefowej rządu RFN i delegowanego przez nią reprezentanta Berlina w Komisji Europejskiej nie pozostawiały złudzeń. Niemcy mogą pogadać z Tuskiem o wspólnej polityce energetycznej na poziomie ogółu, ale szczegóły i konkrety wyobrażają sobie zupełnie inaczej.

Trampkarza za ucho

Można złośliwie zauważyć, że Niemcy mają już wspólną politykę energetyczną – ale z Moskwą. Przecież Gazociąg Północny jest tego wymownym przykładem. Ale nie tylko. Sprzedaż spółek-córek i części aktywów przez niemiecki moloch energetyczny RWE (obecny przecież w Polsce) jest też dowodem na energetyczną oś Berlin−Moskwa.

Co ciekawe, takie twarde deklaracje niemieckiej kanclerz i niemieckiego komisarza mają miejsce tuż przed wyborami europejskimi – a więc w momencie kluczowym dla przyszłości i spójności PO. Czyżby tradycyjny niemiecki parasol nad „przyjacielem Donaldem” został złożony?

Do tego jeszcze ambasador RFN Rolf Nikel w Warszawie w wywiadzie udzielonym redaktorowi Przemysławowi Szubartowiczowi z TVP Info co prawda o Wspólnej Polityce Energetycznej nie powiedział nic konkretnego, ale za to pochwalił kontrowersyjny dla wielu, a nawet chyba większości Polaków, film „Nasze matki, nasi ojcowie”, mówiąc że ten antypolski paszkwil może być… podstawą do porozumienia między naszymi narodami! To już tupet pomieszany z głupotą!

Czyżby już Berlin nie stawiał na PO i jej lidera? Może. Jednak chyba ważniejsze dla oceny tych faktów jest też to, że RFN dość stanowczo bije po łapach premiera Tuska, aby pokazać, że trampkarz nie powinien się wtrącać w sprawy rozgrywane na boisku przez poważnych zawodników.

Może po prostu lider koalicji PO-PSL zapomniał się i wyszedł z roli. Opowiadanie przez niego banialuków o katarskim inwestorze dla polskiej stoczni nie było dla Berlina problemem − raczej przedmiotem anegdot o naiwnych Polakach, którymi łatwo rządzić. Ale już zabranie głosu na tematy strategiczne, choćby tylko następowało, to wyłącznie przed wyborami i całkowicie na wyborczy użytek, było dla strony niemieckiej nie do przyjęcia. To zupełnie tak, jakby kapela grająca przed oczekiwanym występem znanego bandu nie chciała zejść ze sceny, wyśpiewując imitację cudzych przebojów. Takich rzeczy nie akceptują ani ci z ekstraklasy muzycznej, ani ci z politycznej.

Cichy układ niemiecko-niemiecki

I jeszcze jedna zagadka. Choć moja dobra i wpływowa niemiecka znajoma z CDU przekonywała mnie z ogniem w oczach, że nie ma mowy o tajnym układzie niemiecko-niemieckim − wbrew Europie Południowej − czyli o cichym wspieraniu przez Merkel kandydatury rodaka, szefa PE, socjalisty Martina Schulza na fotel przewodniczącego Komisji Europejskiej. Pomimo tego, że mam wyrobioną opinię na zdecydowaną większość tematów w polityce międzynarodowej, to w tej sprawie nie mam jasnego poglądu. Jeśli bowiem PO rozpaczliwie walczy o mandaty w tej kampanii, to „strzały w plecy” Berlina mogą nie tylko zaważyć na gorszym wyniku PO, ale też całej frakcji EPL (EPP) w wyborach 25 maja AD 2014. Przecież to może również, w sytuacji gdy europejscy chadecy i europejscy socjaliści idą w sondażach dosłownie „łeb w łeb”, przesądzić o porażce EPP z CDU, PO i PSL oraz zwycięstwie lewicy. A to oznaczałoby zwiększenie szans na „numer 1” w Komisji Europejskiej dla Martina Schulza.

Zatem, co jest grane? Czy powodowana niemieckimi interesami pani kanclerz chce Niemca na stanowisku szefa eurokomisji, ale w tak finezyjny sposób, żeby nie wzbudzić wściekłości jej chadeckich kolegów z Europy, iż popiera krajana, a nie, po linii „partyjnej” Jean-Cloude’a Junckera z Luksemburga? A może jednak jest inaczej i sprawa bliskiej współpracy ekonomiczno-politycznej Berlin-Moskwa także w zakresie energetyki jest tak dla naszego zachodniego sąsiada ważna, że nawet przedwyborcze popiskiwania Donalda Tuska o „wspólnej unii energetycznej” wzbudziły odruch niechęci u patronów premiera III RP? Tym bardziej, że do tej pory szef rządu PO-PSL, delikatnie mówiąc, nie przejawiał własnej inicjatywy i ograniczał się niemal wyłącznie do wspierania koncepcji Berlina. Nawet tych koncepcji, które choć dobre dla Niemiec, były ewidentnie szkodliwe dla polskich interesów, jak Pakiet Klimatyczny, Muzeum "Wypędzonych" czy Gazociąg Północny. W pierwszej z tych spraw premier Tusk był wręcz rzecznikiem RFN, a drugiej i trzeciej milczał, pozostawiając wolne pole do gry dla Berlina.

Kulisy popadnięcia Tuska w niełaskę Frau Kanzlerin są zapewne równie pasjonujące, jak nagła niechęć Niemki Katarzyny Anhalt-Zerbst − carycy Rosji do niektórych swoich dotyczasowych „faworytów”…

Ryszard Czarnecki

europoseł PiS

*artykuł ukazał się w „Gazecie Polskiej Codziennie” (17.05.2014)

[fot: PAP/EPA]

CS148fotMINI

Czas Stefczyka 148/2017

PDF (10,17 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook