Jedynie prawda jest ciekawa

Prokuratorzy zakiwani w komunikatach

06.12.2012

Możemy sobie tylko wyobrazić, jak zareagowałyby media i opinia publiczna, gdyby pod koniec października prokuratorzy wojskowi przyznali to, co powiedzieli wczoraj w Sejmie - pisze Marcin Fijołek.

„Zdaje się, że tezy redaktora Trotyla zostały dobite” – kpił na Twitterze redaktor Wojciech Szacki w trakcie wczorajszego posiedzenia Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka.

Dziennikarz, który zamienił niedawno „Gazetę Wyborczą” na „Politykę” był niezwykle pewny swego, bo prokuratorzy mówili o tym, że ślady materiałów wybuchowych można odkryć na plastrach wędlin i paście do butów. Tym samym katalog rzeczy zawierających niebezpieczne substancje poszerzył się o kolejne absurdalne przedmioty.

Dobry nastrój lewicowo-liberalnych komentatorów życia publicznego minął już po chwili, gdy swoje pytania w sprawie zaczął zadawać prokuratorom Antoni Macierewicz. W natłoku wątpliwości, wzajemnych pretensji i oskarżeń, szef prokuratury wojskowej, płk Jerzy Artymiak przyznał: „Niektóre z detektorów użytych w Smoleńsku wykazały na czytnikach cząsteczki trotylu (TNT)”. Sens słów płk. Artymiaka wybrzmiewa jeszcze mocniej, gdy posłucha się Jana Bokszczanina, producenta urządzeń, których w Smoleńsku używali polscy biegli badający wrak tupolewa. Bokszczanin zapewnił, że wyświetlenie na urządzeniu napisu „TNT” jest równoznaczne z wykryciem trotylu.

Możemy sobie tylko wyobrazić, jak zareagowałyby media i opinia publiczna, gdyby pod koniec października prokuratorzy wojskowi przyznali to na konferencji prasowej w ciasnym pokoiku NPW. Niestety, zamiast tego postanowiono rozpocząć dziwną rozgrywkę wokół trotylu pt. „Powiedziałem, że nie stwierdzono, a nie, że nie było”, której efektem był czytelny (choć nieprecyzyjny) przekaz mainstreamowych mediów – prokuratura zdementowała rewelacje „Rzeczpospolitej” i Gmyza.

Naczelna Prokuratura Wojskowa po artykule Cezarego Gmyza rozpoczęła grę (albo po prostu dała się w nią wciągnąć), której efektem były nie tylko zwolnienia dziennikarzy „Rzeczpospolitej” (które rykoszetem uderzyły później w „Uważam Rze”), ale przede wszystkim skala dezinformacji opinii publicznej. Ta dezinformacja wciąż trwa. Już po wczorajszym posiedzenia komisji, poseł SLD Ryszard Kalisz próbował przeinaczyć słowa tekstu Gmyza, dając do zrozumienia, że dziennikarz sugerował w nim kwestie zamachu i wybuchu. Nic takiego nie miało miejsca, a tekst wciąż można przeczytać na stronach „Rzeczpospolitej”.

Kwestia tego, skąd na wraku tupolewa wziął się trotyl i czy na pokładzie doszło do wybuchów to jednak sprawa zupełnie inna. Te pytania wciąż pozostają otwarte, co półgębkiem przyznaje także prokuratura, zapewniając, że hipoteza „udziału osób trzecich” jest wciąż rozpatrywana.

W sprawie samego trotylu prokuratorzy kupili kolejnych kilka miesięcy, zapewniając – wbrew relacjom Bokszczanina – że wyniki laboratoryjnych badań na próbkach przywiezionych z Rosji mogą być odczytane dopiero za kilka miesięcy. Czy po tym czasie usłyszymy jasny opis faktów czy kolejną odsłonę gry, w której NPW będzie próbowała kiwać opinię publiczną? 

Marcin Fijołek

CS147fotMINI

Czas Stefczyka 147/2017

PDF (5,87 MB)

pobierz najnowszy numer
archiwum numerów

Facebook