Jedynie prawda jest ciekawa

Romney debatami silny

23.10.2012

Polityka zagraniczna była tematem trzeciej i ostatniej przedwyborczej debaty telewizyjnej prezydenta Baracka Obamy i jego republikańskiego rywala Mitta Romneya. Lepszy był Obama, ale sezon telewizyjnych debat wyraźnie dla republikanina.

Przeważa opinia, że debatę, która odbyła się na uniwersytecie Lynn w Boca Raton na Florydzie, nieznacznie wygrał Obama. Tak wskazują choćby przeprowadzone tuż po debacie szybkie sondaże. Ale widzowie mogli się czuć jak na znanym filmie „Nieoczekiwana zmiana miejsc”, gdzie bohaterowie nagle zostali zamienieni rolami. Barack Obama był bardzo agresywny, niemal cały czas atakował, wręcz pouczał rywala. Z kolei Mitt Romney był bardziej wyciszony, starał się wyglądać „po prezydencku”. Nic dziwnego: zadanie republikanina polegało na pokazaniu, że nadaje się aby Amerykanie wysłali go do Białego Domu.

Romney atakował Obamę, zarzucając mu brak strategii powstrzymania fali ekstremizmu islamskiego w krajach muzułmańskich. Powtarzał też, że prezydent okazuje słabość wobec państw wrogich Ameryce, takich jak Iran. - Myślę, że od początku mamy z Iranem ten sam problem – patrzą na obecną administrację i widzą, że nie jest tak silna, jak poprzednia – mówił. Wypomniał też prezydentowi podróż do krajów arabskich w 2009 roku, którą nazwał „pielgrzymką przeprosin” za domniemane winy Ameryki wobec krajów Trzeciego Świata. Wytknął również Obamie opuszczenie sojuszników, głównie Izreala, ale wspomniał też o Polsce. – W sposób pożałowania godny zrezygnowaliśmy z budowy tarczy antyrakietowej w Polsce – powiedział Romney, w jednym z nielicznych odniesień nie dotyczących Bliskiego Wschodu czy stosunków z Chinami.

Ale kiedy moderator Bob Schieffer pytał Romneya o konkrety, republikanin w wielu kwestiach zgadzał się z obecną administracją. Egipt, Syria, Libia, wycofanie wojsk z Iraku i Afganistanu, nawet powstrzymanie zdobycia broni nuklearnej przez Iran – różnice dotyczyły raczej tonu niż zawartości działań politycznych.

Obama wytknął Romneyowi, że we wszystkich tych sprawach mówił wcześniej co innego, a wręcz, że sugerował rozwiązania konfrontacyjne i ryzyko wojny. "Problem z panem, gubernatorze, jest taki, że w wielu kwestiach wyrażał pan przedtem wszelkie inne możliwe opinie" - powiedział prezydent. Ale prezydent posunął się dalej – często używając wręcz szyderczego tonu. Kiedy kandydat Republikanów ponownie skrytykował rządowe plany redukcji budżetu obronnego, Obama powiedział, że jego rywal proponuje wydatki na zbrojenia, "których nawet Pentagon nie chce". Romney krytykował te cięcia, argumentując m.in., że "amerykańska marynarka wojenna ma teraz mniej okrętów niż w 1916 roku". - Armia ma teraz także mniej koni i bagnetów - kpił w żywe oczy ze swego rozmówcy Obama. - Nie chodzi przecież o grę bitwa morska, gdzie się liczy okręty – ironizował. Wreszcie na koniec prezydent zaapelował  o reelekcję. - Jeśli dostanę przywilej bycia prezydentem przez kolejną kadencję, obiecuję że zawsze będę was słuchał, walczył o wasze rodziny i pracował, aby Amerykanie nadal byli największym narodem świata – mówił Obama.

Pomimo, że debata dotyczyła spraw międzynarodowych i bezpieczeństwa, zwłaszcza Romney stale nawiązywał do kwestii gospodarczych, atakując Obamę że „osłabia Amerykę”. Na sam koniec debaty, wygłosił mowę, której nie powstydziłby się sam Ronald Reagan. - Dzięki wysiłkowi poprzednich pokoleń nasz naród jest wolny i zamożny. Niesie pochodnię wolności, nadziei i możliwości. Teraz nasza kolej, aby ją przejąć. Jestem pewien, że pod silnym przywództwem poradzimy sobie. Chciałbym, z waszym poparciem, być tym przywódcą. Chcę być kolejnym prezydentem, aby wesprzeć ten wspaniały naród i razem z wami utrzymać Amerykę jako nadzieję świata – powiedział Romney.

Gdyby liczyć na uzyskane punkty, debatę wygrał Obama. Ale Romney wcale jej nie przegrał. Zdaniem większości komentatorów udało mu się zaprezentować jako właściwy materiał na prezydenta. Jako kandydat, który wie o czym mówi i nie jest – jak przedstawia go w negatywnych reklamówkach sztab Obamy – „brawurowym i niebezpiecznym” politykiem.

Romney kończy sezon telewizyjnych debat jako zwycięzca. Szczególnie dzięki pierwszej z trzech debat, Amerykanie mogli zobaczyć, że republikanin nie tylko nie ustępował, ale wręcz przewyższał obecnego lokatora Białego Domu. Stąd wzrost notowań republikanina i jego – niewielkie prowadzenie w sondażach ogólnokrajowych i w kluczowych dla zwycięstwa stanach. Dzięki debatom, wyborcy zobaczyli, że istnieje alternatywa dla obecnego prezydenta. Do dnia głosowania jeszcze dwa tygodnie i jeśli ta teoria ma sens, to powinniśmy widzieć wzrost poparcia dla Romneya.

Paweł Burdzy z Chicago

[Fot. PAP/EPA]

Słowa kluczowe:

Floryda

,

Romney

,

Barack Obama

,

Biały Dom

,

prezydent

CS147fotMINI

Czas Stefczyka 147/2017

PDF (5,87 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook