Jedynie prawda jest ciekawa

Siwiec wychodzi, idzie nowe, ale jednak stare

07.12.2012

Odejście Marka Siwca z Sojuszu Lewicy Demokratycznej nie powinno być żadnym zaskoczeniem. Opuszczenie partii przez tego eurodeputowanego wpisuje się w nakreślony nie tak dawno przez Aleksandra Kwaśniewskiego plan powołania nowej, lewicowej listy podczas wyborów do Parlamentu Europejskiego. Co więcej – wpisuje się w proces osłabiania Leszka Millera – głównego kandydata do sprawowania „rządu dusz” na lewicy.

Krąży taki złośliwy dowcip wśród działaczy SLD o tym co łączy Aleksandra Kwaśniewskiego z Marszałkiem Józefem Piłsudskim. Otóż Marszałek Piłsudski miał swoją Kasztankę, zaś Kwaśniewski ma swojego Siwca. Anegdota może nie najwyższych lotów, ale znakomicie opisująca relacje panujące pomiędzy oboma politykami.

Siwiec ogłosił swoje wyjście z SLD na Twitterze, wzbudzając małe medialne zamieszanie. Swoją decyzję argumentował tym, iż SLD prowadzi politykę, która „nie gwarantuje wyjścia z opozycji”. To prawda – Sojusz jest partią opozycyjną już od 9 lat, przy czym klęska wyborcza 2005 roku była wielkim upokorzeniem politycznym tak partii jak i całej formacji postkomunistycznej lewicy. Wtedy wielu komentatorom zdawało się, iż nadchodzi era dominacji postsolidarnościowej prawicy na Polskiej scenie politycznej, zaś lewica będzie musiała dokonać gruntownej przebudowy, wręcz rozbetonowania struktur, wprowadzenia ludzi młodych – takich, którzy mogliby zająć miejsce dawnych kadr z PZPRowskim rodowodem. I być może byłaby to realna szansa na powstanie normalnej, zdrowej, wolnej od komunistycznego smrodku formacji ideowo lewicowej, jednak plan ten okazał się klęską. Z dwóch powodów.

Pierwszym był z pewnością „casus Sobotki” to znaczy – jedna z ostatnich decyzji Aleksandra Kwaśniewskiego na urzędzie prezydenta, gdy uniewinnił on skazanych w „aferze starachowickiej” polityków SLD. Ten ruch bardzo mocno podważył fundamenty mocnego przecież zaufania społecznego do prezydenta Kwaśniewskiego, przygotowując dobry grunt do sprawowania tego urzędu przez śp. Lecha Kaczyńskiego. Ruch Kwaśniewskiego pokazał, iż postkomunistyczna lewica jest w jakimś stopniu niereformowalna. Druga przyczyna jest jednak o wiele poważniejsza – nawet po odmłodzeniu liderów Sojuszu, wejściu do ścisłej czołówki polityków takich jak Grzegorz Napieralski i Wojciech Olejniczak, partia wciąż była sterowana „z tylnego siedzenia” przez dawny, PZPRowski „beton”. Tym samym Sojusz mógł co prawda odrabiać w ograniczonym stopniu straty, jednak nie był w stanie powtórzyć jakichkolwiek sukcesów ze swoich najlepszych lat, o odzyskaniu zaufania społecznego nie wspominając.

Tym bardziej, że przecież wiele dawnego kapitału SLD znalazło się po 2007 roku w rękach Platformy Obywatelskiej. Wyczuwając gdzie znajdują się konfitury działacze masowo przechodzili do partii Donalda Tuska, co doprowadziło do prawdziwego spustoszenia w szeregach SLD, zwłaszcza lokalnych. Znane są przypadki gdy w całej strukturze pozostał tylko przewodniczący i to tylko dlatego, że ówczesny statut SLD uniemożliwiał mu złożenie rezygnacji z członkostwa sobie samemu. Platforma więc połknęła działaczy Sojuszu, przejmując i multiplikując zresztą jego najgorsze cechy – to jednak temat na szerszą dyskusję. Wróćmy jednak do sedna.

Jarosław Sellin po wyborach 2011 roku wskazał na kres żywotności tej formacji jaką jest SLD, zauważając, iż to właśnie Platforma teraz coraz bardziej skręca w lewo, być może nawet przechodząc z profilu partii prawicowej, chadeckiej (za taką, proszę wierzyć lub nie, Platforma Obywatelska chce uchodzić w Unii Europejskiej) na pozycje partii lewicowo – liberalnej. Nie jest to żaden świadomy wybór ideowy – sam Jarosław Makowski z platformerskiego Instytutu Obywatelskiego półgębkiem przyznał w jednej ze swych publikacji, iż PO jest stricte partią władzy, całkowicie bezideową. Była to natomiast dość trzeźwa kalkulacja mająca na celu podłączenie PO kroplówki dostarczającej elektorat dawniej lewicowy. Co więcej – ideologiczna „wypustka” Platformy jaką był Ruch Palikota w tej operacji znacząco pomógł, na co dowodem niech będą wybory z 2011 roku. SLD poniosło w tych wyborach klęskę najbardziej upokarzającą w całej swej historii, być może nawet bardziej bolesną niż ta z roku 2005. Wszak wysiłki, cóż że pozorne, odbudowy wizerunku partii po dziewięciu latach przyniosły skutek odwrotny od zamierzonego. Wyjściem miał być nowy/stary przewodniczący – pancerny kanclerz Leszek Miller.

Nie była to decyzja najgorsza – badania wyraźnie wskazywały, że Miller pomimo kompromitacji w „aferze Rywina” dość dobrze się jednak Polakom kojarzy i to on może być szansą na przywrócenie lewicy zaufania. Zasadniczym problemem był jednak konflikt Millera z Aleksandrem Kwaśniewskim, przy czym ten drugi nigdy nie ukrywał, iż dla niego pójście wspólną drogą z Ruchem Palikota byłoby o wiele lepszym rozwiązaniem.

W listopadzie opisywałem dwie alternatywy stojące przed Millerem w sytuacji ogłoszenia przez Aleksandra Kwaśniewskiego patronatu nad nową listą do Parlamentu Europejskiego. W tej sytuacji Miller ma do wyboru polityczną śmierć albo wejście do rządu. Odejście Siwca pokazuje, że „pancerny kanclerz” przespał najlepszą dla siebie sytuację, którą było wotum zaufania dla Donalda Tuska, głosowane w październiku. Wtedy Miller miał szerokie pole do negocjacji z premierem, do końca niepewnym wyniku. Teraz jest na to o wiele za późno.

Tymczasem przejście Siwca do „obozu Kwaśniewskiego” jest naturalnym ruchem. W SLD od dawna kotłuje się pod przysłowiowym dywanem, coraz więcej działaczy zastanawia się nad dołączeniem do byłego prezydenta. Pamiętajmy, iż wokół Kwaśniewskiego dość ciasno skupione jest całe środowisko „brukselskie” z takimi czołowymi nazwiskami jak europosłanka Joanna Senyszyn. Tak więc odejście Senyszyn za Siwcem nie byłoby dla mnie żadnym zaskoczeniem – szczególnie, że i ona ma nadzieję na kolejną kadencję w PE. I gdy Marek Siwiec ogłasza, że nie planuje przejść do Ruchu Palikota to nie kłamie ani trochę – będzie on bowiem jedną z twarzy nowego, nomen omen, ruchu pod patronatem Aleksandra Kwaśniewskiego, obejmującego także ludzi Ruchu, ale nie tylko. Być może ujrzymy reaktywację części zapomnianego ugrupowania Demokraci.pl złożonego z rozbitków po Unii Wolności. Co więcej – sam Ruch Palikota, choć mocny deklaracjami, bardzo boi się wyborów do PE, głównie z obawy przed wejściem do europarlamentu znów ludzi całkowicie przypadkowych, za to dysponujących po otrzymaniu mandatu ogromnymi pieniędzmi, niezbędnymi Ruchowi Palikota do spłacenia ponad milionowego długu z jakim partia ta została po wyborach. Niespodziewanie, w ciszy gabinetu rozgrywającym znów jest Kwaśniewski. Tego też obawia się Tusk, co tłumaczyć by mogło wyciągnięcie na światło dzienne w ostatnich dniach dochodzenia CBA w sprawie państwa Kwaśniewskich i ewentualności prania brudnych pieniędzy, w którym dawna pierwsza pata mogła rzekomo brać udział.

Niestety – najbardziej poszkodowani w tym politycznym korowodzie wciąż są zwykli wyborcy, posiadający wyważone, lewicowe poglądy i pragnący powstania w Polsce wreszcie partii realnie lewicowej, która nie ciągnie za sobą PZPRowskiego ogona a tym bardziej partii nihilistycznej i radykalnej, zbudowanej na werbalnej (i także, niestety, realnej) agresji i i+ntelektualnych plwocinach Jerzego Urbana jaką jest Ruch Palikota. Tymi wyborcami niestety nikt nie jest zainteresowany, tym samym długo jeszcze nie zobaczymy w Polsce normalnej partii lewicowej o jakiej swego czasu pisał Jerzy Giedroyć. To jest cały czas pieśń dalekiej przyszłości.    

Arkady Saulski

[Fot. PAP / Rafał Guz]

CS147fotMINI

Czas Stefczyka 147/2017

PDF (5,87 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook