Jedynie prawda jest ciekawa


Sasin: dyskredytowanie prezydenta doprowadziło do katastrofy

03.02.2012

"Nasz Dziennik" przypomniał dziś głośny skandal z "uziemieniem" przez Kancelarię Premiera prezydenta Lecha Kaczyńskiego, który chciał udać się na szczyt UE w 2008 r. Premier Donald Tusk nie życzył sobie jednak obecności prezydenta i jego kancelaria próbowała sabotować nie tylko ten lot prezydenta. Portal Stefczyk.info zwrócił się do ówczesnego z-cy szefa Kancelarii Prezydenta Jacka Sasina z prośbą o próbę oceny zachowania premiera i jego otoczenia.

Stefczyk.info: Czy można mówić o celowych działaniach rządu premiera Tuska, żeby dyskredytować prezydenta Lecha Kaczyńskiego?

To chyba było dla wszystkich oczywiste, nie tylko dla nas w Kancelarii Prezydenta. Wystarczyło posłuchać publicznych wypowiedzi pana premiera, które wówczas formułował - one nie pozostawiały żadnych wątpliwości, że tak naprawdę chodzi o próbę sił między prezydentem i premierem, o to, żeby prezydenta sprowadzić do roli takiej osoby, która nie ma żadnych kompetencji w polityce zagranicznej. Przypominam sobie jak pan premier przy okazji tego szczytu w Brukseli mówił, że pan prezydent jest mu do niczego niepotrzebny i nie widzi potrzeby, żeby pan prezydent tam był. Sprawa z tym samolotem była tylko narzędziem w tej rozgrywce o obniżenie rangi prezydentury, prezydenta Lecha Kaczyńskiego, pozbawienia go kompetencji wynikających z Konstytucji, czyli współdecydowania o polityce zagranicznej. Użyto do tego samolotu, uniemożliwiając niejako wykonywanie jego obowiązków. Tak łatwo to było wykorzystać, ponieważ, na podstawie umowy pomiędzy 4 kancelariami - Sejmu, Senatu, prezydenta i premiera, osoba odpowiedzialną za koordynowanie transportu najważniejszych osób w państwie był szef Kancelarii Premiera, czyli wówczas Tomasz Arabski. To on, zgodnie z tym porozumieniem przydzielał i wyrażał zgodę na użycie samolotów rządowych. I to on, na polecenie pana premiera - bo trudno sobie wyobrazić, żeby tutaj działał samodzielnie, bez akceptacji, czy wręcz dyspozycji pana premiera - odmówił samolotu prezydentowi Kaczyńskiemu.

Czy te działania min. Arabskiego i Kancelarii Premiera były legalne, czy łamały prawo?

One były o tyle nielegalne, że uniemożliwiały wykonywanie obowiązków urzędującemu prezydentowi. Po to został utworzony 36. Pułk, żeby obsługiwać najważniejsze osoby w państwie. Dlatego nie można było odmówić prezydentowi z możliwości skorzystania z samolotu, argumentując tym, że nie widzi się powodu, dla którego prezydent miałby tam lecieć - a tego typu wypowiedzi były publicznie formułowane. Mówiono np., że prezydent chce sobie urządzić prywatną wycieczkę do Brukseli, ponieważ nie posiada kompetencji, żeby uczestniczyć w tym szczycie - co było nieprawdą - i jeśli chce sobie lecieć do Brukseli, to może lecieć, ale to jest prywatna wycieczka i w związku w tym, szef Kancelarii Premiera nie widzi powodu, dla którego miałby mu udzielać tego samolotu. I to było działanie bezprawne - takie klasyfikowanie, czy decydowanie, kiedy prezydent może skorzystać, a kiedy nie może skorzystać z samolotu. Przypominam - szef Kancelarii nie miał absolutnie żadnych kompetencji, żeby decydować, czy prezydent może skorzystać z samolotu, czy nie - on miał tylko koordynować.

Tak to wyglądało, chociaż często w korespondencjach było, że prezydent nie może skorzystać z samolotu, bo akurat nie ma samolotu, czy załoga jest chora lub zmęczona, albo samolot się zepsuł. Tak się działo - samoloty niby były, ale nie można było z nich skorzystać, bo dostawały dyspozycje od koordynatora - szefa Kancelarii Premiera, że akurat mają lecieć gdzieś indziej.

To było formalne obchodzenie tych przepisów, natomiast w wypowiedziach publicznych, do których przecież można wrócić, są wypowiedzi, np. że nie ma powodu, żeby leciał samolotem rządowym. I to było już wyraźne łamanie prawa.

Co więcej, zwracam uwagę, że przy okazji tej tragicznej wizyty 10 kwietnia, która zakończyła się katastrofą smoleńską, że ona też była przez bardzo długi czas była organizowana w atmosferze konfliktu - i znowu była to trochę powtórka z tej Brukseli - padały przecież sformułowania, że prezydenta nikt tam przecież nie zaprasza, że prezydent leci znowu na prywatną wycieczkę - wręcz porównywano to z tą sytuacją brukselską. My, w Kancelarii obawialiśmy się, że może powtórzyć się tamta sytuacja i prezydent nie będzie mógł skorzystać 10 kwietnia z samolotu. Ja osobiście miałem takie niedobre przeczucia, że 10 kwietnia prezydent przyjedzie na lotnisko i okaże się, że nie można lecieć bo np. samolot się zepsuł, albo załoga jest niedysponowana. To się wtedy nie stało, ale takie obawy w Kancelarii mieliśmy właściwie przed każdą wizytą, która mogła budzić kontrowersje rządu.

Czy taka obstrukcja mogła mieć wpływ na organizację lotu do Smoleńska i np. zabezpieczenia tamtejszego lotniska?

Nie mam najmniejszej wątpliwości, że tak było. To są przecież oczywiste działania psychologiczne. Jeśli przy okazji tego lotu do Brukseli, został wyraźnie pokazany sygnał, że wizyty prezydenta są wizytami mniej ważnymi, niż wizyty premiera, to jest to sygnał, nie tylko do pilotów, do pułku, ale tak naprawdę do wszystkich służb, które się zajmują wizytami prezydenckimi, żeby je traktować po macoszemu. To jest absolutnie zrozumiały psychologiczny mechanizm.

I jeśli teraz przed tą tragiczną wizytą do Katynia cały czas propaganda rządowa trąbiła, że ważną wizytą była ta z 7 kwietnia - bo odbywa ją premier na zaproszenie premiera Rosji, że to jest rzeczywiście ta przełomowa wizyta, a wizytę prezydenta znowu pokazywano, że to jest jakaś wizyta prywatna, że prezydent tam sobie leci na jakąś wycieczkę - bo takie wypowiedzi polityków partii rządzącej były i można to łatwo odtworzyć - to musiało to w jakiś sposób na ludzi oddziaływać. No bo skoro to wizyta prywatna i pan prezydent leci sobie na wycieczkę, to nie trzeba się bardzo przykładać do zabezpieczenia tej wizyty. I efekt mieliśmy taki, jaki dzisiaj się okazuje, chociażby z raportu NIK-u, czy ostatnich decyzji prokuratur dotyczących BOR-u - wszystkie służby odpowiedzialne za przygotowanie tej wizyty po prostu "nie przyłożyły się" do tego zadania. Dla mnie ten związek jest całkowicie oczywisty.

Czy taka atmosfera mogła mieć wpływ na zachowanie Rosjan, na nonszalanckie potraktowanie tego lotu przez rosyjskie służby, które go zabezpieczały i naprowadzały samolot?

Oczywiście, że tak - to jest dalsza konsekwencja tego, co powiedziałem. W Polsce porównanie wizyt 7 i 10 kwietnia jest próbą rozmycia tej odpowiedzialności. Mówi się, że BOR tak samo źle przygotował wizytę prezydenta jak i premiera. Tylko zapominamy, że 7 kwietnia, tam, na tym lotnisku w Smoleńsku lądował również premier Putin, w związku z czym, poziom zabezpieczeń, jakie ze strony rosyjskiej zostały podjęte, poziom profesjonalizmu obsługi wszystkiego, co tam się działo w Smoleńsku - choćby z tego powodu musiał być niezwykle wysoki, bo Rosjanie mając do czynienia z lądowaniem własnego premiera, przyłożyli wszelkich starań, żeby wszystko było OK - i na tym skorzystał również premier Tusk. Mówienie dziś, że sytuacja 10 kwietnia byłą taka sama jak 7 kwietnia jest bardzo dużym nadużyciem - w przypadku wizyty prezydenta, tych środków bezpieczeństwa ze strony rosyjskiej nie było, wiemy, jak ta cała obsługa tam wtedy działała.

Rosjanie spostrzegli również, że ze strony polskich służb zainteresowanie tą wizytą jest zdecydowanie niewielkie. No bo jeśli ze strony BOR nie ma skutecznych działań, nawet choćby w sprawie rekonesansu tego lotniska, to Rosjanie zdali sobie sprawę, że polskie służby traktują tę wizytę po macoszemu. Tym bardziej trudno było oczekiwać od Rosjan, że to oni będą się przykładać.

not. zrk
[fot. raport KBWLLP]
CS157fotoMINI

Czas Stefczyka 157/2018

PDF (9,17 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook