Jedynie prawda jest ciekawa

Senator Rulewski się buntuje

30.11.2012

Senator PO Jan Rulewski rezygnuje z zasiadania w senackiej Komisji Rodziny i Polityki Społecznej. W rozmowie ze Stefczyk.info mówi, że to strata czasu i pieniędzy podatników. „Nie chciałem być grabarzem ludzi biednych i samotnych”.

Stefczyk.info: - Dlaczego zrezygnował pan z zasiadania w komisji?

Jan Rulewski, senator PO: - Zrezygnowałem po 5 latach pracy, a w zasadzie po 16 latach zajmowania się polityką społeczną, którą nabyłem z mlekiem związkowym. Wydawało mi się, ze to jest miejsce, w którym nadal będę służy „Solidarności”, tylko już w czasach państwa demokratycznego. Niestety nie mogłem dłużej wytrzymać. Uznałem po pierwsze, że to strata czasu, marnowanie pieniędzy podatników i stwarzanie fałszywych wyobrażeń wobec tych wszystkich ludzi, z którymi konsultowałem sprawy polityki społecznej.

 

W oświadczeniu wygłoszonym w Senacie wymienił pan kilka konkretnych, gorzkich dla PO przyczyn.

Praca w tej komisji powodowała, że czułem się grabarzem ludzi biednych, słabych i samotnych, opuszczonych.

 

Co to znaczy?

Zgłaszałem wiele inicjatyw na rzecz tego, by w Polsce istniała swoista równowaga. Uważam, że przedsiębiorczość istotnie jest motorem napędowym gospodarki kapitalistycznej, ale nie może istnieć kosztem redukcji praw, zobowiązań czy nawet potrzeb zwykłych obywateli. Ostatni przykład przelał czarę goryczy. Przewodniczący komisji Mieczysław Augustyn…

 

… to senator Platformy.

Tak, dopuścił się manipulacji wokół dwóch ustaw. Stało się to nie po raz pierwszy, ale w tym przypadku zostało dość zgodnie ocenione. Chodzi o ludzi dotkniętych przez los, którzy sami sobie nie mogli pomóc – naznaczonych kalectwem. Manipulacja polegała na tym, że nie pozwolono nam się pochylić nad tymi projektami. W trakcie prac pan przewodniczący tak manipulował czasem i przebiegiem obrad, żeby uniemożliwić jakąkolwiek nasza ingerencję w ustawy. Pominięto oczywiście konsultacje ze środowiskami niepełnosprawnych. Wręcz okłamano nas, że rzekomo on uzyskał od nich zgodę na dalsze prowadzenie projektu. Przed chwilą to sprawdziłem. Ci ludzie protestują i jasno mówią, że nikt z nimi niczego nie konsultował. Sprawa jest ważna, bo niepełnosprawni staną się rekordzistami w zakresie cięć budżetowych. Utracą bowiem w wyniku tylko tych dwóch ustaw, które przeszły w sposób nieprawy na komisji miliard złotych! Chodzi o manipulację czasem albo poprzez różne techniki zakulisowe. Nasiliły się w ostatnim czasie za działaniem techniki. Mniej więcej od trzech miesięcy wszystkie posiedzenia komisji i całej izby są transmitowane w internecie. Oznacza to, że trzeba z otwarta przyłbicą bronić, atakować, zgłaszać propozycje.

 

I część senatorów – również przewodniczący Augustyn - nie potrafią się w tym odnaleźć?

To jest nie na rękę panu przewodniczącemu i generalnie koalicji. Tak prowadził obrady, by nie dopuszczać do głosu jakichkolwiek poprawek, nawet kierowanych od tych, którzy chcieliby pomagać rządowi. Zdarzało się to podczas dyskusji nad ustawami emerytalnymi. Zgłosiłem wówczas dość istotne poprawki. Była obawa, że one przejdą, więc pan przewodniczący po cichu zaproponował mi układ: ja wycofuje poprawki, a komisja przychyli się do mojego projektu uchwały, który wzywa do dalszych reform emerytalnych, ale w oparciu o pełny konsensus społeczny. Oczywiście finalnie odrzucono zarówno poprawki, jak i uchwałę. Pan przewodniczący twierdził, że była ona konsultowana z najwyższą półką.

 

A kto to jest „najwyższa półka”?

Jakieś dziwne zwyczaje panują teraz w Platformie. Nie wiem, o kogo chodzi, można się tylko domyślać. W każdym razie „najwyższej półce” uchwała się nie spodobała, a była niezwykle potrzebna. Wszak proces reform emerytalnych – obiecanych przez rząd – został zatrzymany. I tak tkwimy w tym staroświeckim, centralistycznym systemie.

Obiecano mi pracę nad poprawkami, ale zanim obietnicę spełniono, obrady zostały zamknięte i temat się zakończył.

 

Z tego, co pan mówi wyłania się dość patologiczny obraz sposobu prowadzenia prac w senackich komisjach, zwłaszcza, że opowiada pan o działaniu klubowych kolegów.

Takie obrazki ostatni raz widziałem w komunie na sesji wojewódzkiej rady narodowej, kiedy to pan wojewoda Bąk obiecał radnym, że porozmawia z nimi. Mieli wrócić na salę. Zamiast tego, milicja nas wypędziła z obrad, bijąc przy tym. Na szczęście dziś jeszcze nie biją.

 

Czy oznacza to, że szeregowi senatorowie de facto nie mają nic do powiedzenia?

Miałem być gwarantem pewnych procesów demokratycznych, ale to złudzenie. W naszej demokracji, a zwłaszcza w polityce społecznej społeczeństwo teoretycznie ma prawo głosu. Już pomijam, czy ma prawo wpływu, ale prawo głosu mieć musi. Można słuchać, a nie wdrażać, a można nawet nie słuchać. Nie ukrywam, że w ten sposób chciałem sprzeciwić się tej tendencji, która ma miejsce w senacie, a zwłaszcza w naszej komisji, aby stała się ona delegaturą rządu, bo stamtąd płynęły instrukcje.

 

Co będzie dalej z pana działalnością publiczną?

Nie rezygnuję z uczestnictwa w polityce społecznej. Zbudowałem biuro, zatrudniłem odpowiedniego prawnika, będę wykorzystywał inne formy działalności w Senacie, niestety zredukowane – do oświadczeń czy jedynie obecności (bez możliwości głosowania) na komisjach. Wygrałem przynajmniej zmarnotrawiony czas i uniknąłem bezproduktywnej działalności.

 

Gdy słucha się tego wszystkiego, nie sposób nie zadać pytania o zniechęcenie polityką partyjną i pana dalszą przynależność klubową do PO. Nie rozważa pan niezależności w senacie?

Ja doceniam lojalność. To jest wartość. Ale z drugiej strony nie można ona być rzeczą bezwzględną, a przede wszystkim godzić w wartości. Uważam, że wszystkich – od tej „najwyższej półki”, jak to nazwał pan Augustyn, po Jana Rulewskiego – obowiązuje Konstytucja i inne prawa. I w ramach tych praw senator wybrany w wyborach większościowych nie może być tylko maszynką do głosowania. W przeciwnym wypadku trafny byłby pomysł, m.in. pana Tuska, do zredukowania parlamentaryzmu do paru osób. Ja uważam, że parlamentaryzm ma duże możliwość i bogata przyszłość przed sobą. Nie wolno jednak redukować więzi parlamentu ze społeczeństwem, bo skończy się to obecnością w telewizji jedynej tylko pięknej i słusznej twarzy. Jeśli chodzi o członkostwo w klubie, to przypominam, że obiecałem je wyborcom. Wciąż liczę na to, że będą respektowane obietnice Platformy z programu wyborczego. Była w nim mowa o obywatelskości, a więc wykluczeniu partyjniactwa, rozszerzeniu podstawy władzy na samorządy, ludzi, organizacje. Poza tym bardzo podobała mi się centrowa pozycja PO, z której z równą czułością będą patrzyli na przedsiębiorców i na pracowników, na bogatych i na biednych, którzy czasem nie mogą być pracownikami.

 

Jak widać, jest z tym kłopot. Senator niezależny nie miałby więcej wolności?

Niestety nie. Zwarcie klubów jest tak wielkie, że tych paru senatorów nie jest w stanie przedstawić jakiejkolwiek inicjatywy. Blokuje to regulamin senatu.

 

Ale przecież sam pan mówi, że pańskie pomysły, które niewielkimi kosztami mają rozwiązać ważne problemy społeczne, są ignorowane.

Należy mi się dodatek za to (śmiech – red). ja to sprowadzam do prostej zasady. Skoro mi płacą – mam obowiązek pracować. Nie jestem decydentem, ale 1/560 częścią systemu parlamentarnego. Obywatele dzięki Internetowi mogą ocenić, o ile nie będzie się np. zamykać dyskusji. Ja robię, co mogę i czasem za to płacę, dosłownie.

 

Jest pan karany finansowo przez klub?

Już w zasadzie w każdej sprawie zarządza się dyscyplinę przy głosowaniu. W poprzedniej kadencji płaciłem kary czterokrotnie, w tej już dwa razy się zdarzyło.

 

Dużo pan płaci?

Do tysiąca złotych.

 

Not. ruk

[Fot. PAP / Paweł Kula]

Słowa kluczowe:

Senat

,

Platforma Obywatelska

,

państwo

CS147fotMINI

Czas Stefczyka 147/2017

PDF (5,87 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook