Jedynie prawda jest ciekawa


Sumliński: "W Polsce istniała mafia państwowa"

11.06.2016

Sekwencja wydarzeń, oparta o akta bezprecedensowej sprawy sądowej, nazywanej przez media „aferą marszałkową” przez długi czas została zakryta przed opinią publiczną, obwarowana klauzulą najwyższej tajemnicy, a nawet tajności.

Nie dopuszczono do ujawnienia i poznania podstawowych faktów, ani nawet do transmisji tak bezprecedensowego wydarzenia, jakim było przesłuchanie przed sądem pod odpowiedzialnością karną urzędującego prezydenta. Polacy mieli nigdy nie dowiedzieć się o jego roli w spisku zawiązanym na szczytach władzy, ani w ogóle o istnieniu samego spisku, a jedynie o kłamstwach, które najważniejsi ludzie w państwie, z Bronisławem Komorowskim na czele, zbudowali na kanwie tej sprawy. 

Tymczasem kulisy tej historii – jak żadnej innej - pokazują, czym naprawdę była III RP i ujawniają fakt, w który tak wielu przez tak wiele lat powątpiewało – fakt istnienia w Polsce mafii państwowej.Co zatem wynika z procesowego zapisu wydarzeń? Oto fakty:   W grudniu 2006 roku od oficerów Centralnego Biura Śledczego dowiaduję się o istnieniu Fundacji Pro Civili oraz o tym, co oficerowie CBŚ określili jako „działania osłonowe Bronisława Komorowskiego w odniesieniu do tej fundacji”. W tamtym czasie mam już świadomość, jak niebezpieczni to ludzie, proszę więc o pomoc informatora z ABW. Niechętnie, nie kryjąc obaw, obiecuje pomoc, ale pomaga niewiele, bo niedługo po naszym spotkaniu ginie w wypadku samochodowym, w niejasnych okolicznościach. Przypadek? 

Oficerowie CBŚ z którymi rozmawiam przekonują, by nie wierzyć w takie „przypadki”, zwłaszcza, że okoliczności wypadku budzą wątpliwości. Zaczynam obawiać się o siebie i bliskich - to ludzkie, zwłaszcza dla kogoś kto wie, z czym ma do czynienia. W tamtym czasie wydaje się, że jedyną siłą, która może mnie osłonić przed potencjalnym niebezpieczeństwem - takim czy innym - jest opinia publiczna. Konkluduję, że wiedza Polaków o Pro Civili oraz o Komorowskim być może uchroni mnie przed ewentualną cegłą spadająca na głowę w drewnianym kościele. 

Na przełomie 2006/2007 roku odbywam więc z marszałkiem trwającą kilkanaście minut rozmowę, na potrzeby programu śledczego „30 minut”. Komorowski opowiada obszernie i szczegółowo, jak wielką zbrodnią, w jego ocenie, była likwidacja WSI, ale już chwilę później, dopytywany o fundację żołnierzy WSI o nazwie Pro Civili, zasłania się niewiedzą i niepamięcią, by na koniec w sposób zawoalowany grozić i przerwać spotkanie.To niezwykła rozmowa - bo według Bronisława Komorowskiego, marszałka Sejmu, a potem prezydenta Polski, tej rozmowy… nigdy nie było. 

Czym zatem jest jej fragment, który ocalał i kilka dni temu został wyemitowany w TVP? Czymże innym, jeśli nie dowodem na kłamliwe zeznania składane pod odpowiedzialnością karną przed prokuratorem, a potem przed sądem, przez prezydenta Polski?To niezwykła rozmowa, bo na wiele następnych lat jej zapis znika bez śladu, zupełnie tak, jakby rzeczywiście nigdy jej nie było i nawet sąd nie może uzyskać dostępu do nagrania, bo nikt z władz TVP nie potrafi powiedzieć, co się z nim stało...To jednak okazuje się dopiero później, w toku procesu. 

Tymczasem wydarzenia ze stycznia 2007 roku nabierają tempa. Bo oto zaledwie kilka dni po „rozmowie, której nie było”, w pierwszej połowie stycznia 2007 roku oficer WSI i znajomy Bronisława Komorowskiego, pułkownik Leszek Tobiasz, rozpoczyna swoją operację – wielką prowokację. Człowiek ów do stracenia ma niewiele, sporo zaś do wygrania. W tamtym bowiem czasie prokuratura garnizonowa prowadzi przeciwko niemu szereg postępowań karnych, w wyniku których grozi mu wieloletnie więzienie. Czy zbieżność dwu tych wydarzeń i dat - mojej rozmowy z Bronisławem Komorowskim i rozpoczęcia przez jego znajomego z WSI prowokacji, która ma doprowadzić do mojego aresztowania i zniszczenia Komisji weryfikującej żołnierzy WSI, to kolejny przypadek? Sporo tych przypadków, bo oto okazuje się, że w tamtym czasie - w styczniu 2007 roku, jak wykaże proces - pułkownicy wojskowych służb specjalnych, Leszek Tobiasz i Aleksander Lichocki, budują wielką pajęczynę. Ma w nią wpaść nie tylko wścibski dziennikarz, ale też członkowie Komisji Weryfikującej żołnierzy WSI i przede wszystkim jej szef, Antoni Macierewicza. Szantażując ustosunkowanego oficera wywiadu PRL, Mariana Cypla oraz poprzez usiłowanie wmieszania w brudną grę dwóch biskupów, Antoniego Pacyfika Dydycza i Sławoja Leszka Głodzia, pułkownicy szukają drogi dojścia do Komisji Weryfikacyjnej WSI i po raz pierwszy rozmawiają o mnie. 

Jak wykaże proces, w tym samym czasie zainteresowanie moją osobą wykazuje także Bronisław Komorowski, który rozpytuje o mnie na prawo i lewo, m.in. Krzysztofa Winiarskiego, agenta Centralnego Biura Śledczego, który kilka lat później opowie o tym szczegółowo w sądzie. Kontekst rozmów jest zawsze taki sam i sprowadza się w zasadzie do jednej tylko kwestii – czy jest coś, czym można skompromitować Sumlińskiego. 

Jak na gruncie logiki i zdrowego rozsądku, a przede wszystkim na gruncie prawdy, pogodzić to szczególne zainteresowanie Komorowskiego dziennikarzem, którego – jak zeznał pod odpowiedzialnością karną w prokuraturze i w sądzie -  nie znał i nigdy nie spotkał? Czy jest ktoś, kto potrafi wyjaśnić ten paradoks bez nazywania Bronisława Komorowskiego kłamcą? 

Dalsze wydarzenia w roku 2007 biegną już szybko. Komorowski i Tobiasz mają „swojego” człowieka, prowokacja jest już przygotowana w detalach - pozostaje tylko oczekiwanie na właściwy moment. Ten nadchodzi jesienią 2007 roku, gdy władzę przejmuje Platforma Obywatelska i gdy można już spointować to, co rozpoczęto wiele miesięcy wcześniej. Dochodzi do tajnej narady z udziałem marszałka Sejmu Bronisława Komorowskiego, szefa Sejmowej Komisji ds. służb specjalnych Pawła Grasia, szefa ABW Krzysztofa Bondaryka i pułkownika WSI Leszka Tobiasza(w stosunku do tego ostatniego prokuratura wojskowa bezterminowo zawiesza wszystkie postępowania karne, on zaś sam, w nagrodę za udział w podłej prowokacji, delegowany zostaje na wyjazd na placówkę dyplomatyczną). 

Opinia publiczna miała się nigdy nie dowiedzieć o tym „quasi mafijnym”, nieformalnym spotkaniu najważniejszych ludzi w państwie, po którym nie pozostał żaden ślad, żadna notatka, a dowiedzieliśmy się o nim tylko wskutek przestrachu Pawła Grasia, który zorientowawszy się, w czym bierze udział, przerażony zaczyna tu i ówdzie opowiadać o wszystkim, szykując sobie alibi na przyszłość. Graś, to najsłabsze ogniwo w grupie przestępczych spiskowców, dzięki któremu poznaliśmy pierwsze fakty, a po nich kolejne fakty, m.in. o tym, że w takim właśnie personalnym gronie zapadły ustalenia, które miały przypieczętować mój los, a w dalszej kolejności los członków i szefa Komisji Weryfikacyjnej żołnierzy WSI…   

W tamtym czasie nie dostrzegam jeszcze niewidzialnych, osaczających mnie mocy. I dopiero w marcu 2008 roku dostaję pierwszy i niejasny i sygnał, że coś się dzieje. „Jak masz niezałatwione sprawy, to je załatw”- ostrzeżenie majora Tomasza Budzyńskiego, szefa delegatury ABW w Lublinie, jednego z bohaterów mojej książki pt. „Pogorzelisko”, jest zbyt lakoniczne, bym zrozumiał, o co chodzi. To ostrzeżenie, za które major zapłaci później cenę nieomal śmierci, gdy psychopaci ze służb specjalnych najpierw zniszczą mu życie, a potem zakopią żywcem półtora metra pod ziemią…   

Co oznaczają sowa majora, zaczynam rozumieć dwa miesiące później, gdy rankiem 13 maja 2008 roku, zostaję zakuty w kajdanki przez funkcjonariuszy ABW i gdy słyszę w prokuraturze pierwsze zarzuty zagrożone karą do 8 lat pozbawienia wolności. Do pierwszych zarzutów z czasem dokooptowywane są kolejne, a powielane po tysiąckroć kłamstwa mamią opinie publiczną. W efekcie w oczach wielu zostaję uznany winnym zaocznie – i o to właśnie chodziło autorem podłej intrygi. Wraz z bliskimi mam zostać złożony na ołtarzu sprawy - bezwolny, zniszczony przyznać się do niepopełnionych win i obciążyć innych niewinnych ludzi, ważniejszych ode mnie. „Nie o pana nam chodzi, a tylko o prawdę, rozumie pan o czym mówię” – pyta konfidencjonalnie prokurator Andrzej Michalski, a w podobne nuty uderza jego koleżanka, prokurator Jolanta Mamej. I rzeczywiście – rozumiem doskonale, bo głupi by zrozumiał: mam mówić o rzeczach, których nie było, a wyrok będzie łagodny – może w zawieszeniu, a kto wie, może nawet nie będzie go wcale – byleby tylko powiedzieć, co trzeba i obciążyć, kogo trzeba. 

Jednym słowem mam ratować wolność i życie za cenę duszy. By mnie do tego przekonać, podli ludzie „podkręcają śrubę” doprowadzając mnie i najbliższych do granicy rozpaczy, za którą jest już tylko śmierć…   Podkręcona do granic wytrzymałości śruba powoduje, że „gwint” pęka - moja próba samobójcza niweczy plany oprawców, bo już wiedzą, że za moim pośrednictwem nie dobiorą się do Komisji weryfikującej żołnierzy WSI. To kluczowy moment, w którym bandyci z mafii państwowej rozumieją już, że operacja może zakończyć się fiaskiem. Pozostaje już tylko ratować twarz, bo przecież trzeba jakoś uzasadnić uruchomione potężne środki, a zatem trzeba wykazać, że przestępstwo Sumlińskiego jednak miało miejsce. I to nie jedno, a wiele przestępstw.To nie scenariusz amerykańskiego film sensacyjnego klasy B – to rzeczywistość III RP, „demokratycznego” państwa w strukturach Unii Europejskiej.    

Przez osiem następnych lat desperacko, z pomocą tylko najbliższych i grona przyjaciół, opluwany i co rusz pomawiany o kolejne przestępstwa i nadużycia, prowadzę walkę, w której wielu skazało mnie zaocznie i w której na zdrowy rozum nie mam najmniejszych szans - bo nikt nie miałby szans mając za wrogów służby specjalne i prezydenta kraju. Dlatego wymodlonym cudem określam to, że wygrywam wszystkie procesy, jeden po drugim, w tym ten najważniejszy, w sprawie nazwanej przez media „aferą marszałkową”.   

16 grudnia 2015 sąd ogłasza, że jestem niewinny i że nigdy nie było żadnych dowodów mojej winy, zaś w oddzielnym postępowaniu bezwzględnie trzeba wyjaśnić rolę w tej sprawie Bronisława Komorowskiego, Pawła Grasia, Krzysztofa Bondaryka i Leszka Tobiasza…   

W czerwcu 2016 roku Telewizja Publiczna prezentuje fragment mojej rozmowy z Bronisławem Komorowskim – rozmowy, której według byłego prezydenta Polski nigdy nie było… Wyraźnie przestraszony Komorowski udziela wypowiedzi w mediach, m.in. dziennikarzowi „Rz”, w której informuje, że teraz liczy się z postawieniem przed Trybunałem Stanu i oskarżeniami, bo - jak twierdzi - ludzie którzy dziś rządzą Polską, „mają w sercach nienawiść”.

Czy to początek końca Bronisława Komorowskiego, byłego prezydenta Polski?

Wojciech Sumlińki

kk/salon24

[fot. Fratria]

Warto poczytać

  1. 1270lenin12 17.07.2018

    Rosyjski zbrodniarz twarzą reklamy polskiej firmy. Przesadzili

    Lenin, to wbrew komunistycznej propagandzie, jeden z najkrwawszych dyktatorów ubiegłego stulecia.

  2. stop-pedofilii-14072018 14.07.2018

    Czy to krok w celu akceptacji pedofilii? Amerykańska strona internetowa chce zmiany słowa "pedofil" bo jest obraźliwie

    Thepreventionproject.org to strona internetowa o charakterze profilaktycznym, która zajmuje się badaniem oraz pomocą osobom, które posiadają skłonności pedofilskie

  3. 1270tuseksmieszek 13.07.2018

    Tusk wyśmiany przez amerykańskich dziennikarzy. Mocny komentarz Antoniego Macierewicza

    Donald Tusk chyba nie zdaje sobie sprawy z faktu, że w Europie niewielu traktuje go poważnie. Choć wielokrotnie dano mu to odczuć, on niezrażony stara się pokazac, że jest politykiem „z pierwszej ligi”. Próbował to udowodnić, pouczając Donalda Trumpa

  4. walesa02022018 09.07.2018

    Czy to atak sztabu wyborczego PO? Przychylne dla Jarosława Wałęsy komentarze pochodzą z tego samego komputera

    Zobacz zdjęcie z komentarzami dla Jarosława Wałęsy

  5. amnesty-international-5072018-r 05.07.2018

    Nie mogli się zaangażować w sprawę Alfiego Evansa, ale nie mieli obiekcji przed protestami pod SN. Jaki jest prawdziwy cel Amnesty International?

    Emocje związane z ustawą o Sądzie Najwyższym oraz odwołaniem sędzi Małgorzaty Gersdorf ze stanowiska Pierwszej Prezes SN przyciągnęły uwagę wielu ludzi

  6. 1270hejtlis 04.07.2018

    Tomasz Lis wyzywa premiera Morawieckiego. Pinokiusz przechodzi samego siebie

    Tomasz Lis, to bez wątpienia przykład „dziennikarza zaangażowanego”. Nic dziwnego – za swoje zaangażowanie dostaje sute wynagrodzenie od niemiecko-szwajcarskiego wydawcy „Newsweeka”, który skoro płaci, to wymaga.

CS157fotoMINI

Czas Stefczyka 157/2018

PDF (9,17 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook